– Rozumiem – wydawało mi się, że podchmieliła sobie.
– Parszywa robota… wszystkim nam zdarza się postępować wbrew ludzkiej naturze, ale dojść aż tak daleko… Tak więc, Antoni, oni sobie nie poradzą. Ja mogłabym spróbować. Choć całkowitej pewności też nie mam.
– Olga, jeśli to wszystko jest tak poważne, powinnaś złożyć raport…
Pokiwała głową, odgarnęła mokre włosy:
– Nie mogę. Zakazano mi kontaktować się z kimkolwiek oprócz Borysa Ignatjewicza i moich partnerów podczas akcji. Jemu powiedziałam wszystko. Teraz mogę jedynie czekać. I mieć nadzieję, że uda mi się załatwić to wszystko w ostatniej chwili.
– A szef tego nie rozumie?
– Myślę, że doskonale rozumie.
– No to nie… – wyszeptałem.
– Byliśmy kochankami. Bardzo długo. I w dodatku przyjaciółmi, co zdarza się znacznie rzadziej… Tak, Antoni, dzisiaj rozwiążemy problem chłopca i zwariowanej wampirzycy. A jutro czekamy. Czekamy, dopóki nie wybuchnie inferno. Zgadzasz się?
– Muszę się zastanowić.
– Dobrze. Myśl. A teraz na mnie pora.
– Odwróć się…
Nie zdążyłem. Pewnie Olga sama sobie była winna, źle wyliczyła czas, rzeczywiście przemiana wyglądała obrzydliwie.
Olga zadrżała, wygięła się, po jej ciele przeszła fala – kości wykrzywiały się, jakby były z gumy. Skóra pękała, obnażając okrwawione mięśnie. W mgnieniu oka stała się zgniecioną, bezkształtną masą ciała, która kurczyła się i kurczyła, obrastając drobnymi białymi piórami…
Polarna sowa wzleciała z taboretu z krzykiem – na pół ptasim, na pół ludzkim. Poleciała na swoje ulubione miejsce na lodówce.
– Do diabła! – krzyknąłem, zapominając o wszystkich regułach i zasadach. – Olga!
– Pięknie, co? – Jej głos był zdławiony, jeszcze skażony bólem transformacji.
– Dlaczego? Dlaczego właśnie tak?
– To część kary, Antoni.
Wyciągnąłem rękę, dotknąłem rozłożonego, trzepoczącego skrzydła.
– Olga, zgadzam się.
– W takim razie bierzemy się do roboty, Antoni.
Kiwnąłem głową, wyszedłem do przedpokoju. Rozsunąłem drzwi szafy z uzbrojeniem, przeszedłem w Zmrok – inaczej nic bym nie zobaczył oprócz odzieży i starych klamotów.
Maleńkie ciało siadło na moje ramię:
– Co masz?
– Onyksowy amulet już rozładowałem. Możesz go załadować?
– Nie. Pozbawiono mnie prawie wszystkich mocy. Pozostawiono jedynie to, co niezbędne dla neutralizacji inferna. I pamięć, Antoni… pozostawiono mi pamięć. Jak zamierzasz zabić wampirzycę?
– Jest bez rejestracji-powiedziałem.-Można tylko ludowymi sposobami. Sowa wydała śmiejący się klekot.
– Do tej pory jeszcze jest w użyciu osinowy kołek?
– Ja go nie używam.
– Jasne. Z powodu twoich przyjaciół?
– Tak. Nie chcę, żeby ogarniał ich niepokój, gdy przestępują próg.
– W takim razie co?
Z wydrążonego zagłębienia w cegłach wyjąłem pistolet. Obejrzałem się na sowę – Olga uważnie lustrowała broń.
– Srebro? Dla wampira to bardzo bolesne, ale nie śmiertelne.
– Mam w nim kule dum-dum – wyjąłem z desert eagle magazynek. – Srebrne kule rozpryskowe. Kaliber – zero czterdzieści cztery. Trzy trafienia wystarczą, aby nic mu już nie mogło pomóc.
– A potem?
– Ludowe sposoby.
– Nie wierzę w technikę – ze zwątpieniem odezwała się Olga. – Widziałam, jak odtworzył się wilkołak, rozerwany na strzępki pociskiem.
– Ile czasu mu to zajęło?
– Trzy doby.
– A o czym ja mówiłem?
– Dobrze, Antoni. Jeśli nie wierzysz własnym siłom…
Była niezadowolona, rozumiałem to. Jednak ja nie jestem agentem operacyjnym. Jestem sztabowcem, któremu polecono pracę w terenie.
