– Ach, to ty… – staruszka rozpłynęła się w uśmiechu. – Ty, ty…
– Antoni – grzecznie podpowiedziałem.
– A już myślałam, że ktoś obcy tutaj chodzi – zdejmując łańcuch i wychodząc na klatkę oznajmiła. – Czasy teraz takie, chuligaństwo, robią, co chcą…
– Nic – powiedziałem. – wszystko będzie dobrze. Lepiej niech pani poogląda telewizję, teraz zaczyna się nowy serial.
Staruszka pokiwała głową i, posławszy mi jeszcze jedno przyjacielskie spojrzenie, skryła się w mieszkaniu.
– Jaki serial? – spytał Igor. Wzruszyłem ramionami:
– Nie wiem. Jakikolwiek. Czy mało jest oper mydlanych?
– A skąd pan zna naszą sąsiadkę?
– Ja? W ogóle jej nie znam. Chłopiec milczał.
– No widzisz – wyjaśniłem. – My jesteśmy Inni. A wchodzić do ciebie nie będę, muszę teraz odjechać.
– Co?
– Ciebie będą chronić przyjaciele. I nie bój się – są zawodowcami znacznie lepszymi ode mnie.
Spojrzałem przez Zmrok – dwa jaskrawe pomarańczowe ogniki przybliżały się do domu.
– Ja… ja nie chcę – chłopak od razu spanikował. – Lepiej wy tu zostańcie!
– Nie mogę. Mam inne zadanie.
Na dole trzasnęły drzwi, zastukały kroki. Agenci zlekceważyli windę.
– Nie chcę! – Igor chwycił za drzwi, jakby chciał je zamknąć. – Ja im niewierze!
– Albo ufasz całemu Nocnemu Patrolowi, albo nie wierzysz nikomu z nas – twardo odrzekłem. – Nie jesteśmy samotnymi supermanami w czerwono-niebieskich płaszczach. Jesteśmy urzędnikami. Policją świata Zmroku. Moje Słowo to słowo Nocnego Patrolu.
– A kim oni są? – chłopiec już zaczynał mięknąć. – Magami?
– Tak. Wąsko wyspecjalizowanymi.
Na dole, na zakręcie schodów, pojawiła się Tygrysek.
– Cześć, chłopaki! – radośnie krzyknęła, jednym susem pokonując resztę schodów. Skok był niezwykły, Igor nawet wystraszył się i odsunął, niepewnie patrząc na Tygryska. Pokręciłem głową, dziewczyna jawnie balansowała na granicy transformacji. Lubiła to i nie można było mieć do niej pretensji, że chciała się trochę zabawić.
– Jak tam? – spytałem.
Głośno westchnęła, potem uśmiechnęła się:
– Oj… wesoło. Wszyscy panikują. Idź, czekają na ciebie, Tosiu… A to jest mój podopieczny, tak?
Chłopiec w milczeniu przyglądał się jej. Prawdę mówiąc, szef dokonał doskonałego wyboru, posyłając do ochrony właśnie Tygryska. Budziła zaufanie i sympatię u każdego, od dzieci począwszy, a na staruszkach skończywszy. Mówią, że nawet ci z Ciemności – od czasu do czasu – dawali się zwieść jej zachowaniu. I w tym się właśnie mylili…
– Nie jestem niczyim podopiecznym – odpowiedział w końcu chłopiec. – Jestem Igor.
– A ja Tygrysek – dziewczyna już weszła do mieszkania i serdecznie go uściskała.
– Chodź, pokaż mi pole walki! Zaczniemy przygotowywać obronę!
Zbiegłem na dół, uspokojony. Zapięć minut Tygrysek zademonstruje chłopcu, za co otrzymała swoje imię.
– Cześć – mruknął do mnie idący na górę Niedźwiedź.
– Cześć -szybko uścisnęliśmy dłonie. Spośród wszystkich pracowników Patrolu Niedźwiedź budził we mnie najbardziej dziwne i mieszane uczucia.
Był więcej niż średniego wzrostu, krzepki i miał zupełnie nieprzeniknioną twarz. Nie lubił dużo mówić. O tym, jak spędza czas poza pracą, gdzie mieszka, nie wiedział nikt, z wyjątkiem chyba Tygryska. Krążyły plotki, że nawet nie był magiem, lecz wilkołakiem. Podobno początkowo pracował w Dziennym Patrolu, ale potem, w trakcie jakiejś misji, nagle przeszedł na naszą stronę. Wszystko to oczywiście bzdura, Światło nie staje się Ciemnością, a Ciemność nie przemienia się w Światło. Ale było w nim coś niejasnego, stwarzającego dystans.
– Samochód czeka na ciebie – powiedział nie zatrzymując się. – Kierowca to as. Dojedziesz błyskawicznie.
