Выбрать главу

Tego chciałabym widywać częściej, pomyślała. Moglibyśmy razem robić różne rzeczy.

Nie zdążyła jeszcze ochłonąć ze zdumienia, kiedy drzwi otworzyły się ponownie i wyszedł z nich ktoś trzeci. Obie panie przestały oddychać.

Dobry Boże, myślała Oriana. A to co takiego?

Ten miał zielone włosy! Jego ciało pokrywała brązowozielona skóra, twarz nosiła wyraźne podobieństwo do fauna, na głowie sterczały spiczaste uszka, a szerokie, radosne usta świadczyły o zmysłowości. Stopy kończyły się palcami, którymi, gdyby chciał, mógłby chwytać przedmioty.

Przypadek sprawił, że ta istota stała dokładnie pod nimi, sama ich nie widząc. Oriana zdążyła jednak poczuć w swoim ciele jakieś drżenie, o którym już dawno zapomniała. Gorące pragnienie, pożądanie.

Z Paulą było jeszcze gorzej. Musiała zaciskać uda, by powstrzymać tęsknotę, która się nagle w niej rozpaliła. Ten mężczyzna na dole promieniał tą zmysłowością i seksualnością, której tak bardzo brakowało zwyczajnym mężczyznom. Nie przypominał człowieka, ale akurat ten fakt był jej teraz kompletnie obojętny. Paula zbyt długo żyła bez męskiego towarzystwa, bardzo chętnie by więc…

Dziwne stworzenie odeszło. Kobiety popatrzyły po sobie.

– Na Boga… – zaczęła Paula.

– Czy to teatralny makijaż? – zastanawiała się Oriana. – Może to charakteryzacja, może chciał wyglądać jak Puk w Szekspirowskim „Śnie nocy letniej”? A może jak Piotruś Pan? Ale sprawiał wrażenie takie… – zniżyła głos do szeptu – takie prawdziwe!

Bo on jest prawdziwy, myślała Paula z egzaltacją. To jest on! Udało mi się!

Głęboko wciągnęła powietrze.

– Wszystko moja wina – oznajmiła. – Tej nocy czarowałam. To noc środka lata. Próbowałam wywołać jakąś istotę natury, może króla gór, kogokolwiek. I to jest właśnie on! Bardzo mi przykro!

Ale w jej głosie absolutnie nie wyczuwało się przykrości. Głos brzmiał radośnie, chociaż dało się w nim słyszeć również zaskoczenie.

Oriana wpatrywała się w towarzyszkę, jakby chciała się przekonać, czy Paula mówi poważnie, czy też zwariowała. Potem zaproponowała:

– Chodźmy stąd! Zejdźmy na dół, wyjdźmy na zewnątrz, trzeba znaleźć kogoś, z kim mogłybyśmy porozmawiać. Trzeba wyjaśnić, gdzie się znajdujemy.

Paula uznała, że to bardzo dobry pomysł, ruszyły wobec tego ku drzwiom wyjściowym w hallu na dole.

Ale drzwi były zamknięte na klucz.

– Co to, u diabła, może znaczyć? Czy znalazłyśmy się w więzieniu w jakim obcym państwie? – zastanawiała się Oriana niepewnie.

Zanim zdecydowały, co dalej, znowu otworzyły się drzwi za nimi i wyszedł z nich mężczyzna w takim samym płaszczu kąpielowym jak one. Ten wyglądał ponuro.

– Kent? – rzekła Oriana z umiarkowanym entuzjazmem. – Ty tutaj? Czy możesz nam powiedzieć, co się stało?

Odepchnął ją i podszedł do wyjścia.

– Nie chcę mieć z tobą do czynienia – warknął. – Zawiodłaś mnie w najbardziej ordynarny sposób.

Szarpnął za klamkę.

– A to co znowu za głupoty? Oriana, natychmiast dawaj klucz!

– Jesteśmy zamknięte tak samo jak ty. Czy wiesz, gdzie się znajdujemy? I jakim sposobem się tutaj dostaliśmy?

– Skąd ja to niby mam wiedzieć? Powinienem…

Zamilkł, jakby się zastanawiał, czy nie wybić okna, ale uznał, że chyba nie. Podjął więc znowu to bezowocne szarpanie drzwiami.

W końcu gdzieś za nimi pojawiła się jedna z tych dziwnych kobiet.

– Bardzo mi przykro – powiedziała łagodnym i przyjemnym głosem. – Wkrótce będą państwo mogli stąd wyjść. Tymczasem jednak bądźcie tak uprzejmi i wróćcie do siebie!

W jakiś sposób zdołała ich ulokować, każde w swoim pokoju. Oriana usłyszała zgrzyt klucza w zamku i ujęła klamkę.

