Pośród zimnych skał muzyka dźwięczała a miasto spało…
Kogo przyzywała? Kogo szukała? Sama nie wiedziała…
Mimochodem przypomniałem sobie, że Romanow też był Innym. Tylko niezainicjowanym. Zauważono go zbyt późno… złożono mu propozycję, ale odmówił.
To także wybór.
Ciekawe, jak często słuchał tej muzyki w nocy?
Ten, kto w nocnej duszności okna nie zamykał Tutaj nie ma go już. Już.
Odszedł szukać kraju, gdzie życie pełne jest życia A pieśń idzie za nim, tuż-tuż…
– Chcesz jeszcze? – poseł był samą uprzejmością. Zaintrygowało mnie, co mu zasugerowali Niedźwiedź i Tygrysek… Że jestem jego najlepszym przyjacielem- Że jest moim wiecznym dłużnikiem… Że jestem nieślubnym, ale ukochanym synem prezydenta?
Co za bzdury. Istnieją setki sposobów wzbudzania ludzkiego zaufania, sympatii i chęci pomocy. Światło ma swoje metody, szkoda tylko, że Ciemność ma leż ich niemało. Bzdury.
Najważniejsze zaś – po co, tak naprawdę, jestem potrzebny szefowi?
Rozdział 6
Przy ulicy czekał na mnie Ilja. Stał z rękami w kieszeniach i z obrzydzeniem spoglądał na niebo, z którego sypał drobny śnieg.
– Długo – tylko tyle powiedział, kiedy podałem rękę na pożegnanie posłowi wysiadłem z samochodu. – Szef już naczekał się.
– Co się dzieje? Ilja uśmiechnął się, ale nie był to, jak zwykle u niego, pogodny i promienny uśmiech
– Sam zobaczysz… chodźmy.
Poszliśmy wydeptaną ścieżką, mijając ciągnące z supermarketu kobiety z siatkami. To dziwne, supermarkety pojawiły się u nas już dawno. A chód ludzi pozostał taki, jak był poprzednio – jakby tylko co odstali godzinną kolejkę za sinymi kurzymi trupkami…
– Daleko? – spytałem.
– Gdyby byłoby daleko, wzięlibyśmy samochód.
– I co, nasz gigant seksu sobie nie poradził?
– Ignacy starał się – odpowiedział Ilja.
Nie wiem dlaczego, ale poczułem krótkie i mściwe zadowolenie, jakby przegrana Ignacego była moim sukcesem. Zwykle, jeśli zadanie tego wymagało, pójście z kimkolwiek do łóżka było dla niego kwestią godziny, najwyżej dwóch.
– Szef ogłosił gotowość do ewakuacji – nagle powiedział Ilja.
– Co?
– Pełną gotowość. Jeśli wir się nie ustabilizuje, to Inni opuszczą Moskwę. Szedł przodem i nie mogłem zajrzeć mu w oczy. Po co miałby kłamać…
– A wir jak był, tak jest… – zacząłem. I zamilkłem. Zobaczyłem.
Przed nami, nad ponurym dziewięciopiętrowcem, na tle ciemnego zaśnieżonego nieba, powoli obracała się czarna trąba powietrzna. Nie można jej było nazywać wirem lub szkwalikiem. Właśnie trąbą powietrzną. Wyrastała z następnego budynku, jeszcze niewidocznego. Biorąc pod uwagę kąt nachylenia ciemnego stożka, sięgała prawie do samej ziemi.
– Do diabła… – wyszeptałem.
– Nie prowokuj! – przerwał mi Ilja. – Cały dom się w niej zmieści.
– Ma ze trzydzieści metrów…
– Trzydzieści dwa. I ciągle rośnie.
Spojrzałem na swoje ramię i dostrzegłem Olgę. Wyszła ze Zmroku.
Czy kiedykolwiek widzieliście wystraszonego ptaka? Tak po ludzku wystraszonego?
Sowa nastroszyła wszystkie pióra. Czy pióra mogą stanąć dęba? Jej oczy płonęły żółtopomarańczowym, bursztynowym ogniem. Moja nieszczęsna kurtka była porwana na ramieniu na strzępy, a jej pazury nadal ją darły i darły, jakby miały zamiar dobrać się do ciała.
– Olga!
Ilja odwrócił się, kiwnął jej głową:
– Tak… Szef mówił, że w Hiroszimie wir był niższy.
Sowa machnęła skrzydłami, wzleciała w górę – bezdźwięcznie, płynnie. Za moimi plecami krzyknęła kobieta – odwróciłem się, dostrzegłem roztrzęsioną twarz, zdziwione oczy, śledzące ptaka.
– Wrona leci – niezbyt głośno, spojrzawszy z półobrotu na kobietę, oznajmił Ilja. Ma szybszy refleks niż ja. Po chwili kobieta już nas wyprzedziła, coś z niezadowoleniem zrzędząc o wąskiej ścieżynce i tych, co tarasują drogę.
