Выбрать главу

Otrząsnął się ze smutnych myśli i wsiadł do gondoli.

Jori wybuchnął krótkim śmiechem.

– Jacy my jesteśmy głupi, przecież i tak nie moglibyśmy cię ukrywać, Gondagilu. Gdy się tylko zjawimy, skierują nas wprost na kwarantannę i będą nas dokładnie szorować. Zwłaszcza ciebie, który spędziłeś życie poza murem. Prawdę powiedziawszy, my z Tsi też potrzebujemy gruntownego oczyszczenia! Nie sądzę, żeby Góry Czarne ze wszystkimi swoimi okropnymi mieszkańcami były najbardziej sterylną okolicą świata!

Gondagil słuchał bardzo uważnie, chociaż nie rozumiał, co to jest kwarantanna. Nie, jego myśli obejmowały jak gdyby dwa plany, musiał całym wysiłkiem woli je rozdzielać.

Przede wszystkim rozmyślał o tajemnicy, która dręczyła go od dawna. Poza tym myśli wypełniały mu dużo przyjemniejsze tematy.

Tajemnicza sprawa została bardzo szybko odrzucona, bo dlaczego miałby się zastanawiać nad czymś, na co trudno było znaleźć odpowiedź.

Dlaczego, dlaczego, u licha, jego dziadek powiedział, że droga przez ciasną dolinę jest jedynym szlakiem wiodącym w głąb Gór Czarnych? Nie ma w tym twierdzeniu najmniejszego sensu, jest to przecież droga najgorsza.

I czy to rzeczywiście jego dziadek tak twierdził? Czy działo się to w czasach dzieciństwa Gondagila?

Wszystko to wydawało mu się jakieś okropnie niezrozumiałe, bo nie mógł sobie przypomnieć ani jednej takiej sytuacji ze swojego dzieciństwa, kiedy by się zastanawiał nad tą drogą albo też znał kogoś, kto miał coś wspólnego z wejściem w obręb wysokich, mrocznych gór, których cały lud Timona bał się bardziej niż samej śmierci. Była to dla niego prawdziwa zagadka.

Otrząsnął się z ponurej zadumy, tymczasem Jori i Tsi-Tsungga dyskutowali o czymś, ale on tego nie słuchał, jego myśli wędrowały dalej własnymi drogami.

Miranda…

Zawsze tak było, wciąż wracał do Mirandy, nie umiał już przypomnieć sobie czasów, kiedy Mirandy nie było jeszcze w jego świecie. Uważał, że wyobrażać sobie jej twarz to najwspanialsze zajęcie.

Miranda, kiedy ją o to poprosił, zgodziła się zostać poza murami, w Królestwie Ciemności. Dla niego była gotowa poświęcić więcej, niż był w stanie pojąć. Wiedziała, że życie tutaj będzie krótkie. Ktoś kiedyś wspomniał, że ona sama jest prawdopodobnie niemal nieśmiertelna. W takim razie on by umarł na długo przed nią…

Na myśl o tym robiło mu się słabo.

To właśnie w jednym z takich momentów Gondagil uświadomił sobie, że Miranda naprawdę go kocha. I że jest mu głęboko oddana.

Uśmiechnął się sam do siebie. Mirando, nie jesteś sama, jeśli chodzi o tę wielką miłość, powtarzał w duchu, czując, że ogarnia go wielka fala ciepła.

I pełne niepokoju oczekiwanie.

17

Gondagil przyniósł ze swego domu naczynie z wodą i chłopcy pili niczym spragnione cielęta. Tsi uniósł twarz znad orzeźwiającego płynu i zdyszany spytał:

– Polecimy z powrotem tą samą drogą?

– A czy mamy jakiś wybór? – odparł Jori. – Gondagil, a może wziąłeś też ze sobą coś do jedzenia?

Wareg uśmiechnął się pod nosem.

– Wziąłem co nieco dla Czika, myślę jednak, że i dla was wystarczy.

Podzielili się zapasami. Gondagil spoglądał na nich zaniepokojony.

– Czy nie powinniśmy trochę zostawić na potem?

– Zostawić jedzenia? Nie, trzeba ci wiedzieć, że w Królestwie Światła mamy żywności pod dostatkiem – roześmiał się Jori.

– Ale jeszcze tam nie dotarliśmy – przypomniał mu Gondagil.

– Wkrótce dotrzemy – prychnął Tsi zarozumiale. – Teraz wzniesiemy się aż do samego stropu kopuły.

Poprosili Gondagila, by zasłonił sobie oczy, kiedy będą przelatywać przez otwór wysoko w górze. On w ogóle nie był przyzwyczajony do światła, a tam czeka najintensywniejszy blask, jaki istnieje w ich królestwie. Będą bardzo blisko samego Słońca.

