Выбрать главу

Zazwyczaj otaczałem się sferą około minuty. Teraz wystarczyło mi pięć sekund. Eksplozja bólu -jakby w głowie rozerwał się miniaturowy ładunek. Odchyliłem głowę do tyłu, kiedy sfera odrzucenia wyszła z mojego ciała i otoczyła mnie tęczową kulą. Kula rosła, rozszerzała się, niechętnie wchłaniając i mnie, i chłopaka.

– Tak trzymaj! Nie mogę ci pomóc, Antoni. Musisz sam utrzymać sferę!

Olga nie miała racji. Już pomogła swoimi radami. Pewnie sam wpadłbym na pomysł utworzenia sfery, ale mogłem stracić na to jeszcze kilka drogocennych sekund.

Dookoła zaczęło się rozjaśniać. Zmrok ciągle jeszcze pochłaniał nasze siły, moje z trudem, młodzieńca – ile chciał. Ale teraz dysponował jedynie kilku metrami sześciennymi przestrzeni. Tutaj nie działają zwykłe prawa fizyki, lecz ich analogie. Teraz w sferze dochodziło do równowagi między naszymi żywymi ciałami a Zmrokiem.

Albo Zmrok zaniknie i wypuści ofiarę, albo chłopiec stanie się mieszkańcem świata Zmroku. Na zawsze. Przydarza się to nawet magom, którzy wyczerpali wszystkie swoje siły. Z nieostrożności lub konieczności. Przytrafia się tez to czasem nowicjuszom, którzy nie umieją bronić się przed Zmrokiem i oddają mu więcej! niż należy.

Spojrzałem na Igora – szarzał w oczach. Odchodził w nieskończone przestrzenie świata Zmroku.

Uniosłem go prawą ręką, a lewą wyjąłem z kieszeni scyzoryk. Zębami otworzyłem ostrze.

– To niebezpieczne – uprzedziła Olga.

Nic nie odpowiedziałem. Po prostu przeciągnąłem ostrzem po nadgarstku.

Kiedy polała się krew, Zmrok zaszumiał jak rozżarzona patelnia. W oczach mi pociemniało. Nie z powodu utraty krwi – wraz z nią ulatywało ze mnie życie. Naruszyłem własną ochronę przed Zmrokiem.

Zmrok natomiast otrzymał taką porcję energii, której nie był w stanie przełknąć.

Świat rozjaśnił się, mój cień zeskoczył na podłogę, przestąpiłem przez niego. Tęczowa kula sfery izolacji pękła, wysuwając nas w zwyczajny świat.

Rozdział 5

Krew cienką strużką prysnęła na podłogę. Chłopiec przelewał się na moich rękach, jeszcze był nieprzytomny, ale twarz już zaczynała różowieć. Kot zawodził w drugim pokoju, jakby go zarzynali.

Położyłem Igora na tapczanie i usiadłem obok. Poprosiłem:

– Olga, podaj bandaż…

Sowa zerwała się z ramienia i niczym biała strzała poleciała do kuchni. Widać po drodze weszła w Zmrok, ponieważ wróciła już po paru sekundach, z bandażem w dziobie.

Igor otworzył oczy akurat w tym momencie, kiedy wziąłem od sowy bandaż i zacząłem opatrywać rękę. Zapytał:

– Kto to?

– Sowa. Nie widzisz czy co?

– Co się ze mną stało? – spytał. Jego głos prawie już nie drżał.

– Straciłeś przytomność.

– Dlaczego? – Ze strachem spoglądał na ślady krwi na podłodze i na moim ubraniu. Jego udało mi się nie poplamić.

– To moja krew-objaśniłem. -Przypadkowo zaciąłem się. Igorze, w Zmrok trzeba wchodzić ostrożnie. To obce środowisko, nawet dla nas, Innych. Kiedy znajdujemy się w świecie Zmroku musimy przekazywać mu swoje siły, karmić go życiową energią. Ale po trochu. Jeśli stracimy kontrolę nad tym procesem, Zmrok wchłonie całą naszą energię życiową. Nic na to nie można poradzić – to zapłata.

– Zapłaciłem więcej, niż powinienem?

– Więcej niż miałeś. I o mało nie zostałeś w świecie Zmroku na zawsze. To nie śmierć, ale być może gorsze od śmierci.

– Daj… pomogę panu… – chłopak usiadł, zachwiał się. Widać, zakręciło mu się w głowie. Wyciągnąłem rękę i zaczął opatrywać nadgarstek, nieumiejętnie, ale starannie. Jego aura się nie zmieniła, nadal była nieokreślona, neutralna. Już wchodził w Zmrok, ale ten jeszcze nie zdążył wycisnąć na nim swojego piętna.

