Выбрать главу

Kiedy Paula stanęła w końcu na szczycie wzniesienia, poczuła, że to bardzo uroczysta chwila. Księżyc przeglądał się w wodzie, wszystko było spokojne, mroczne i niesamowite. Naprawdę odpowiedni nastrój.

Niech to licho, za dnia te eksperymenty wydawały jej się niesłychanie podniecające! Teraz wstrząsnął nią zimny dreszcz strachu. Była tu przecież całkiem sama. A gdyby jej się tak naprawdę udało?

Udało się, co?

Tego, szczerze mówiąc, sama właściwie nie wiedziała. Zamierzała przywołać do siebie ponadnaturalnego kochanka, oszałamiająco zmysłową istotę z tamtego świata, ale teraz wydawało jej się to zbyt ponure. Zawsze była pewna, że to wzniesienie nad wodą już w pogańskich czasach musiało być wyjątkowym miejscem, być może przed setkami lat znajdowała się tu świątynia. Wybrała je właśnie dlatego.

Dlaczego, do diabła, to zrobiła? Co się stanie, jeśli wywoła jakiegoś upiora? Jakąś straszną postać z zamierzchłych epok? O zgrozo!

Paula, niestety, nie cieszyła się specjalnym powodzeniem wśród młodych mężczyzn. Była na to trochę zbyt ekscentryczna. Panowie uważali, że to dość męczące ciągle rozmawiać o magii, alternatywnej medycynie i duchach. Paula próbowała w ten sposób wyróżniać się w towarzystwie, uważała, że to jej jedyna szansa na zdobycie zainteresowania mężczyzn, ale niestety jej mistyczne opowieści i relacje o dziwnych przeżyciach w sferze duchowej odnosiły odwrotny skutek. Po prostu odstraszała ich od siebie. Chociaż sympatyczna, nie odznaczała się szczególną urodą i wdziękiem. Gdyby przestała rozprawiać o tych swoich tajemnicach, byłaby normalną dziewczyną. Ona jednak nigdy nie miała dość.

Coś zaszeleściło w zaroślach na brzegu. Paula odwróciła się błyskawicznie, a serce podeszło jej do gardła. Niczego tam jednak nie było. W każdym razie niczego, co można zobaczyć.

Noc weszła w swoją najciemniejszą fazę. Półmrok, wszystko było zmienione, zaczarowane, nie do pojęcia piękne i straszne. Moc księżyca została dodatkowo ograniczona, ponieważ przesłoniła go przepływająca chmura. Delikatne, spokojne, ledwie dosłyszalne uderzanie fal o brzeg odczuwało się jako pociechę w samotności. Jakby jakieś żywe małe istoty przemawiały do niej szeptem. Spontanicznie szepnęła „hej” i drgnęła na dźwięk własnego głosu.

Nie, teraz trzeba się skoncentrować. Pora zaczynać. Spojrzała na dziewiczą trawę porastającą wzniesienie, na której teraz było widać ślady jej stóp. To świętokradztwo naruszać coś takiego, ale skoro powiedziało się A, to należy powiedzieć B.

Drżącymi ze zdenerwowania rękami wydobyła z worka niedużą narzutę ze skóry i rozłożyła ją na trawie. Na tym posłaniu ułożyła wzór z kamieni. Nawet prosta, niewykształcona czarownica skręcałaby się ze śmiechu, widząc coś tak patetycznego, a zarazem amatorskiego, ale Paula oddawała się temu seansowi całym sercem i duszą. Czuła się teraz w swoim żywiole i niczego już się nie bała. Potrafi, potrafi to zrobić! Zajęta pracą zapomniała o całym świecie. Teraz trzeba wyjąć ziemię spod cmentarza. A teraz imbir-alrauna, którą zdjęła z szyi i pięknie ułożyła pośrodku.

Kiedy wszystko było tak, jak powinno… to znaczy, kiedy wszystko było tak, jak Paula uważała, że powinno, nadszedł czas na najważniejsze. Na sam rytuał. Paula głęboko wciągnęła powietrze, przetarła dłonią oczy, tak że czarny tusz rozmazał się aż na policzki, ona jednak tego nie widziała, powoli zdejmowała z siebie kaftan zdecydowana, rozdygotana. Niech to licho, że też musi być tak zimno! Ogniska nie odważyła się rozpalić. Na to Paula miała zbyt wiele szacunku dla Matki Ziemi. Nie chciała się przyczyniać do bezsensownego niszczenia przyrody. Chociaż w tym przypadku niewielkie ognisko na oddalonym cyplu, dokładnie otoczonym wodą, nie stanowiłoby niebezpieczeństwa, ale sama myśl o spalonej trawie przepełniała ją zgrozą.

