Выбрать главу

To mnie zabolało. Nikt się nie śmiał, nie spoglądał na mnie z ironicznym uśmieszkiem, ale mimo to poczułem się zlekceważony. Biała sowa, której nikt nie widział, poruszyła się na moim ramieniu. Wciągnąłem powietrze Zmroku – chłodne, bez smaku, nijakie. Spytałem:

– Borysie Ignatjewiczu, dlaczego skierowano mnie na obwodnicę? Jeśli już pan wiedział, w jakiej była dzielnicy.

– Mogłem się mylić – z nutką zdziwienia odpowiedział szef. – Znowu… zrozum, w pracy śledczej nie należy wierzyć nawet największemu autorytetowi, przełożonemu.

– Aleja nie byłem sam – cicho powiedziałem. – I dla mojej partnerki to zadanie jest szalenie ważne, wie pan o tym lepiej ode mnie. Polecając nam sprawdzanie pustych dzielnic… pozbawiliście ją szansy rehabilitacji.

Szef ma twarz kamienną, nic nie da się z niej wyczytać, jeśli sam nie zachce. Ale wydawało mi się, że trafiłem w cel.

– Wasze zadanie na razie nie jest zakończone – odpowiedział. – Antoni, Olga… zostaje jeszcze wampirzyca, którą trzeba unieszkodliwić. W tej sprawie nikt nie ma prawa nam przeszkadzać – naruszyła Traktat. I został jeszcze chłopiec, który okazał nadzwyczajną odporność na magię. Trzeba go znaleźć i przeciągnąć na stronę Światła. Bierzcie się więc do pracy.

– A gdzie jest ta dziewczyna?

– Już została zlokalizowana. Teraz neutralizacją wiru zajmą się specjaliści. Jeśli się to nie powiedzie, to wyjaśnimy chociaż, kto rzucił zaklęcie. Ignacy, to twoja działka!

Obróciłem się – Ignacy już stał obok. Wysoki, postawny piękniś, blondyn, zbudowany jak Apollo, o twarzy gwiazdora filmowego. Poruszał się niepostrzeżenie, chociaż w zwyczajnej rzeczywistości i tak go to nie chroniło od nadmiernego zainteresowania przedstawicielek płci słabszej.

Od absolutnie zbędnego zainteresowania.

– To nie mój profil – chmurnie powiedział Ignacy. – Nie bardzo mi odpowiada taki typ!

– Partnerkę do łóżka będziesz sobie wybierać po pracy – zjechał go szef. – A w pracy ja decyduję za ciebie o wszystkim. Nawet o porze odwiedzenie toalety.

Ignacy wzruszył ramionami. Spojrzał na mnie, jakby szukał współczucia i burknął pod nosem:

– To dyskryminacja…

– Tak, to dyskryminacja powtórzył szef i dodał zjadliwie: – Powierzam najlepszemu pracownikowi zadanie, ale nie uwzględniam jego skłonności.

– A może ja się tego podejmę? – cichutko spytał Garik.

Atmosfera momentalnie się rozładowała. To, że Garik w sprawach miłosnych ma kolosalnego pecha, dla nikogo nie było sekretem. Ktoś głośno się zaśmiał.

– Igor, Garik, nadal poszukujcie wampirzycy – szef jakby poważnie odniósł się do jego propozycji. – Ona potrzebuje krwi. Powstrzymano ją w ostatniej chwili, teraz szaleje z głodu i podniecenia. W każdej chwili należy oczekiwać nowych ofiar! Antoni, ty i Olga odszukacie chłopca.

Jasne.

Znowu najmniej ważne i zbędne zadanie.

Miastu grozi zbliżający się wybuch inferna, po mieście krąży młoda, dzika i głodna wampirzyca… A ja mam szukać chłopaka, podobno obdarzonego wybitnymi zdolnościami magicznymi…

– Można odmeldować się do wykonania zadania? – spytałem.

– Tak. Oczywiście. – szef zignorował mój cichy protest. – Do dzieła.

Wykonałem zwrot, zaznaczając tym jeszcze raz swoją dezaprobatę i wyszedłem ze Zmroku. Świat zadrżał, wypełnił się barwami i dźwiękami. Teraz ja, jak ostatni idiota, sterczałem pośrodku skwerku. Dla postronnego obserwatora wyglądało to zupełnie nienormalnie. W dodatku zupełny brak śladów… – stałem w zaspie, a dookoła nietknięta śnieżna biel.

Oto jak rodzą się mity. Z naszej nieostrożności, napiętych nerwów, nieudanych żartów i zachowań na pokaz.

– Nic strasznego – powiedziałem i ruszyłem na przełaj do alei.

– Dziękuję… – cicho i delikatnie szepnięto mi do ucha.