– Szybko rośnie? – wskazując głową na trąbę, spytałem.
– Skokami. Ale teraz zaczyna się stabilizacja. Szef zdążył odwołać Ignacego w ostatniej chwili. Idziemy…
Sowa, szeroko okrążywszy trąbę powietrzną, zniżyła się i poleciała nad nami. Panowanie nad sobą Olga jeszcze zachowała, ale nieostrożne wyjście ze Zmroku wyraźnie świadczyło o jej zdenerwowaniu.
– A co nawyrabiał?
– Właściwie nic… był tylko zbyt pewny siebie. Nawiązał znajomość. Zaczął naciskać i osiągnął – rozrost wiru… i to do jakich rozmiarów.
– Nie rozumiem – z roztargnieniem powiedziałem. -Tak wielki może stać się tylko przy dzięki wydatnemu zasilaniu ze strony maga wzywającego inferno…
– O tym mowa. Ktoś wyśledził Ignacego… Tutaj…
Weszliśmy do tego budynku, który zasłania! nas przed wirem. Sowa w ostatniej chwili wleciała za nami. Ze zdziwieniem spojrzałem na Uje, ale już nie pytałem. Zresztą od razu wyjaśniło się, dlaczego tutaj weszliśmy.
Na parterze, w jednym z mieszkań, umieszczono sztab operacyjny. Potężne stalowe drzwi, w ludzkim świecie szczelnie zamknięte, w Zmroku były otwarte na oścież. Ilja nie zatrzymując się zagłębił się w Zmrok i przeszedł, ja straciwszy kilka sekund, podnosząc swój cień, wkroczyłem za nim.
Wielkie mieszkanie – cztery pokoje, wszystkie bardzo przytulne. Wszędzie hałas, duszno i pełno tytoniowego dymu.
Znajdowało się tutaj ponad dwudziestu Innych. I agenci operacyjni, i my, zwykli biuraliści. Na mnie nikt nie zwrócił uwagi, na Olgę przelotnie spoglądano. Jestem pewny, że starzy pracownicy Patrolu dobrzeją znają, ale nikt nawet nie usiłował się przywitać, czy też uśmiechnąć się do białej sowy.
Co takiego narobiłaś?
– Idź do sypialni, szef jest tam – rzucił Ilja, a sam skręcił do kuchni. W kuchni dźwięczały szklanice. Może pili herbatę, a może i coś mocniejszego.
Spojrzałem i upewniłem się, że mam rację. Poili Ignacego koniakiem. Nasz seksualny superman wyglądał kiepsko, był wykończony i przybity, już dawno nie poniósł takiej klęski.
Poszedłem dalej, pchnąłem pierwsze napotkane drzwi, zajrzałem.
To był pokój dziecinny. Na maleńkim łóżeczku spało pięcioletnie dziecko, na dywanie jego rodzice i nastolatka. Wszystko jasne. Gospodarzy mieszkania pogrążono w słodkim i zdrowym śnie, żeby nie przeszkadzali. Można było rozwinąć cały sztab w przestrzeni Zmroku, ale po co niepotrzebnie tracić moc?
Ktoś poklepał mnie po ramieniu. Obróciłem się – to był Siemion.
– Szef jest tam – krótko oznajmił. – Chodź…
Wydawało mi się, że już wiem, co mnie czeka. Wszedłem do innego pokoju i w pierwszej chwili zdębiałem.
Czy może być coś niedorzeczniejszego niż polowy sztab Nocnego Patrolu w zwykłym mieszkaniu.
Nad toaletką, całkowicie zastawioną kosmetykami i zawaloną biżuterią, wisiała średnich rozmiarów kula magiczna. Przekazywała widok z góry na trąbę powietrzną. Obok na pufie siedziała Lena, nasz najlepszy operator, milcząca i skoncentrowana. Oczy miała zamknięte, ale gdy pojawiłem się, uniosła lekko rękę w geście przywitania.
Normalne zjawisko – operator kuli widzi przestrzeń kompleksowo, przed nim nic się nie może ukryć.
Na łożu, obłożony poduszkami, półleżał szef. Był w jaskrawym szlafroku, miękkich orientalnych pantoflach i tiubitiejce. Słodkawy dymek przenośnej fajki wodnej wypełniał pomieszczenie. Biała sowa siedziała przed nim i, sądząc po wszystkim, już nawiązali kontakt pozazmysłowy.
To też nic niezwykłego. W chwilach szczególnego napięcia szef zawsze zaczynał się zachowywać tak, jakby był znowu w Azji Środkowej. Pracował tam na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku, maskując się z początku jako mufti, a potem jako przywódca basmaczy, jeszcze później jako komisarz Czerwonych. Ostatnio zaś przez dziesięć lat pracował jako sekretarz komitetu rejonowego.