Niedźwiedź trochę się jąkał i dlatego budował krótkie zdania. Nie spieszył się, Tygrysek już pełnił dyżur. Ale ja nie mogłem się spóźnić.
– Ciężko tam? – przyspieszając krok spytałem. Z góry doleciało:
– Beznadziejnie.
Przeskakując po kilka schodków, wybiegłem przed dom na podjazd. Samochód już stał – zatrzymałem się podziwiając go przez chwilę. Wspaniałe ciemnopurpurowe BMW najnowszy model, z niedbale przyczepionym na dachu kogutem. Drzwi były otwarte, a kierowca, u którego pod połą marynarki można było domyśleć się kabury, palił spokojnie, wysunąwszy nogi z samochodu. Pizy tylnych drzwiach stał zupełnie monumentalnej postaci niemłody mężczyzna a spod rozpiętego płaszcza widać było bardzo drogi garnitur, w którego klapie błyszczał znaczek poselski. Mężczyzna rozmawiał przez komórkę:
– Kto to taki? Kiedy będę mógł – przyjadę! Co? Jakie, do cholery, dziewuchy? Rusz mózgownicą? Kroku beze mnie zrobić nie możecie?
Spojrzawszy na mnie, poseł, nie żegnając się, przerwał rozmowę i wsiadł do samochodu. Kierowca łapczywie zaciągnął się, wyrzucił papierosa i chwycił za kierownicę. Silnik cicho zawył i ledwie zdążyłem usiąść, gdy samochód już ruszył. Po drzwiach z trzaskiem przesunęły się oblodzone gałęzie.
– Oślepłeś, czy co? – wrzasnął poseł na szofera, choć jedynie ja byłem temu winny. Ale gdy odwrócił się do mnie, ton jego głosu się zmienił: – Zawieźć ciebie do Pierowa?
Do tej pory jeszcze ani razu nie podwozili mnie przedstawiciele władzy. W dodatku ni to wysoka milicyjna szarża, nie to bandycki boss. Wiedziałem, że przy możliwościach Patrolu to wszystko jedno, ale nigdy nie próbowałem eksperymentować.
– Tak, tam, skąd ich przywieźliście. I jak najszybciej…
– Słyszysz, Wołodia? – poseł zwrócił się do kierowcy. – Gazu!
Wołodia docisnął gaz tak ostro, że zrobiło mi się niedobrze. Spojrzałem w Zmrok – czy my w ogóle dojedziemy cało?
Wyszło, że dojedziemy. Ale nie tylko dzięki mistrzowskim umiejętnościom kierowcy czy współczynnikowi sukcesu, który u mnie, jak i u każdego członka Patrolu, sztucznie podwyższono. Wyglądało na to, że ktoś zneutralizował pole prawdopodobieństw, usuwając stamtąd wszystkie możliwe wypadki, korki i zbyt łapczywych policjantów z drogówki.
W naszym wydziale coś takiego mógł zrobić jedynie sam szef. Tylko po co?
– Coś mi straszno… – szepnął z mojego ramienia niewidzialny ptak. -Kiedy my z hrabią…
Zamilkła, jakby zaskoczona własną nadmierną szczerością.
Samochód przejechał skrzyżowanie na czerwonym świetle, przemykając po niewyobrażalnej krzywej pomiędzy innymi samochodami i ciężarówkami. Z przystanku ktoś wyciągnął rękę w naszym kierunku.
– Łykniesz? – życzliwie zapytał poseł. Wyciągnął maleńką buteleczkę martini i plastykową jednorazową szklaneczkę. Wyglądało to tak śmiesznie, że bez wahania nalałem sobie trzydzieści gram. Nawet przy takiej prędkości i na tak kiepskiej jezdni samochód jechał zupełnie nie kołysząc się i koniak się nie rozchlapał.
Oddałem butelkę, kiwnąłem głową, wyciągnąłem z kieszeni słuchawki odtwarzacza, włożyłem je i włączyłem płytę. Wypadło na starą, bardzo starą piosenkę „Woskresenija", moją ulubioną.
To miasteczko był maleńkie jak dziecięca zabawka, od dawna nie wiedziało co to epidemie i najazdy. Na baszcie twierdzy milcząc rdzewiało działo i omijały je marszruty turystyczne… i tak upływał za rokiem rok, bez świąt i codzienności – całe miasto spało. We śnie widział ziemie bezludnych miast i martwych skał…
Wyjechaliśmy na trasę. Samochód ciągle przyspieszał, jeszcze nigdy nie jechałem przez Moskwę tak szybko. Zresztą nie tylko przez Moskwę… Gdyby niezneutralizowane pole prawdopodobieństw, zmusiłbym do zwolnienia jazdy, a tak pozostał tylko strach.