Выбрать главу

Cieniutka linia, odchodząca od czarnego pasa. Urwana.

– Zlikwidowanie celu. Jeśli cel zginie, wir rozpłynie się… samoistnie.

Zawulon poruszył się. I życzliwie dodał:

– Jestem gotowy pomóc wam w tej maleńkiej akcji. Nocny Patrol nie może dokonać jej samodzielnie, czyż nie tak? Jesteśmy do waszych usług. Zapanowała cisza. Potem szef zaśmiał się.

– Och, jak chcecie – Zawulon wzruszył ramionami. – Powtarzam -oferujemy naszą pomoc. Nam nie jest potrzebna globalna katastrofa, która w jednej chwili unicestwi miliony ludzi. Na razie jej nie potrzebujemy.

– Trzeci wariant – powiedział szef, patrząc na mnie. – Patrz uważnie. Jeszcze jedna linia, odgałęziająca się od wspólnego korzenia. Najcieńsza, najbardziej zbliżona do osi na poziomie zera.

– To wtedy, jeśli ty przystąpisz do gry, Antoni.

– Co mam zrobić? – spytałem.

– Nie wiem. Prognoza prawdopodobieństwa nigdy nie daje szczegółowych wskazań. Wiadomo tylko jedno: ty możesz zdjąć wir.

Przez moją głowę przeleciała bezsensowna myśl, że mój sprawdzian trwa. Próba w terenie… wampira zabiłem, A teraz… tak. Nie. To niemożliwe. Nie przy takich stawkach!

– Nigdy nie zdejmowałem czarnych wirów – mój głos z jakiegoś powodu brzmiał jak obcy, przebijał w nim nie strach, raczej zdziwienie. Mag Zawulon zachichotał, jakoś tak niesmacznie, po babsku.

Szef kiwnął głową:

– Wiem, Antoni.

Wstał, poprawił szlafrok, podszedł do mnie. Wyglądał głupio, przynajmniej w tym normalnym moskiewskim mieszkaniu. Jego orientalna odzież wyglądała na nieudolną karykaturę.

– Takich wirów jeszcze nikt nigdy nie zdejmował. Ty będziesz pierwszym, który spróbuje.

Milczałem.

– I weź pod uwagę, Antoni, że jeśli to zepsujesz… cokolwiek… spłoniesz pierwszy. Nawet nie zdążysz uciec w Zmrok. Wiesz, co zdarza się z sługami Światła, kiedy trafiają w epicentrum wybuchu inferna?

W gardle mi zaschło. Kiwnąłem głową.

– Wybacz, mój łaskawy wrogu – powiedział Zawulon. – Czy wasi pracownicy nie mają prawa wyboru? Nawet na wojnie w podobnych sytuacjach wzywano… chętnych.

– Wzywano ochotników- nie odwracając się rzucił szef. – My wszyscy jesteśmy ochotnikami, od początku. I żadnego wyboru nie mamy.

– A my możemy wybierać. Zawsze – mag znowu zachichotał.

– Kiedy przyznajemy prawo wyboru ludziom, odbieramy je sobie. Zawulonie – Borys Ignatjewicz zerknął ukosem na maga – występujesz przed obcym audytorium. Nie przeszkadzaj.

– Milczę – Zawulon spuścił głowę, skulił się.

– Spróbuj – powiedział szef. – Antoni, nie mogę nic ci doradzić. Spróbuj. Proszę ciebie, spróbuj. I… zapomnij wszystko, czego ciebie nauczono. Nie wierz temu, co mówiłem, nie wierz temu, co wyczytałeś w konspektach, nie wierz swoim oczom, nie wierz cudzym słowom.

– W co w takim razie mam wierzyć, Borysie Ignatjewiczu?

– Gdybym wiedział, Antoni, to wyszedłbym z siedziby sztabu… i sam poszedłbym do tamtego bloku.

Jednocześnie spojrzeliśmy za okno. Czarny wir obracał się, chwiejąc się z boku na bok. Jakiś człowiek, idący chodnikiem, nagle skręcił w śnieg i zaczął omijać lej wiru szerokim kołem. Zauważyłem, że na poboczu już wydeptano ścieżkę ludzie nie widzą rwących się na ziemię sił zła, ale wyczuwają ich bliską obecność.

– Ja będę osłaniała Antoniego – niespodziewanie odezwała się biała sowa. -Osłaniać i zabezpieczać łączność.

– Z zewnątrz – zgodził się szef. – Tylko z zewnątrz… Antoni… idź. Postaramy się maksymalnie zasłonić ciebie przed cudzą obserwacją. Olga wzleciała z łóżka, usiadła mi na ramię.

Spojrzawszy na przyjaciół, na maga – ten jakby wpadł w śpiączkę – wyszedłem z pokoju. Od razu usłyszałem, jak ucicha gwar w mieszkaniu.

