Przy oknie stali Danił i Farid. Nawet moich zdolności wystarczało, żeby dostrzec purpurowe migotanie magicznych ostrzy, ukrytych w rękawach.
Wszystko zgodnie z zasadami. Sztab w takich momentach nie pozostaje bez ochrony. Wprawdzie Danił i Farid nie są najsilniejsi, ale mają wielkie doświadczenie, a to najczęściej jest znacznie ważniejsze od samej siły.
Ale kim jest jeszcze jeden Inny, który znajdował się w pokoju?
Siedział w kucki w kącie, skromnie i nie rzucał się w oczy. Chudy jak patyk, o zapadniętych policzkach, krótko ostrzyżonych – po wojskowemu – czarnych włosach i wielkich smutnych oczach. Jego wiek był całkiem nie do określenia, może miał trzydzieści lat, a może i trzysta. Nosi ubranie ciemnego koloru: luźny garnitur i szarą koszulę, dobrze zharmonizowane z jego wyglądem. Ktoś postronny wziąłby go zapewne za członka jakiejś niewielkiej sekty. I do pewnego stopnia miałby rację.
To był mag Ciemności. W dodatku mag najwyższej rangi. Kiedy prześliznął się po mnie spojrzeniem, poczułem, jak moja tarcza ochronna – na marginesie mówiąc, nie przeze mnie zbudowana – zatrzeszczała i zaczęła się uginać.
Mimowoli zrobiłem krok do tyłu. Ale mag już wbił wzrok w podłogę, jakby podkreślając – sondowanie było przypadkowe, mimowolne…
– Borysie Ignatjewiczu – usłyszałem własny ochrypły głos.
Szef szybko kiwnął głową, potem odwrócił się do maga Ciemności. Ten od razu spojrzał na szefa.
– Daj mu amulet – stanowczo rozkazał szef.
Mag odezwał się głosem tak smutnym i cichym, jakby zwaliły się na niego wszystkie nieszczęścia świata za jednym zamachem:
– Nie robię nic zakazanego przez Traktat…
– I ja nie robię nic takiego. Moi współpracownicy muszą być odporni na obserwatora.
Więc to tak! W naszym sztabie jest obserwator ze strony Ciemności. A to za, że równocześnie postawiono w stan gotowości sztab polowy Dzien-Patrolu i tam znajduje się ktoś z naszych. Mag włożył rękę w kieszeń marynarki, pogrzebał tam chwilę i wydobył rzeźbiony kościany medalionik na miedzianym łańcuszku. Wyciągnął go do mnie.
– Rzuć – powiedziałem.
Mag uśmiechnął się lekko, melancholijnie i ze współczuciem, machnął ręką, ja złapałem medalion. Szef z aprobatą skinął głową.
– Imię? – spytałem.
– Zawulon.
– Nie słyszałem wcześniej tego imienia. Albo nie jest zbyt znany, albo należy do najwyższych władz Dziennego Patrolu.
– Zawulon… – powtórzyłem patrząc na amulet. – Masz więcej mocy, niż potrzeba jej dla mnie.
Medalion rozgrzał się w dłoni. Nałożyłem go na wierzch koszuli, skinąłem głową magowi i podszedłem do szefa.
– Tak to wygląda, Antoni – powiedział szef, ledwo zrozumiale, nie wy suwając z ust cybucha wodnej fajki. – Tak to wygląda. Widzisz?
Spojrzawszy w okno kiwnąłem głową.
Czarny wir wyrastał z takiego samego dziewięciopiętrowca jak ten, w którym się znajdowaliśmy. Cienki i giętki lej wiru zaczynał się gdzieś na poziomie parteru i patrząc przez Zmrok, mogłem dokładnie zlokalizować mieszkanie.
– Jak to mogło się stać? – spytałem. – Borysie Ignatjewiczu, to już przecież nie cegła spadająca na głowę… i nawet nie wybuch gazu w bloku…
– Robimy wszystko, co możemy – szef jakby uznał za konieczne złożyć mi sprawozdanie. – Wszystkie silosy rakietowe są pod naszą kontrolą, to samo już zrobiono w Ameryce i we Francji, kończą się prace w Chinach. Trudniej jest z taktyczną bronią atomową. Nie możemy zlokalizować wszystkich zdolnych do pracy sputników z laserami. Zagrożenie bakteriologiczne w mieście jest duże… Nieledwie godzinę temu omal nie doszło do wycieku z Instytutu Wirusologii.
– Losu się nie oszuka – ostrożnie powiedziałem.
– Właśnie. Zatykamy dziury w burtach statku. A statek już pęka na połowy.