– Wszystko będzie dobrze – uspokajałem ją. – Uwierz. Lepiej skoncentrujmy się na wyszukaniu przynęty.
– Idziemy.
– O, tutaj to wszystko się wydarzyło – oznajmiłem Oldze. Staliśmy w bramie. Oczywiście, byliśmy w Zmroku. Czasami obok nas przechodzili ludzie, śmiesznie omijając mnie, chociaż byłem dla nich niewidoczny.
– Tutaj zabiłeś wampira – ton głosu Olgi był niezwykle rzeczowy. – Tak… rozumiem, mój przyjacielu. Niedokładnie wyczyściłeś teren… zresztą, to nieistotne…
Moim zdaniem żadnych śladów po zlikwidowanym wampirze nie zostało. Ale nie sprzeczałem się.
– Była tutaj i wampirzyca… Tutaj ją czymś uderzyłeś… nie, chlapnąłeś na nią wódką…
– Olga cichutko zaśmiała się. – I ona uciekła… Nasi agenci już całkiem stracili zdolności tropienia. Siad jest wyraźny jeszcze teraz!
– Przetransformowała się – smętnie wyjaśniłem.
– W nietoperza?
– Tak. Garik powiedział, że zdążyła w ostatniej chwili.
– Źle. Wampirzyca jest mocniejsza, niż się spodziewałam.
– Przecież to dzika. Piła żywą krew i zabijała. Doświadczenie miała zerowe, ale mocy – ile tylko się da.
– Zlikwidujemy – twardo powiedziała Olga.
Milczałem.
– A oto i ślad chłopaczka. – W głosie Olgi słychać było zadowolenie. -Rzeczywiście… wielki potencjał. Idziemy, zobaczymy, gdzie mieszka.
Wyszliśmy z bramy, ruszyliśmy chodnikiem. Dziedziniec był wielki, otoczony domami ze wszystkich stron. Ja też wyczułem już aurę chłopaka, ale bardzo słabą i splątaną – musiał tutaj często chadzać.
– Naprzód – rozkazała Olga. – Skręć w lewo. Dalej. Na prawo. Stój…
Zatrzymałem się przed jakąś uliczką, po której powoli pełzł tramwaj. Ze Zmroku nie wychodziłem.
– W tym domu – oznajmiła Olga – Naprzód. Jest tam.
Dom był dziwaczny. Płaski, wysoki, i w dodatku wznosił się na jakichś nóżkach-słupach. Na pierwszy rzut oka robił wrażenie olbrzymiego pomnika pudełka zapałek. Gdy spojrzałem raz jeszcze, dojrzałem w nim ucieleśnienie chorobliwej gigantomanii.
– W takim domu chętnie popełnia się zabójstwa – powiedziałem. – Albo traci rozum.
– Zajmiemy się i jednym i drugim – zgodziła się Olga. – Ty o tym nie wiesz, ale mam w tym ogromne doświadczenie.
Igor nie chciał wychodzić z domu, a gdy rodzice poszli do pracy i trzasnęły drzwi, natychmiast poczuł strach. Cały czas wiedział, że gdy wyjdzie z mieszkania, jego strach przerodzi się w przerażenie.
Ratunku nie było. Nigdzie i w niczym. Tylko dom stwarzał jakąś namiastkę bezpieczeństwa.
Świat złamał się, rozpadł się wczorajszej nocy. Igor zawsze uczciwie przyznawał się, nie przy świadkach, ale przed sobą samym, że nie jest bohaterem. Tchórzem też nie jest. Są rzeczy, których można i należy się bać: chuliganów, maniaków, terrorystów, katastrof, pożarów, wojny, śmiertelnych chorób. Wszystkie te niebezpieczeństwa istnieją realnie, ale nie spotykał się z nimi w swoim życiu. Przestrzegał prostych reguł, zapewniających mu bezpieczeństwo – nie pętał się nocami, nie chodził po obcych dzielnicach, mył ręce przed jedzeniem, nie biegał po torach. Można obawiać się niebezpiecznych sytuacji, ale trzeba wiedzieć, że unikać ich – jeśli jest się ostrożnym – jest dość łatwo.
Teraz wszystko się zmieniło.
Istniały zjawiska, przed którymi nie można się ukryć. Zjawiska, których nie ma i nie mogą istnieć w naszym świecie.
Istniały wampiry.
Pamiętał wszystko wyraźnie, przerażenie nie pozbawiło go pamięci, choć miał na to nadzieję wczoraj, kiedy uciekał do domu i wbrew swoim zwyczajom, nie rozglądając się przebiegł ulicę. Potem do rana czekał, że to wszystko okaże się snem. Niestety.