Odprowadzali mnie wzrokiem, w pełnej ciszy, bez zbędnych słów, bez poklepywania po plecach i dobrych rad. Przecież właściwie nie czyniłem nic Specjalnego. Po prostu szedłem na śmierć.

Było cicho.

Jakoś niezwykle cicho, nawet jak na moskiewską dzielnicę-sypialnię i tak późną porę. Tak jakby wszyscy zamknęli się w domach, zgasili światło, nakryli głowy kołdrami i milczeli. Właśnie milczeli, a nie spali. Jedynie niebiesko-czerwona poświata migała w oknach – wszędzie pełną parą pracowały telewizory. To już nawyk, kiedy nam jest źle, kiedy jesteśmy przybici – włączamy telewizor i patrzymy na wszystko jak leci, od teleshopu do dzienników. Ludzie nie widzą świata Zmroku. Ale potrafią go wyczuwać, gdy się zbliża.

– Olga, co powiesz o tym wirze? – spytałem.

– Nie do zdjęcia.

Jej słowa cięły jak nóż.

Stałem przed klatką schodową, patrząc na giętki, jak trąba słonia, lej wiru. Jakoś nie chciało mi się wchodzić.

– Kiedy… przy jakim rozmiarze wiru potrafisz go zneutralizować?

Olga głośno pomyślała:

– Jak będzie miał z pięć metrów wysokości. Mam wtedy jakąś szansę. Jeśli będzie miał trzy metry – z pewnością.

– A dziewczyna uratuje się?

– Możliwe.

Coś nie dawało mi spokoju. W tej nienormalnej ciszy, kiedy nawet samowiły starały się ominąć skazaną na zgubę dzielnicę, jakieś dźwięk mimo wszystko było słychać…

Wkrótce zrozumiałem. Jęczały psy. We wszystkich mieszkaniach, we wszystkich domach dookoła cicho, żałośnie, bezradnie skarżyły się swoim panom nieszczęsne psy. One widziały zbliżające się inferno.

– Olga, daj mi informacje o dziewczynie. Wszystkie.

– Świetlana Nazarowa. Dwadzieścia pięć lat. Lekarz terapeuta, pracuje w poliklinice numer siedemnaście. Nigdy nie była pod obserwacją Nocnego Patrolu, Dziennego Patrolu także. Zdolności magicznych nie zauważono. Rodzice i młodszy brat mieszkają w Bratiejewie, kontaktuje się z nimi sporadycznie, zazwyczaj telefonicznie. Ma cztery koleżanki, sprawdzamy je, na razie wszystko jest czyste. Stosunki z otoczeniem zrównoważone, nie zaobserwowano żadnych wrogów.

– Lekarz – powiedziałem w zamyśleniu. – Olga, przecież to już punkt zaczepienia… jakiś staruszek lub staruszka… niezadowoleni z leczenia. W ostatnich latach życia zazwyczaj następuje wybuch utajonych zdolności magicznych…

– Sprawdza się – odpowiedziała Olga. – Jeszcze takich danych nie mamy.

Szkoda czasu na zgadywanki, już pół dnia nad dziewczyną pracują ludzie mądrzejsi ode mnie.

– Co jeszcze?

– Grupa krwi A. Poważnych chorób nie przechodziła, czasami lekkie zaburzenia kardiologiczne. Pierwszy kontakt seksualny w wieku lat siedemnastu, z rówieśnikiem, z ciekawości. Przez cztery miesiące była zamężna, od dwóch lat rozwiedziona, z byłym mężem jej stosunki nie są wrogie. Dzieci nie ma.

– Zdolności męża?

– Zerowe. Jego nowej żony takie same. Sprawdzono w pierwszej kolejności.

– Wrogowie?

– Dwie nieżyczliwe koleżanki z pracy. Dwaj odrzuceni adoratorzy, też z polikliniki. Szkolny kolega, który pół roku temu usiłował wyłudzić zwolnienie lekarskie.

– I?

– Odmówiła.

– A jakże. A jakie mają zdolności magiczne?

– Praktycznie żadne. Poziom nieżyczliwości średni. Zdolności magiczne u wszystkich słabe. Niezdolni do stworzenia takiego wiru.

– Śmierć pacjentów? W ostatnim czasie?

– Nie miała.

– To skądże wzięło się to zaklęcie? – zadałem retoryczne pytanie. Tak, teraz już jest jasne, dlaczego Patrol znalazł się w ślepej uliczce. Swietłana okazała się- najzwyczajniej w świecie – bez skazy. Pięciu wrogów w ciągu dwudziestu pięciu lat – można jedynie być dumnym.

Olga milczała.

– Trzeba iść – powiedziałem. Odwróciłem się i spojrzałem w okno, gdzie widać było sylwetki naszych. Ktoś z ochroniarzy pomachał do mnie ręką. – Olga, a jak pracował Ignacy?