Została zamknięta.

Dopiero teraz uświadomiła sobie, że tamta kobieta mówiła jakimś zupełnie nieznanym językiem. Mimo to wszyscy troje rozumieli każde jej słowo.

Ram rozmawiał przez telefon z jednym ze swoich ludzi.

– Wróciliście więc?

– Tak, trwało to bardzo krótko. Mieliśmy problemy. Zobaczyli nas jacyś ludzie, więc musieliśmy ich zabrać ze sobą. Najchętniej unikamy mordowania.

– Tak, słyszałem, że jakichś troje nowych odbywa kwarantannę, pominąwszy tych troje, którzy wrócili z Królestwa Ciemności. Postąpiliście słusznie, ale nie jestem pewien, czy ci wszyscy nowi pasują tutaj.

– Rzeczywiście, może być trochę problemów. Kobiety są chyba dobre. Jedna z nich była silnie zatruta, więc najpierw musieliśmy ratować jej życie. Druga z nich znajdowała się w stanie kompletnego upojenia. Dostała specjalną dawkę i teraz jest znowu trzeźwa. Obyło się bez kaca, mam nadzieję, że nam za to podziękuje. Ale ta pierwsza kobieta jest śmiertelnie chora i powinna natychmiast po kwarantannie znaleźć się w szpitalu. Tutaj szybko wróci do zdrowia!

– Znakomicie, A mężczyzna?

– Tamta chora kobieta i mężczyzna nie znoszą się nawzajem. A ponieważ powiedziałem właśnie, że kobiety są wystarczająco dobre, to…

– To on jest słabym ogniwem, rozumiem. Do miasta nieprzystosowanych?

– No, spróbujemy coś z nim zrobić. Ale jeśli tam też nie będzie pasował, to…

– Rozumiem. Zobaczymy, jak się sprawy rozwiną. Gdy tylko kobiety będą gotowe, należy je ulokować może w… Niech no się zastanowię, może w Sadze?

– To powinno być dla nich odpowiednie miejsce. I chora kobieta uniknie widywania swego męża.

– Dobrze! No cóż, to powodzenia w nowej podróży – zakończył Ram. – Zobaczymy się później.

Stał pogrążony w myślach.

– Co za noc – szepnął. – I chłopcy przebywali w Królestwie Ciemności! Dobrze, że to się skończyło, tak jak się skończyło.

19

Nareszcie noc świętojańska dobiegła końca.

Mieszkańcy Królestwa Światła nie mieli pojęcia, co się stało w ich spokojnej krainie, nie wiedzieli tego nawet Ram ani Strażnicy, Elfy też nie wiedziały niczego konkretnego, wyczuwały jedynie niepokój. Teraz elfy spały, oszołomione świętem, nektarem i miodem, jagodami i innymi smakołykami dostarczonymi przez naturę.

W myślach Fivrelde krążyło nieustannie jakieś wspomnienie z minionej nocy, prawdopodobnie z porannego snu, w którym widziała coś, była pewna, że dzieje się coś złego, a może już się to wydarzyło podczas nocy świętojańskiej, nie mogła jednak pojąć, czego to wszystko dotyczy. To bardzo nieprzyjemne mieć świadomość, że jest się jedyną istotą, która coś wie, a mimo to ta wiedza jest tak bardzo niekonkretna. A może powinna porozmawiać ze swoim bohaterem? Nie, nie odważyłaby się mu przeszkadzać.

Theresa spotkała najmłodsze dziewczęta przy śniadaniu na tarasie domu Rafaela.

Jak większość młodych ludzi były dość zaspane, siedziały pogrążone we własnych myślach. To z wiekiem człowiek staje się rześki rankami.

– No, panienki? Śniło się wam coś? – powitała je ze śmiechem.

Berengaria, która w tym towarzystwie miała najwięcej pewności siebie, odpowiedziała jak zwykle pierwsza.

– Zupełnie nic, babciu. Nic, o czym warto wspominać. Tylko róże poplamiły mi poduszkę.

– A więc mimo wszystko użyłaś ogrodowych kwiatów? A to powinny być kwiaty polne, moje dziecko. Trzeba je zbierać na rozstajnych drogach, daleko od ludzi. A ty, Sasso?

Młoda potomkini Ludzi Lodu uśmiechnęła się tajemniczo.

– Tak, ja miałam sen.

– I o kim to? – chciały natychmiast wiedzieć obie przyjaciółki.

– Nie, to zupełna niespodzianka – rzekła Sassa skrępowana. – Nigdy bym się tego nie spodziewała. Ale to był… piękny sen – dodała tak cicho, że ledwo ją usłyszały.