Jeszcze jedno pośpieszne spojrzenie w stronę brzegu. Czy w zaroślach nie czają się jakieś istoty i nie obserwują jej? Nie patrzą pełnym pożądania wzrokiem? Na myśl o tym jej ciało przeniknęła fala gorąca, zaczęła badać je rękami. Ciału na razie nic złego się nie stało, wciąż jeszcze po dziewczęcemu szczupłe, może cieniutka warstewka tłuszczu pomiędzy klatką piersiową a linią bioder, ale co tam! Oni z pewnością lubią mieć za co złapać!

Jacy oni?

Ci, którzy stoją na brzegu? Ci, których ona nie widzi, ale wyczuwa ich obecność instynktem wiedźmy?

Niech stoją! Niech patrzą, jestem gotowa!

Prawdę powiedziawszy, Paula przed wyjściem wypiła parę małych drinków. Nie mogła postąpić inaczej, noc wydawała się taka pusta i ponura. Alkohol zaczął działać, wszelkie wątpliwości ustąpiły. Rozpostarła na ziemi kaftan i uklękła na nim. Po kolei podnosiła kamienie kupione w sklepie z kryształami i przyciskała je do piersi, szepcząc przy tym specjalne zaklęcia.

Wzywała męskie istoty nocy, prosiła, by choć jeden z nich przyszedł tutaj i wziął ją w posiadanie, tylko na tę noc, dodała pośpiesznie, a ona ofiaruje mu całe ciepło, jakie w sobie zgromadziła. O mało nie powiedziała: „zmagazynowałam ciepło”, ale uznała, że to kojarzy się z jakąś głupią techniką, elektrycznością czy czymś takim, więc użyła innego słowa.

Oczywiście, że od dawna gromadziła w sobie erotyczne ciepło! Wiele lat minęło już od czasu, kiedy po raz ostatni trzymała w ramionach mężczyznę, a samotne chwile z podniecającą erotycznie literaturą nie były specjalnie radosne.

Paula nie chciała wiązać się z żadnym pospolitym chłopem, jak się wyrażała, byli tacy nudni. Teraz otwierała się przed nieznajomą istotą z innego wymiaru. Niech przyjdzie ktokolwiek. Wodnik, duch wodospadu, król gór, król elfów, jakaś demoniczna istota – choć lepiej nie za bardzo – po prostu ktokolwiek! Chciała, żeby kochał ją gwałtownie, posiadł jej ciało i duszę!

Och, co za noc, jaka nierzeczywista, jaka magiczna i tajemnicza! Noc środka lata, Jonsoknatt, noc sobótkowa, noc świętojańska. Dziwne, że Hans i Jan to właściwie to samo imię! Oba pochodzą od Johannesa.

Paula wiele podróżowała, podświadomie szukała mężczyzn z cieplejszych krajów, i poznała wiele języków. W każdym razie trochę słów z każdego języka. Dotykała dłonią piersi i czuła, jak bardzo się napinają, musiała zacisnąć uda, ale nie nazbyt długo, tylko na chwilkę.

Ta zagadkowa noc nazywa się po angielsku „midsummer night”. No i nie ma w tym niczego niezwykłego. Po niemiecku „Johannisnacht”, znowu nazwa pochodzi od Johannesa. Podobnie po francusku: „la Saint-Jean”. I po hiszpańsku „noche de San Juan”. Jak się to nazywa we Włoszech, nie wiedziała, domyślała się jednak, że coś w rodzaju „notte di San Giovanni”. Nie była zbyt mocna we włoskim, pojechała tam tylko raz i przeżyła na miłosnym froncie takie upokorzenie, że nie chciała więcej wracać.

Musiała porządnie pociągnąć z butelki, piła gin pomieszany z sokiem pomarańczowym i wodą mineralną, wszelkie opory rozwiały się teraz zupełnie. Gładziła się po wewnętrznej stronie ud, pobudzała sama siebie, ale nie chciała doprowadzić do końca. Pochyliła się w przód tak, że ciało wygięło się niczym most, nie wytrzymała jednak długo w tej pozycji, dawał o sobie znać brak fizycznej sprawności, nogi się pod nią ugięły i upadła z głuchym łoskotem na leżący na ziemi kaftan.

Skrępowana rozejrzała się wokół, patrzyła w zarośla na brzegu, ale niczego nie widziała.

Położyła się znowu, podciągnęła w górę kolana i prężyła ciało w rozkoszy.

– Chodź – szeptała. – Chodź do mnie!

Nie mogła przestać myśleć o tym, że jest noc świętojańska. Święty Jan Chrzciciel. A może to był Jan Apostoł? Nie, z pewnością Chrzciciel. Był bardziej seksowny niż Apostoł. Salome, córka Heroda, chciała zdobyć Jana Chrzciciela. Pragnęła go ze względu na jego urodę i nieprzystępność. On jednak pozostał niezłomny.