Выбрать главу

W świecie Zmroku mieszkanie robiło znacznie lepsze wrażenie. Żadnej pasożytniczej flory, żadnych śladów Ciemności. Oprócz czarnego wiru, oczywiście. A ten się tutaj panoszył… widziałem go w całej okazałości, od leja, wirującego nad głową dziewczyny, do jego tuby, która osiągnęła trzydzieści metrów wysokości.

Przeszedłem za Swietłaną do jedynego pokoju. Tutaj było przytulniej. Ciepłą, pomarańczową plamą świecił tapczan, ale nie cały – tylko róg przy staromodnej lampie stojącej. Dwie ściany zastawione były regałami na książki, sięgającymi aż po sufit… Jasne.

Już zacząłem ją rozumieć. Nie jako obiekt pracy, nie jako możliwą ofiarę nieznanego maga Ciemności, nie jako nieświadomą przyczynę katastrofy, ale jako człowieka. Wielbicielka książek, zamknięta w sobie i pełna kompleksów, mająca mnóstwo śmiesznych ideałów i dziecinną wiarę w Srebrnego Księcia, który jej szuka i z pewnością znajdzie. Praca lekarza, kilku znajomych, kilku przyjaciół, i bardzo, bardzo dużo samotności. Uczciwa harówka, zgodna z kodeksem moralnym budowniczego komunizmu, nieliczne wyjścia do kawiarni i meliczni adoratorzy. I wieczory, jeden podobny do drugiego, na tapczanie z książką, z leżącym obok telefonem i uspokajająco mruczącym telewizorem.

Jak wielu z was pozostało do tej pory, dziewczyn i chłopaków w nieokreślonym wieku, wychowanych przez rodziców z pokolenia lat sześćdziesiątych. Jak wielu z was jeszcze pozostało, nieszczęśliwych i nieumiejących być szczęśliwymi. Jak chciałbym wam współczuć, jak chciałbym wam pomóc. Dotknąć przez Zmrok – odrobinkę, całkiem delikatnie. Dodać nieco pewności siebie, kropelkę optymizmu, gram woli, ziarenko autoironii. Pomóc wam – żebyście wy mogli pomóc innym.

Nie wolno.

Każde czynienie Dobra to zezwolenie na aktywną działalność Zła. Traktat! Patrole! Równowaga świata?

Cierp lub zwariuj, narusz prawo, idź przez tłum, rozdając ludziom nieproszone dary, łamiąc losy i oczekując aż zza którego rogu wyjdą do ciebie byli przyjaciele i wieczni wrogowie, żeby odesłać cię w Zmrok. Na zawsze…

– Panie Antoni, jak ma się pańska mama?

Ach, tak. Ja, pacjent Antoni Gorodecki, mam matkę staruszkę. Mama ma osteoporozę i pełen komplet chorób podeszłego wieku. Też jest pacjentką Świetlany.

– Nic, wszystko w porządku. To tylko ja coś…

– Proszę się położyć.

Zadarłem do góry koszulę i sweter, położyłem się na tapczanie, Swietłana przysiadła obok mnie. Przebiegła ciepłymi palcami po moim brzuchu, z jakiegoś powodu nacisnęła wątrobę.

– Boli?

– Nie… teraz nie.

– De pan wypił?

Odpowiadałem na pytania, wyszukując odpowiedzi w pamięci dziewczyny- Wcale nie należy wyglądać na umierającego. Tak… tępy ból, niezbyt silny… Po jedzeniu… O, teraz trochę zabolało…

– Na razie to tylko nieżyt… – Swietłana zaprzestała palpacji. – Ale cieszyć się nie ma z czego, rozumie pan. Teraz wypiszę receptę…

Podniosła się, podeszła do drzwi, zdjęła z wieszaka torebkę. Przez cały ten czas obserwowałem wir. Nic się nie działo, moje przyjście nie wywołało wzrostu inferna, ale i go nie osłabiło…

– Antoni… – głos płynął ze Zmroku, poznałem Olgę. – Antoni, wir zmniejszył się o trzy centymetry. W którymś momencie dokonałeś czegoś właściwego. Analizuj, Antoni.

Prawidłowe posunięcie? Kiedy? Przecież nic nie zrobiłem, znalazłem jedynie pretekst do wizyty!

– Panie Antoni, czy ma pan jeszcze ranigast? – Świetlana, siedząca za stołem, patrzyła na mnie. Poprawiając koszulę kiwnąłem głową:

– Tak, kilka tabletek.

– Kiedy wróci pan teraz do domu, niech pan weźmie jedną. A jutro trzeba kupić więcej. Niech pan je bierze przez dwa tygodnie, przed snem.