– Wierzysz już, że jestem przyjacielem? – spytałem

– Nie wiem. Wrogiem pewnie nie. Albo nie możesz nic mi zrobić!

Wyciągnąłem rękę, dotknąłem szyi chłopca – zesztywniał. Rozpiąłem i zdjąłem z niego łańcuszek.

– Zrozumiałeś?

– A więc nie jesteś wampirem – wyszeptał cicho.

– Tak. Ale nie dlatego, że nie odpycha mnie czosnek i srebro. Igorze, to nie są przeszkody dla wampirów.

– We wszystkich filmach…

– We wszystkich filmach dobrzy ludzie zwyciężają złych. Chłopcze, przesądy są niebezpieczne, tworzą złudne nadzieje.

– A czy są jakieś niezwodnicze nadzieje?

– Nie. Z założenia. – Wstałem, sprawdziłem opatrunek. W porządku, dobrze przylegał i był dostatecznie mocno związany. Za pół godziny będę mógł zamówić ranę – teraz jestem zbyt słaby.

Chłopiec obserwował mnie. Tak, trochę się uspokoił, ale jeszcze mi nie ufał. Śmieszne, ale zupełnie nie zwracał uwagi na białą sowę, niewinnie drzemiącą na telewizorze. Wydaje mi się, że Olga trochę ingerowała w jego świadomość. To dobrze – wyjaśnić, kim jest biała, gadająca sowa, byłoby bardzo trudno.

– Masz coś do zjedzenia? – spytałem

– Ale co?

– Wszystko jedno. Herbata z cukrem. Kawałek chleba. Straciłem sporo sił.

– Znajdzie się. A jak się pan skaleczył? Nie wyjaśniłem, ale i nie skłamałem.

– Celowo, musiałem to zrobić, żeby wydostać ciebie ze Zmroku.

– Dziękuję. Jeśli to prawda.

Bezczelne to było, ale nawet mi się spodobało.

– Nie ma za co. Gdybyś zginął w Zmroku, moi szefowie nieźle daliby mi po głowie.

Chłopiec wstał. Mimo wszystko starał się trzymać jak najdalej ode mnie.

– Jacy szefowie?

– Surowi. No, dasz mi herbaty?

– Nie odmawia się poczęstunku dobrym ludziom…- Tak, bał się nadal, ale nadrabiał bezczelnością.

– Od razu uściślę – nie jestem człowiekiem. Jestem Innym. Ty też jesteś Innym.

– A jaka to różnica? – Igor demonstracyjnie obrzucił mnie spojrzeniem. – Na oko nic nie widać!

– Dopóki nie podasz herbaty, nie powinieneś pytać. Nie wiesz, jak się przyjmuje gości?

– Nieproszonych? A jak pan wszedł?

– Przez drzwi. Pokażę ci. Później.

– Idziemy…

Wydaje się, że mimo wszystko zdecydował się poczęstować mnie herbatą. Poszedłem za chłopcem i aż mnie wykrzywiło od zapachu. Nie wytrzymałem i poprosiłem:

– Tylko… wiesz, Igor… umyj najpierw szyję.

Nie odwracając się, chłopiec pokręcił głową.

– To niezbyt mądre, chronić jedynie szyję. Jest pięć miejsc ludzkiego ciała, gdzie może ukąsić wampir.

– Jakie?

– Rozumie się, że mówię o ciele mężczyzny.

Zarumienił się aż po potylicę.

Wsypałem do filiżanki pięć pełnych łyżek cukru. Mrugnąłem do Igora:

– Nalej mi szklankę herbaty z dwiema łyżeczkami cukru… chciałbym przed śmiercią spróbować. Nie uśmiechnął się, widać, nie znał tej anegdoty.

– A ile mam sobie nasypać?

– Ile ważysz?

– Nie pamiętam. Oceniłem tak na oko.

– Nasyp sobie cztery. Zlikwidujesz początek hipoglikemii.

Szyję jednak umył, choć nie uwolnił się całkowicie od zapachu czosnku. Poprosił, łapczywie przełykając herbatę:

– No, niech pan wyjaśnia!

Nie tak sobie to zaplanowałem. Całkiem nie tak. Chciałem wyśledzić chłopaka, kiedy dosięgnie go Zew. Zabić lub złapać wampirzycę. I odwieźć wdzięcznego chłopca do szefa, który mu wszystko wyjaśni.

– W dawnych czasach – zachłysnąłem się herbatą. – Brzmi to jak początek bajki, no nie? Tylko że to nie bajka.

– Słucham.

– Dobrze. Rozpocznę inaczej. Jest świat ludzi – wskazałem głową za okno, na maleńki dziedziniec, na przejeżdżające ulicą samochody. – Oto on. Dookoła nas. Większość nie może przekroczyć jego granic. Tak było zawsze. Ale od czasu do czasu zjawiamy się my, Inni.