Wtedy zażądała jego głowy na tacy. I otrzymała ją. Po co jej to było? Szkoda takiego pięknego mężczyzny!
O, Paula wołałaby uwieść Jana Chrzciciela! Pragnąłby jej od pierwszej chwili, gdyby ją tylko zobaczył.
Myśl wydała jej się oszałamiająca, ale też trochę przerażająca. Trzeba się od niej uwolnić, nie pasuje do tej atmosfery.
Dzisiaj idzie o nią i o niewidzialnych. O męską istotę z podziemnych otchłani, czy skądkolwiek, byleby tylko pochodziła ze świata istniejącego równolegle ze światem ludzi. Z tego świata, który tak niewielu zna, a jeszcze mniej ma odwagę o nim mówić. Jakieś dwadzieścia lat temu mówiono o tym dużo więcej, ale Paula była wtedy dzieckiem, opowieści fascynowały ją i trochę przerażały, pobudzały jej wyobraźnię.
Teraz pobudzenie jest znacznie bardziej konkretne. Cudownie, cudownie! Chodź do mnie, połóż się przy mnie, pieść mnie, aż będę nieprzytomna z rozkoszy i uczynię wszystko, co zechcesz! Chcę być twoją posłuszną niewolnicą, możesz robić ze mną, co ci się tylko podoba, ponieważ dłużej już tego nie zniosę, pożądanie przenika nawet moją skórę, koniuszki moich palców są z pragnienia niczym rozedrgane skrzydełka motyli, muszę poczuć na sobie ciało mężczyzny, dotykałam go tak dawno temu, że niemal całkiem zapomniałam, a poza tym moim kochankiem był nieśmiały nastolatek.
Teraz pragnę dorosłego mężczyzny, który będzie nade mną dominował, będzie ode mnie silniejszy, posiądzie mnie, a ja stanę się jego chętnym narzędziem. Chcę robić dokładnie to, co mi każe, jeśli zechce, bym robiła rzeczy, o których tylko czytałam, zrobię je bez wahania!
Gin, czarodziejska księżycowa noc, atmosfera całkowitej beztroski wzniecały w ciele Pauli ponurą gorączkę. Kręciło jej się w głowie, nie zauważała już chłodu, gotowa przyjąć każdego, kto by do niej przyszedł.
Rozkoszne mrowienie narastało, na sekundę otworzyła oczy i napotkała zimną twarz księżyca, nic więcej.
Tak, ty też możesz na mnie patrzeć, może ty też odczuwasz to mrowienie? Myśl wydała jej się jednak zbyt frywolna, dlatego zamknęła ponownie oczy i przeciągała się rozkosznie. Zaczęła snuć marzenia. Wyobrażała sobie, że ktoś zakrada się na wzniesienie od strony lądu, czyż nie słyszała cichych kroków w trawie?
Owszem, słyszała! Pilnie uważała, by nie dotykać najbardziej wrażliwych punktów, ponieważ pragnęła zachować wszystko dla tego, który przyjdzie. Okazało się to jednak trudne, niemal nieznośne, była strasznie rozpalona.
Kto by to mógł być? Jest wysoki i przystojny, co do tego miała całkowitą pewność. Wygląda zupełnie wyjątkowo, tak jak powinien wyglądać ktoś z innego świata, trochę demonicznie, ale tylko trochę, i jest taki pociągający, że nigdy nie byłaby w stanie mu się oprzeć…
Nagle ręce zatrzymały się, Paula przestała na kilka sekund oddychać.
Co to?
Jakiś dziwny szum?
Który… który narasta do łoskotu!
Skąd pochodzi?
Czy to jezioro się wzburzyło? Czy też głos płynie z powietrza? Paula zerwała się na równe nogi i naciągnęła na siebie kaftan szybciej i bardziej nerwowo niż kiedykolwiek w życiu. A jeśli to jakiś helikopter…? Ale dźwięk był dużo silniejszy niż odgłos silnika helikoptera.
Nie, nie pochodził też wcale z powietrza, docierał do niej z… O Panie Boże, co to jest?
– Nie! – wrzasnęła przerażona.
Próbowała uciekać, ale dokąd miała się kierować? Boso, potykając się, biegła w kierunku lądu, lecz mały przesmyk został zamknięty. Paula z krzykiem zawróciła i próbowała walczyć, ale bez rezultatu.
Zimna dłoń zamknęła jej usta i uspokoiła ją szybko i skutecznie.
Paula straciła świadomość.
Księżyc gapił się w dół na krajobraz, który znowu trwał w ciszy i spokoju.
W jakiś czas potem dokonano dziwnego odkrycia. Znaleziono parę porzuconych sandałów, małą skórzaną narzutę, na której leżały jakieś kamienie i kryształy, oraz dziwny korzeń.