Świetlana widać należała do tych lekarzy, którzy wierzą w moc farmaceutyków. Mnie to nie przeszkadzało -ja także w nie wierzę. My, Inni, odczuwamy irracjonalny respekt przed nauką, nawet wtedy, kiedy wystarcza podstawowe działanie magiczne, sięgamy po analginę lub antybiotyki.

– Pani Swietłano… Proszę wybaczyć, że pytam – ze skruchą nie śmiejąc podnieść oczu. – Ma pani jakieś kłopoty?

– Dlaczego pan tak myśli, Antoni? – nie przestawała pisać i nawet nie spojrzała na mnie. Ale spięła się.

– Tak mi się wydaje. Ktoś panią obraził?

Dziewczyna odłożyła pióro, popatrzyła na mnie – z ciekawością i lekką sympatią.

– Nie, panie Antoni. No co pan. To pewnie zima. Zbyt długa zima.

Uśmiechnęła się z przymusem, a wir inferna zachybotał nad nią, drapieżnie przysunął lej…

– Niebo jest szare, cały świat jest szary. Nic nie chce się robić… wszystko nie ma sensu. Zmęczona jestem, panie Antoni. Ale rozpocznie się wiosna – i wszystko przejdzie.

– Ma pani depresję, Swietłano – strzeliłem nagle, zanim zdążyłem skojarzyć, że diagnozę zaczerpnąłem z jej pamięci. Ale dziewczyna nie zwróciła na to uwagi:

– Pewnie tak. Ale to nic, tylko słoneczko wyjrzy… Dziękuję, że pan się o mnie niepokoi, Antoni.

Tym razem jej uśmiech był bardziej szczery – chociaż i tak wymuszony.

Przez Zmrok dobiegł mnie szept Olgi: – Antoni, minus dziesięć centymetrów. Wir osiada! Antoni, analitycy pracują, kontynuuj rozmowę!

– Co ja takiego „dobrze" robię?

To pytanie jest trudniejsze niż „co robię źle?". Jeśli popełnię błąd, wystarczy diametralnie zmienić sposób zachowania. Ale jeśli trafiasz w cel, ale sam nie dostrzegasz, musisz wezwać pomoc. Ciężko jest być kiepskim strzelcem przypadkowo trafiającym w jabłuszko, próbującym przypomnieć sobie ten ruch rąk i przymrużenie oka, siłę palca naciskającego spust… i nie przyznawać się, że kulę skierował w cel nagły powiew wiatru.

Złapałem się na tym, że siedzę i patrzę na Swietlanę. A ona milcząc, z uwaga przygląda się mnie.

– Niech pani wybaczy – powiedziałem. – Proszę mi wybaczyć. Wtargnąłem tutaj wieczorem, wpycham nos w cudze sprawy…

– Nie szkodzi. Nawet mi miło, panie Antoni. Chce pan, zrobię herbatę?

– Minus dwadzieścia centymetrów, Antoni! Zgadzaj się!

Nawet te kilka centymetrów, o które zmniejszył się wir szalonego inferno – to dar losu. To ludzkie istnienia. Dziesiątki albo nawet setki istnień, odjętych nieuchronnej katastrofie. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, ale podnoszę odporność Świetlany na inferno. I wir zaczyna maleć.

– Dziękuję, pani Swietłano. Z przyjemnością.

Dziewczyna wstała, poszła do kuchni. Ja za nią. W czym tkwi problem?

– Antoni, jest gotowa wstępna analiza…

Wydawało mi się, że w przysłoniętym zasłonami oknie mignęła biała sylwetka ptaka – poszedłem wzdłuż ściany, postępując za Świetlaną.

– Ignacy postępował zgodnie z ogólnym schematem. Komplementy, zainteresowanie, uwielbienie, zakochanie. To jej się podobało, ale spowodowało zwiększenie się wiru. Ty obrałeś inną metodę – współczucie. Bezinteresowne współczucie.

Nie dano mi żadnych zaleceń, a to oznacza, że analitycy jeszcze nie wyciągnęli żadnych konkretnych wniosków. Ale teraz, z grubsza, wiedziałem, jak Mam dalej postępować. Patrzeć ze smutkiem, uśmiechać się ze współczuciem, pić herbatę i mówić „masz zmęczone oczy…" Bo przecież przejdziemy na „ty", no nie? Na pewno przejdziemy. Nie

– Panie Antoni?

Zbyt długo na nią patrzyłem. Świetlana zamarła przy kuchence z ciężkim, od skroplonej pary czajnikiem. Nie tyle wystraszona, to uczucie już było dla niej niedostępne, zniszczone do końca przez czarny wir. Raczej zmieszana.

– Coś jest nie tak?

– Tak. Głupio się czuję, pani Swietłano. Zjawiłem się tutaj pośród nocy, wylałem przed panią swoje żale i w dodatku jeszcze zostałem na herbacie…