– Standardowo. Znajomość zawarta na ulicy, według wariantu „roztargniony inteligent". Kawa w barze. Rozmowy. Poziom sympatii u obiektu szybko rósł, Ignacy przeszedł do przyspieszania stopnia znajomości. Kupił szampana i likier, przyszli tutaj.
– Dalej.
– Wir zaczął rosnąć.
– Przyczyna?
– Żadna. Ignacy jej się podobał, a nawet więcej, zaczęła odczuwać silny pociąg do niego. Ale w tej chwili nastąpił katastrofalnie szybki wzrost wiru. Ignacy zmienił trzykrotnie style zachowania, dała mu wyraźnie do zrozumienia, że może pozostać na noc, ale wir przeszedł w stadium burzliwego wzrostu. Ignacy został odwołany. Wir się ustabilizował.
– Jak go odwołano? – Już zmarzłem i w butach czułem nieprzyjemną wilgoć. Jednak nie byłem jeszcze gotowy do działania.
– „Chora matka". Telefon na komórkę, rozmowa, przeprosiny, obietnica telefonii jutro. Wszystko przeprowadzono czysto, u obiektu nie powstały żadne podejrzenia.
– A wir ustabilizował się?
Olga milczała. Widać łączyła się z analitykami.
– Nawet troszkę się zmniejszył. O trzy centymetry. Ale to może być zwyczajne osiadanie, po wyłączeniu zewnętrznego zasilania.
Coś w tym wszystkim nie grało. Ale nijak nie mogłem sprecyzować swojego niejasnego jeszcze podejrzenia.
– Gdzie jest jej rejon, Olga?
– Tutaj, dookoła. Wraz z domem, w którym mieszka. Chorzy często przywodzą do jej mieszkania.
– Świetnie. W takim razie pójdę jako pacjent.
– Potrzebujesz pomocy przy nałożeniu fałszywej pamięci?
– Poradzę sobie sam.
– Szef się zgadza – po dobrej chwili powiedziała Olga. – Pracuj. Twoja tożsamość – Antoni Gorodecki, programista, kawaler, od trzech lat na obserwacji, diagnoza – wrzody żołądka, mieszkasz w tym samym domu, mieszkanie numer sześćdziesiąt cztery. Mieszkanie teraz jest puste, jeśli będzie trzeba, zabezpieczymy je dla ciebie.
– Trzy lata to ja nie pociągnę – przyznałem się. – Rok. Najwyżej rok.
– Dobrze.
Spojrzałem na Olgę, a ona na mnie swoim niemrugającym ptasim spojrzeniem, w którym mimo wszystko pozostało coś ze spojrzenia tej brudnej arystokratki, pijącej koniak u mnie w kuchni.
– Powodzenia – życzyła mi Olga. – Spróbuj obniżyć wir. Choćby do dziesięciu metrów… wtedy ja zaryzykuję.
Ptak uniósł się i od razu uciekł w Zmrok, gdzieś tam, w najgłębsze jego warstwy.
Westchnąwszy poszedłem do drzwi. Ssawka wiru zachybotała, próbując dotknąć mnie. Wyciągnąłem ku niemu dłonie, ułożywszy je w Ksamadi, znak negacji.
Wir zadrżał i odsunął się. Bez strachu, raczej jakby przyjmował warunki gry. Przy takich rozmiarach inferno powinno już posiadać intelekt, nie być tępą samonaprowadzającą się rakietą, lecz raczej okrutnym i doświadczonym kamikadze. To śmieszne brzmi – doświadczony kamikadze, ale w przypadku dotyczącym Ciemności takie określenie jest adekwatne. Włamawszy się w ludzki świat wir inferno jest skazany na zgubę, ale to jak śmierć jednej osy z ogromnego roju.
– Twój czas jeszcze nie nadszedł – powiedziałem. Inferno i tak nie odpowie, ale chciałem to powiedzieć.
Przeszedłem obok leja. Wydawało się, że wir jest stworzony z czarnego szkła, o granatowym połysku i elastyczności gumy. Jego zewnętrzna powłoka była prawie nieruchoma, ale tam, w głębinach, gdzie ciemny granat przechodził w nieprzeniknioną ciemność, odgadywało się szaleńczo szybkie obroty.
Może nie mam racji. Może akurat jego czas właśnie nadszedł…
By dostać się do klatki, nie trzeba było znać kodu – zamek był zniszczony i wypatroszony. Normalka. Maleńkie pozdrowienie od Ciemności. Już nauczyłem się dostrzegać drobne oznaki jej działania, zauważać napisy i ślady brudnych butów na ścianach, zbite lampy i zaświnione windy. Ale teraz byłem w akcji.