Tsi-Tsungga siedział przy kierownicy trochę przestraszony. W głębi duszy zastanawiał się, czy Gondagil jest naprawdę sympatycznym stworzeniem, czy też należy do złych ludzi Bo w takim razie bliskie sąsiedztwo Słońca mogłoby go przekształcić we wściekłą bestię, która rzuci się na Joriego i Tsi, poprzegryza im gardła, zagarnie dla siebie piękną gondolę Tsi, który nigdy więcej jej nie zobaczy.

W tym miejscu Tsi, dziecko natury, zauważył, że w jego rozmyślaniach coś się nie zgadza, nie miał jednak czasu zastanawiać się, co mianowicie. Zbliżali się właśnie w wielkim pędzie do muru otaczającego Królestwo Światła.

Pociągnął za dźwignię, wznosili się teraz na oszałamiające wysokości. Joriego i Gondagila dosłownie swędziały palce, by przejąć kierowanie pojazdem, ponieważ beztroski Tsi sprawiał wrażenie, że sobie nie poradzi z zadaniem, ale mimo wszystko była to jego gondola.

– Czy moglibyśmy ci w czymś pomóc? – zapytał Jori ostrożnie, z nadzieją w głosie.

– Tak, pilnujcie Czika i trzymajcie się z daleka od najsłabszych miejsc gondoli!

– I nic więcej?

– Owszem. Wypatrujcie wentyli! Ja jakoś żadnego nie widzę.

Wkrótce uświadomili sobie, że od strony Ciemności wentyle trudniej było dostrzec. Prawdopodobnie to wynik celowego działania. Wtedy, przed wieloma laty, kiedy tworzono te otwory, tak właśnie się zabezpieczono.

Nie udało im się zlokalizować żadnego z wąskich przejść, dopóki Gondagil nie zauważył, że w pewnym miejscu, które właśnie mijali, wieje ciepły wiatr. Wiedzieli, że teraz znajdują się mniej więcej w samym środku Ziemi, ponieważ mur ciągnął się aż do centrum tej wielkiej pustej przestrzeni we wnętrzu globu. Świadomość tego wprost oszałamiała.

– W takim razie jedziemy! – zawołał Tsi przejęty.

– Gondagilu, masz coś, czym mógłbyś zasłonić sobie oczy? – zapytał Jori.

– Nie, ja chcę widzieć! Chcę widzieć wszystko!

– Ale nie możesz, zostaniesz oślepiony. No dobrze, tylko zaciśnij mocno powieki, kiedy znajdziemy się już w środku!

Gondagil skinął głową. Ale nie zamierzał ani na moment zamykać oczu.

Tsi wybrał jeden z otworów.

– Na podłogę! – zawołał.

Skulili się przy siedzeniach. Jori nie spuszczał wzroku z Czika.

Jednym fenomenalnym manewrem Tsi-Tsungga zdołał przecisnąć gondolę przez otwór tak, że nie otarła się o mur. A chodziło dosłownie o milimetry i Jori pomyślał, że naprawdę nie doceniał zdolności swego przyjaciela. Po prostu chyba nikt nie oczekiwał, że ta istota natury mogłaby opanować różne techniczne finezje. Ich zdaniem miał po prostu biegać boso po swoim lesie i czarować dziewczęta.

Gondagil krzyknął głośno i zasłonił rękami oczy, kiedy spojrzał w promienne światło Świętego Słońca. Wszystko było skąpane w intensywnym, ciepłym i łagodnym blasku. Ale tej łagodności nie wyczuwało się tutaj, w miejscu, gdzie siła światła była największa.

Teraz zobaczymy, czy on jest dobry, czy zły, pomyślał Tsi. Zabrakło mu odwagi, by odwrócić się i spojrzeć w tym momencie Gondagilowi w twarz. Poza tym miał pełne ręce roboty, musiał manewrować gondolą tak, by jak najszybciej znaleźć się możliwie najdalej od Słońca.

Jori nigdy nie zastanawiał się nad tym, czy Gondagil mógłby być złym człowiekiem. Miranda opowiadała o nim jako o istocie dość prymitywnej i dzikiej, ale to było przecież następstwem warunków, w jakich Gondagil musiał żyć. Z opowiadań Mirandy wynikało też, że bardzo się różnił od niemiłego, niebezpiecznego Harama.

Tsi mógł się uspokoić. Kiedy z szybkością strzały przybyli w okolice, gdzie światło miało normalne natężenia, Gondagil roześmiał się trochę zawstydzony i powiedział: