Obaj z Czikiem gnali do przodu, jakby ich ktoś gonił. Szybciej nie można się chyba poruszać po tych kamienistych przestrzeniach. Dawno temu opuścili wszystko, co mogło przypominać siedziby i osiedla, a także wszelkie ukryte nory zwierząt. Znajdowali się teraz w głębi przerażającego obszaru, na którym żadne rozsądne stworzenie nie chciałoby postawić stopy.
Gondagil jednak musiał. Bo może gdzieś tutaj, w tych niebieskoczarnych górach, które otaczały go ze wszystkich stron, znajdowała się Miranda.
Gondagil dużo lepiej widział w ciemnościach niż ludzie z Królestwa Światła. Wiedział również, jak należy się chronić przed ewentualnymi obserwatorami, wypatrującymi z wysoka. Patrzył, jak gondola była wciągana pomiędzy szczyty, słyszał o ludziach, którzy podejmowali próbę wejścia na ten teren, zawsze jednak natychmiast porywały ich złe triumfujące duchy i żaden ze śmiałków nigdy nie powrócił.
Gondagil znał właściwą drogę. Przed wieloma laty opowiadał mu o niej dziadek. Chłopiec zapamiętał wszystkie szczegóły, ponieważ w tamtych czasach, kiedy był dzieckiem, uważał, iż zbadanie Gór Czarnych mogłoby być pełną napięcia przygodą. Kiedy był dzieckiem…? Czy to naprawdę tak dawno temu? Miał wrażenie, że dopiero co.
Teraz jednak wyprawa nie wydawała mu się przygodą. Widział ją jako absolutną konieczność, zdawał sobie też sprawę, że najpewniej przypłaci ją życiem. Jednak świadomość, że być może Miranda znajduje się tutaj w strasznym niebezpieczeństwie, dawała mu niezbędną odwagę.
Nie chciał nawet pomyśleć, że dziewczyna prawdopodobnie straciła już życie.
Szli przez wiele dni i nocy, on i Czik. Zatrzymywali się na odpoczynek tylko wtedy, kiedy nogi nie chciały ich już nieść. Przesypiali parę godzin i spieszyli dalej.
Czik wiedział, o co chodzi, Gondagil mógł bez problemów komunikować się z wiewiórką. Czik tęsknił za swoim panem tak samo, jak mężczyzna pragnął odzyskać swoją kobietę.
W tych rzadkich przypadkach, kiedy zatrzymywali się na odpoczynek, zdążył przemyśleć własny stosunek do Mirandy.
Tyle się w nim zmieniło od czasu, kiedy ją spotkał. Ona wydobyła z niego najlepsze cechy. Sam był trochę zdumiony tym, jak bardzo począł się różnić od prymitywnego Ha-rama. Dawniej się tym nie przejmował. Miranda postawiła wszystko w jaśniejszym świetle. Tak cudownie było się przekonać, że on sam stał się dużo bardziej wartościowy, że mógł mierzyć się z nią pod względem intelektualnym, on, który w kraju Timona nigdy nie miałby takich możliwości. Teraz wiedział, że jest równy najmądrzejszym.
No i inne uczucia, które wzbudziła w nim Miranda. Czułość, pragnienie, by się nią opiekować, chronić ją.
I jeszcze więcej… Teraz, kiedy siedział w najdzikszym pustkowiu, przypominał sobie dokładnie, co przeżywał kiedy trzymał ją w ramionach.
Zaczął być świadomy swego ciała w zupełnie inny sposób niż dotychczas. Kiedy przesuwał ręką po barkach, mięśnie grały mu pod skórą. Jego uda były twarde i silne, wyćwiczone podczas licznych wędrówek po lesie, brzuch płaski i jakby podzielony twardymi mięśniami. Miranda wzbudziła w nim także bardziej mroczne instynkty. Teraz, kiedy o niej myślał, odczuwał rozkoszne mrowienie w ciele, mrowienie, które koncentrowało się w jednym punkcie. Dawniej także od czasu do czasu przeżywał coś podobnego nad ranem, nigdy jednak w taki sposób jak teraz. Teraz było to silniejsze, bardziej podniecające, krew pulsowała w nim boleśnie i oczyma duszy widział Mirandę, przypominał sobie, jak bluzka napina się jej na piersiach. Albo wtedy, kiedy leżała przy nim na skale tak blisko, tak blisko…
– Chodź, Czik, musimy iść dalej – rzekł krótko.
Kiedy mężczyzna jest kompletnie sam, myślenie o swojej kobiecie, której nie może dotknąć, sprawia wielki ból.
Zresztą czy Gondagil ma prawo nazywać Mirandę „swoją kobietą”? Akurat teraz nie był tego taki pewien. Do niczego jeszcze między nimi nie doszło. Kilkakrotnie trzymał ją w ramionach, dotykał policzkiem jej policzka, ale nic więcej; wiedział, że ona odczuwa to samo co on: oddanie, zrozumienie i… Owszem, wierzył, że jej miłość jest równie silna jak jego. W tej chwili jednak nie był tego taki pewien. Ludzie z niemieckiego plemienia zamieszkującego sąsiednią krainę opowiadali sporo o Górach Czarnych tamtego dnia, kiedy odwiedzili ich Waregowie i wysłannicy z Królestwa Światła. Pewien człowiek, mówili, dawno temu wyruszył do Gór Umarłych, dokładnie tą samą drogą, którą teraz szedł Gondagil. Tamten mężczyzna nie odważył się zajść zbyt daleko, opowiadał jednak o silnych prądach powietrznych, o niemal nieznośnym przyciąganiu ze strony górskiego świata. Słyszał dzwoniące głośne śmiechy pomiędzy szczytami i widział owe błyski światła rozrywające mrok wokół niego. Nagle został jakby wessany w zupełnie nieprzeniknioną ciemność. Był to jednak człowiek bardzo silny, zdołał się mocno uchwycić najpierw kamienia, a potem otoczył ramieniem ostatnie drzewo, które rosło przy „ścieżce”. Nie była to żadna ścieżka ani droga, po prostu lekkie zagłębienie w skale wiodące do siedziby tego czegoś przerażającego. Kiedy wlókł się z powrotem krok za krokiem, słyszał żałosne, płaczliwe wołania, wydawało mu się, że to męski głos zawodzi, słów jednak nie zdołał zrozumieć. W końcu udało mu się jakoś wydostać z niebezpiecznej strefy i dotrzeć do miejsca, do którego ta wsysająca siła już nie sięgała. Stamtąd, jak tylko mógł najszybciej, popędził do rodzinnej osady. Całe to wydarzenie jednak bardzo go wyczerpało i nadszarpnęło jego zdrowie, ledwie pół roku po swojej niefortunnej wyprawie zmarł.
Ale kto w takim razie mógł był opowiedzieć legendę o dwóch źródłach? Legendę, o której Ludzie Lodu twierdzą, że jest prawdziwa? Kto dostał się tak daleko w góry i wrócił stamtąd, by móc ją opowiedzieć?
Zagadki, zagadki. Góry Czarne pełne były zagadek.
Wokół Gondagila pociemniało. Czik skulił się na jego ramieniu, mężczyzna czuł łaskotanie miękkiego futerka na policzku. Wiewiórka bała się i szukała opieki u człowieka, który ją uratował i mógł doprowadzić do przyjaciela, Tsi-Tsunggi.
A właśnie, błyski światła…
Gondagil zastanawiał się. W ciągu ostatnich dni pojawiały się zdumiewająco rzadko. Normalnie, kiedy obserwował je z domu, z Doliny Mgieł, rozpłomieniały się wielokrotnie w ciągu dnia. Odkąd jednak zobaczył gondolę znikającą w Górach Czarnych, błyski mógł policzyć na palcach jednej ręki. Jeśli w ogóle jakieś zauważył. Po tym ohydnym, triumfującym wyciu śmierci prawie ustały.
Dlaczego?
Myśl, która przyszła mu do głowy, poraziła go. A może to dobry znak? Może „oni”, kimkolwiek są, chcieli, żeby ofiary, które znalazły się w górach, czegoś nie zobaczyły? A może chcieli, żeby było kompletnie ciemno, wtedy łatwiej im będzie zwabić zdobycz do pułapki?
Jeśli tak było, jeśli Gondagil rozumował prawidłowo… To by oznaczało, że ofiary nie zostały jeszcze pojmane?
Uczepił się mocno tej szalonej myśli, ponieważ dawała nadzieję, że nie przyjdzie za późno. Że Tsi-Tsungga, którego głos naprawdę słyszał, i jego młody towarzysz oraz ewentualnie Miranda wciąż jeszcze żyją. A może po prostu nie zaszli jeszcze wystarczająco daleko?
Mężczyzna z niemieckiej osady wspominał o jakichś błyskawicach, które ustały, kiedy on się zbliżał. Gondagil przypominał sobie jak przez mgłę, że coś takiego zostało powiedziane, ale może to z jego strony tak zwane życzeniowe myślenie?
– Czik – powiedział. – Uważam, że ty powinieneś tutaj zostać i czekać.
Wiewiórka wczepiła się mocniej w jego ramię.
– Nie, Czik, nie powinienem brać cię ze sobą tam, bo być może nie będę mógł się tobą odpowiednio opiekować. Chciałbym, żebyś został tutaj, gdzie jest trochę bezpieczniej. A ja pójdę i spróbuję przyprowadzić ci twojego przyjaciela.