Nie musiałem prosić o adres dziewczyny. Czułem ją – nie wolno odmówić jej prawa do nazywania siebie dziewczyną z powodu jej zamążpójścia, to jest kwestia wieku – wiedziałem dokąd iść. Już widziałem jej mieszkanie, właściwie nie widziałem, a odbierałem jako całość. Jedyne czego ciągle nie wiedziałem, to jak zdjąć ten przeklęty wir… Zatrzymałem się przed drzwiami, zwyczajnymi, a nie stalowymi. To bardzo dziwne jak na mieszkanie na parterze. W dodatku na parterze z wyłamanym zamkiem w drzwiach na klatkę schodową. Głęboko westchnąłem i zadzwoniłem. Jedenasta. Późno, rzecz jasna.
Usłyszałem kroki. Nie miała nawet izolacji dźwiękowej…
Rozdział 7
Otworzyła drzwi od razu.
Żadnego pytania, w judasza nie spojrzała, łańcucha nie nałożyła. I to w Moskwie! Nocą! Sama w mieszkaniu! Wir wyssał ostatki jej ostrożności, tej, która pozwoliła dziewczynie przetrwać kilka ostatnich dni. Zazwyczaj z tego powodu giną ci, na których rzucono zaklęcie…
– Na razie wygląd Świetlany nie uległ zmianie. Może pojawiło się trochę cieni pod oczami, ale niewiele, jak na noc, którą przeżyła. Ubrana… spódniczka, elegancka bluzeczka, pantofelki, jakby czekała na kogoś albo właśnie miała gdzieś wyjść.
– Dobry wieczór, Swietłano – powiedziałem, zauważając w jej oczach, że zaczyna mnie sobie przypominać. Przecież pamiętała mnie – niewyraźnie – z wczorajszego spotkania. I teraz skojarzyła sobie, że już się znamy, tylko jeszcze nie przypominała sobie skąd. Trzeba szybko to wykorzystać. Sięgnąłem przez Zmrok. Delikatnie, dlatego że wir wisiał jak przyklejony nad głową dziewczyny i jego reakcja mogła nastąpić w każdej chwili. Delikatnie, dlatego że nie chciałem jej oszukiwać. Nawet dla jej dobra.
Mogło to być intrygujące i zabawne, ale tylko pierwszy raz. Jeśli to się powtórzy, nie będzie już dla mnie miejsca w Nocnym Patrolu. Zmieniać normy etyczne to jedno, ale ingerowanie w cudzą pamięć to coś zupełnie innego. To nieuniknione, trzeba tak postępować, to część Traktatu, nawet sam proces naszego przechodzenia w Zmrok wywołuje chwilową amnezję.
Jeśli jednak kiedykolwiek ingerencja w cudzą pamięć sprawi nam przyjemność – musimy odejść.
– Dobry wieczór panu, Antoni -jej glos z lekka słabł, kiedy zmusiłem ją do przypomnienia tego, co się nigdy nie zdarzyło. – Czy coś się stało?
Ja, krzywo się uśmiechając, poklepałem się po brzuchu. W pamięci Świetlany teraz szalał huragan. Nie jestem tak dobrym fachowcem, żeby narzucić jej fałszywą pamięć. Na szczęście, wystarczyło zrobić jedynie dwie-trzy aluzje. Dalej już sama się oszukiwała. Tworzyła sobie mój wizerunek nadając mu cechy jakiegoś dawnego znajomego, do którego byłem podobny, innego, jeszcze bardziej dawnego i krótko znanego, ale o sympatycznym charakterze, dwóch dziesiątków pacjentów – moich rówieśników, jakichś sąsiadów z domu. Jedynie lekko sterowałem tym procesem, prowadząc Świetlane do stworzenia kompletnego portretu. Dobry człowiek… neurastenik… i rzeczywiście często choruje… trochę flirtuje, ale tylko troszkę – bardzo nieśmiały… mieszka po sąsiedzku.
– Boli? – Od razu skojarzyła. Rzeczywiście, dobry lekarz. Lekarz z powołania.
– Trochę. Wczoraj wypiłem… – całym swoim zachowaniem wyrażałem skruchę.
– Panie Antoni, przecież pana uprzedzałam… proszę wejść…
Wszedłem, zamknąłem drzwi – dziewczyna nawet o tym nie pomyślała.
Rozbierając się, szybko się rozejrzałem – i w zwyczajnym świecie, i w Zmroku.
Tanie tapety, wyświechtany chodnik pod nogami, stare buciki, lampa pod sufitem w zwykłym szklanym abażurze, tandetny chiński telefon na ścianie. Niezbyt bogato, czysto. I to nie dlatego, że jest lekarzem rejonowym, który zbyt wiele nie zarabia. Raczej dlatego, że sama nie czuje potrzeby komfortu. Niedobrze… bardzo źle.