– Za co, Olga?

– Że pomyślałeś o mnie.

– Czy to rzeczywiście aż tak ważne, by wzorowo wywiązać się z zadania?

– Bardzo – po chwili milczenia odpowiedział ptak.

– W takim razie będziemy się bardzo starać.

Skacząc przez zaspy i jakieś kamienie – czy tu, cholera, lodowiec przechodził, czy też ktoś bawił się w rzucanie kamyków do cudzego ogródka – dobrnąłem do alei.

– Masz koniak? – spytała Olga.

– Co? Koniak… Mam.

– Dobry?

– Nie ma złego. Jeśli to naprawdę koniak. Sowa syknęła.

– Zaproś damę na kawę z koniakiem.

Wyobraziłem sobie sowę, pijącą ze spodeczka koniak, i ledwie powstrzymałem się od śmiechu.

– Z przyjemnością. Weźmiemy taksówkę?

– Żartów się panu zachciało, młodzieńcze! – natychmiast odpowiedziała Olga. Ciekawe, kiedy ją zaklęli w ptaszydło? Czy to jej nie przeszkadza w czytaniu książek?

– Istnieje coś takiego jak telewizja – szepnął ptak.

Ciemność i Światło! Byłem pewny, że moje myśli są nie do odgadnięcia!

– Moje doświadczenie życiowe świetnie zastąpiło wulgarną telepatię… wieloletnie doświadczenie życiowe. – Złośliwie kontynuowała Olga. – Antoni, twoich myśli nie mogę odgadnąć. W dodatku jesteś moim partnerem.

– Ja nie chciałem… – machnąłem ręką. Głupio przeczyć oczywistym faktom. – A co z chłopcem? Odpuścimy sobie to zadanie? To byłoby nie fair…

– Skądże! – z oburzeniem odezwała się Olga. – Antoni… szef powiedział, że postąpiłeś nieprawidłowo. I potraktował nas pobłażliwie, co możemy wykorzystać. Wampirzyca napaliła się na chłopca, rozumiesz? On dla niej to jak napoczęty przysmak, wyrwany z ust. I w dodatku teraz jest na nią podatny. Może go zwabić w swoje ukrycie z dowolnego krańca miasta. A to jest dla nas korzystne. Nie trzeba szukać tygrysa w dżungli, jeśli można mu wystawić na polanie koźlątko.

– W Moskwie takich koźląt…

– Ten chłopiec jest już na uwięzi, a wampirzyca jest niedoświadczona. Nawiązywać kontakt z nową ofiarą jest znacznie trudniej, niż zwabić dawną. Uwierz mi.

Zadrżałem, odganiając od siebie głupie podejrzenia. Podniosłem rękę, zatrzymując przejeżdżający samochód, i chmurnie powiedziałem:

– Wierzę. Całkowicie wierzę.

Rozdział 4

Sowa wyszła ze Zmroku, ledwie przekroczyłem próg mieszkania. Podskoczyła-przez chwile poczułem lekkie ukłucie pazurów-i usadowiła się na lodówce.

– Może zrobić ci coś, na czym będzie się wygodniej siedzieć? – spytałem zamykając drzwi.

Pierwszy raz zobaczyłem, jak Olga mówi. Dziób drżał, słowa wydobywały się z widocznym wysiłkiem. Prawdę powiedziawszy i tak nie rozumiem, jak ptak może mówić. W dodatku ludzkim głosem.

– Nie trzeba, bo jeszcze zechcę wysiadywać jaja.

Pewnie to była próba żartu.

– Jeśli obraziłem, wybacz – na wszelki wypadek dodałem. – Ja też próbuję naprawić niezręczność.

– Rozumiem. Nie mam pretensji.

Zajrzawszy do lodówki, znalazłem tam jakieś przekąski. Ser, kiełbasę, marynaty… Ciekawe, czy się pogodzi czterdziestoletni koniak z małosolnym ogórkiem? Pewnie też odczują pewną niestosowność takiego związku. Jak mojego z Olgą.

Wyciągnąłem ser i kiełbasę.

– Cytryny nie mam, wybacz. – Rozumiałem całą absurdalność tych przygotowań, ale przecież… – za to koniak jest doskonały.

Sowa milczała.

Z szuflady biurka, pełniącej u mnie funkcję barku, wyciągnąłem butelkę kutuzowa.

– Miałaś okazję już próbować?

– Tę naszą odpowiedź na napoleona? – Sowa zaśmiała się. – Nie, nie próbowałam.

Absurdalność tej sytuacji stawała się groteskowa. Wypłukałem dwie koniakówki, postawiłem je na stole. Ze zwątpieniem spojrzałem na kłębek białego pierza. I na krzywy, krótki dziób.