Nigdy jednak nie natrafiono na ślad samej Pauli.
12
Paula nie była taka samotna nad jeziorem, jak myślała. Nad małą zatoczką, kawałek od niej, chodziła niespokojnie pewna kobieta. Ona nie miała tutaj domku, chciała po prostu znaleźć się jak najdalej od ludzi, nie wiedziała też nic o Pauli Nie orientowała się wcale, że nad jeziorem stoją jakieś domki, zbyt dobrze były ukryte w zieleni.
Kobieta nie zwracała uwagi na żadne zjawiska towarzyszące nocy środka lata, nie zauważała, że znad wody zaczyna się podnosić delikatna, jakby tańcząca mgła, nie interesował jej zdradziecki blask chłodnego księżyca.
Oriana była z pochodzenia Włoszką, ale wyszła za mąż za Skandynawa, który uległ jej ogromnym, czarnym oczom i pieniądzom jej ojca.
Teraz Oriana nie była już ani młoda, ani ładna, jej mąż, Kent, znalazł sobie inną i zadręczał Orianę komentarzami na temat każdej oznaki starości, jaką w niej dostrzegł. Poza tym był wściekły, że nie dobrał się do jej pieniędzy.
Rozwodzić się jednak nie chciał. Najpierw życzył sobie dostać po niej spadek. Tymczasem kiedy małżeńskie problemy Oriany zostały ujawnione, pieniądze złożono na zamkniętym koncie i to właśnie było jego największym problemem.
Ojciec Oriany nigdy nie ufał swemu zięciowi, ale teraz ojciec umarł, ona zaś czuła się jeszcze bardziej samotna w obcym kraju niż kiedykolwiek przedtem.
Wszystko by się pewnie dało jakoś ułożyć, mogła wrócić do Włoch, gdyby nie wizyta u lekarza jakiś czas temu.
Długo zwlekała, niepokojąc się różnymi symptomami, kiedy wreszcie wybrała się na badania, okazało się, że jest za późno. Wszelkie kuracje byłyby już tylko udręką, nie przynoszącą żadnego pożytku.
Kent nie okazał najmniejszego współczucia. Natomiast Oriana usłyszała, jak kiedyś, gdy sądził, że jest w domu sam, mówił przez telefon do kochanki: „Musimy wytrzymać jeszcze trochę. Ona nie ma oprócz mnie żadnych spadkobierców. Żeby się tylko pośpieszyła i umarła, tak mi przykro, że…”
Nad jeziorem panowała kompletna cisza. Czasami z szumem skrzydeł przeleciał w pobliżu jakiś drapieżny ptak, poza tym żadnych oznak życia.
Ale dusza Oriany była niespokojna, zrozpaczona, głęboko nieszczęśliwa.
Poprzedniego dnia chora kobieta rozmawiała ze swoim adwokatem, wydała mu nowe dyspozycje. Teraz przygotowała się już do drogi Chciała wyruszyć w swoją najdłuższą podróż.
Decyzja była ostateczna. Dlatego z pełną świadomością nie zwracała uwagi na urodę krajobrazu. Nie chciała niczego żałować. Bo co by to dało? Kilka miesięcy cierpień?
Przygotowała wszystko starannie. Tu, nad wodą, znalazła sobie miejsce pod kamieniami Tam wpełznie, nikt jej nie znajdzie. Przynajmniej dopóki ciało nie ulegnie rozkładowi. A wtedy nic nie będzie już miało znaczenia.
Samochód schowała w lesie przy drodze, też nikt go szybko nie odkryje. Nad samotne jezioro przyszła piechotą.
Wypity koniak zaczynał działać. Teraz czas najwyższy zażyć tabletki. Tyle, ile tylko można.
A niech to! W końcu jednak o czymś zapomniała. Nie wzięła nic, do popicia.
Nie chciała pić wody z jeziora, nie wyglądała bowiem na zbyt czystą.
Och, zaczyna być śmieszna! Jakie to ma znaczenie, czy woda będzie smaczna czy nie? Teraz?
Trudno jednak pić z dłoni i jednocześnie zażywać tabletki, zwłaszcza że koniak bardzo ją oszołomił. Gdzie się podziała butelka? Próbowała sobie przypomnieć, ale głowę miała jak we mgle, nie była w stanie zebrać myśli.
Ach, tak. Pod kamieniem.
Udało jej się wydobyć zgubę z ukrycia – trzeba pamiętać, by ją potem znowu odłożyć na miejsce – butelka była ubrudzona ziemią, więc z przyzwyczajenia ją wytarła. Potem napełniła wodą z jeziora, niczego innego w pobliżu i tak by nie znalazła. Z trudem utrzymała równowagę, mało brakowało, a byłaby wpadła do wody głową w dół. Chichotała cicho sama do siebie.