Nagle zauważyłem, że wszyscy – i mag, i Olga, i Lena, i ochroniarze -patrzą na mnie. Zrobiło mi się nieprzyjemnie.
– Borysie Ignatjewiczu?
– Jesteś jej pisany.
– Co?
Szef westchnął, wypuścił cybuch, zimny opiumowy dymek spłynął na podłogę.
– Ty, Antoni Gorodecki, programista, kawaler, średnio uzdolniony, jesteś pisany dziewczynie, nad którą wisi to czarne paskudztwo.
Mag Ciemności siedzący w kącie ledwie słyszalnie westchnął. Na nic lepszego niż spytać „dlaczego?" nie wpadłem.
– Nie wiem. Wysłaliśmy do niej Ignacego, pracował poprawnie. Wiesz przecież, że może każdej zawrócić w głowie.
– A z nią mu nie wyszło?
– Wyszło. Tylko wir zaczął rosnąć. Rozmawiali pół godziny, a wir z półtorametrowego stał się do dwudziestopięciometrowy. Musiałem go odwołać… natychmiast.
Obejrzałem się na maga. Zawulon niby patrzył w podłogę, ale od razu podniósł głowę. Tym razem tarcza nie zareagowała – amulet mnie osłaniał skutecznie.
– Nam nie jest to potrzebne – powiedział cicho. – Tylko dzikus zabija słonia, żeby zjeść na śniadanie kawałeczek mięsa.
To porównanie aż mnie skręciło, ale wydawało się, że nie kłamał.
– Rzadko kiedy potrzebujemy zniszczenia w takiej skali – dodał mag. – Teraz nie mamy żadnych projektów, wymagających emisji energii w takich ilościach.
– Mam taką nadzieję… – cudzym, skrzypiącym głosem rzekł szef. – Zawulon, powinieneś nas zrozumieć. Jeśli jednak dojdzie do katastrofy… my także wyzyskamy ją do maksimum.
Na twarzy Maga pojawił się cień uśmiechu:
– Tych, którzy przerazi ta katastrofa, którzy będą rozpaczać i współczuć nieszczęśliwym, będzie wielu. Ale więcej, niewyobrażalnie więcej chciwie przylgnie do ekranów telewizorów, dozna radości na widok cudzego nieszczęścia i będzie się pocieszać, że to właśnie ich miasto ominęło, i rozwodzić o przyczynie upadku trzeciego Rzymu, który dosięgła kara… kara niebios. Wiesz o tym, mój wrogu.
Nie okazywał złośliwej satysfakcji – wysocy rangą stronnicy Ciemności nie są tak prymitywni – po prostu informował.
– I mimo to jesteśmy gotowi – powiedział Borys Ignatjewicz. – Wiesz o tym.
– Wiem. Ale my znajdujemy się w korzystniejszym położeniu. Chyba, że chowasz parę asów w zanadrzu, Borysie.
– Wiesz, że zawsze mam przynajmniej cztery.
Szef odwrócił się nagle ku mnie, jakby mag przestał dla niego istnieć.
– Antoni, wir nie jest wspomagany przez Dzienny Patrol, lecz przez jego twórcę. To nieznany mag Ciemności, o ogromnej mocy. Wyczuł Ignacego i zaczął przyspieszać zdarzenia. Teraz cała nadzieja w tobie.
– We mnie?
– Przecież ci mówiłem – jesteście sobie pisani, Antoni. W przestrzeni prawdopodobieństw istnieją trzy możliwości zdarzeń.
Szef machnął ręką i w powietrzu rozwinął się biały płaski ekran. Zawulon skrzywił się – pewnie podrażnił go ten wyrzut energii.
– Oto pierwszy wariant rozwoju zdarzeń – powiedział szef.
Na białym płótnie, wiszącym na środku pokoju, pojawił się czarny pas, który stał się wkrótce bezkształtnym kleksem, wychodzącym za obszar ekranu.
– To najbardziej prawdopodobny wariant. Wir osiąga apogeum i następuje interno. Miliony ofiar. Globalny kataklizm -jądrowy, biologiczny, upadek asteroidu, trzęsienie ziemi o sile dwunastu stopni. Cokolwiek by to było.
– A bezpośredni wybuch inferna? – ostrożnie spytałem. Spojrzałem przelotnie na Zawulona -jego twarz pozostała obojętna.
– Nie. Mało prawdopodobne. Do tej granicy jeszcze jest daleko – szef pokręcił głową. – Gdyby to miało nastąpić, przypuszczam, oba Patrole już wybiłyby się nawzajem. Drugi wariant…