– Antoni, ależ to ja poprosiłam pana o to. Wie pan, dzisiaj był taki dziwny dzień, że nie chcę być sama… Potraktujmy jako moje honorarium za diagnozę? To, że pan posiedzi i porozmawia ze mną – powoli sprecyzowała Świetlana.
Kiwnąłem głową. Każde słowo może nieść złowrogie skutki.
– Wir obniżył się jeszcze o piętnaście centymetrów. Antoni, wybrałeś właściwą taktykę!
Nic nie wybierałem, czy oni tego nie rozumieją, analitycy z Koziej Wólki! Wykorzystałem tylko zdolności Innego, żeby wejść do cudzego domu, wdarłem się w cudzą pamięć, żeby przedłużyć tam swój pobyt… A teraz po prostu płynę z nurtem.
I mam nadzieję, że rzeka wyrzuci mnie tam, gdzie trzeba.
– Podać panu konfitury, Antoni?
– Tak…
Surrealistyczna herbatka. Gdzie do niej Carrollowi! Najbardziej zwariowana herbatka nie odbyła się w króliczej norze przy stole z szalonym Kapelusznikiem, Susłem i Zającem Szarakiem. Maleńka kuchnia w malutkim mieszkanku, poranna herbata, wrzątek, malinowe konfitury z trzylitrowego słoika – oto scena, na której nieznani aktorzy ogrywają prawdziwą zwariowaną herbatkę. Tutaj, i tylko tu, padają słowa, które w innych sytuacjach nigdy nie zostałyby wypowiedziane. Tutaj gestem magika wydobywa się z ciemności maleńkie nieprzyjemne tajemnice, wyciąga się z bufetu rodzinne szkielety, znajduje w cukiernicy garść lub dwie cyjanku. I nigdy nie znajduje się powodu, aby wstać i uciec – zawsze zdążą na czas dolać tobie herbaty, zaproponować konfiturę lub przysunąć bliżej otwartą cukiernicę…
– Antoni, znam pana już od roku…
Cień – krótkotrwały cień roztargnienia w oczach dziewczyny. Pamięć usłużnie wypełnia dziury, podsuwa wyjaśnienia, dlaczego ja, taki sympatyczny i dobry człowiek, pozostałem dla niej jedynie pacjentem.
– Chociaż tylko służbowo, ale teraz… mam ochotę z panem porozmawiać… jak z sąsiadem. Jak z przyjacielem. Mogę?
– Oczywiście, Swieta.
Uśmiech pełen wdzięczności. Moje imię trudno skrócić i zmiękczyć, Tosiek – to już przesada, zbyt wielka zażyłość.
– Dziękuję, Antoni. Wiesz… ja rzeczywiście jestem nie w sosie. Już od trzech dni.
Oczywiście. Trudno być w humorze, kiedy nad tobą wisi miecz Nemezis. Oślepłej, okrutnej Nemezis, która wyrwała się spod władzy martwych już bogów…
– Dziś na przykład… dobrze…
Chciała mi opowiedzieć o Ignacym. Nie rozumie, co z nią się stało, dlaczego przypadkowa znajomość omal nie zakończyła się w łóżku. Wydaje się jej, że zaczyna tracić rozum. Wszystkim ludziom, którzy znaleźli się w strefie działań Innych, przychodzi do głowy podobna myśl.
– Swietłana, może pani… może ty., z kimś się pokłóciłaś?
To posunięcie jest prymitywne, ale spieszę się, sam nie wiedząc dlaczego. Wir na razie jest stabilny, nawet ma tendencję zniżkową. Ale ja się spieszę.
– Dlaczego tak uważasz?
Swietłana nie dziwi się i nie uważa pytania za zbyt osobiste. Wzruszam ramionami i próbuję wyjaśnić:
– Ze mną tak często bywa.
– Nie, Antoni. Z nikim i o nic się nie pokłóciłam. Coś się dzieje we mnie…
Nie masz racji, dziewczyno. Nawet nie wyobrażasz sobie, jak bardzo się mylisz. Nad tobą wisi czarny wir o takich rozmiarach, jakie pojawiają się raz na stulecie. A to oznacza, że ktoś nienawidzi ciebie z taką mocą, jaką rzadko posiadają ludzie… lub Inni.
– Pewnie powinnaś odpocząć – zasugerowałem. – Wyjechać dokądkolwiek… na odludzie…
Powiedziałem to, i nagle pomyślałem, że to rozwiązałoby problem. Nie do końca, nadal śmiertelnie zagrożona byłaby sama Swietłana. Na odludzie. W mgC. w tundrę, na biegun północny. I tam wybuchnie wulkan, spadnie meteoryt albo skrzydlata rakieta z głowicami atomowymi. Inferno wybuchnie, ale ucierpi jedynie sama Swietłana.
Jak dobrze, że podobne rozwiązanie problemu jest dla nas tak samo niemożliwe, jak zaproponowane przez maga Ciemności zabójstwo.
– O czym myślisz, Antoni?
– Swieta, co się tobie przydarzyło?
– Antoni, zbyt ostro! Zwolnij tempo, Antoni!
– Czy to aż tak widać?
– Tak.
Świetlana spuściła oczy. Czekałem na krzyk Olgi, że czarny wir zaczął swój ostateczny, katastroficzny wzrost, że wszystko zepsułem i od teraz tysiące ludzkich istnień ciąży na moim sumieniu… Olga milczała.
– Zdradziłam…
– Co?
– Zdradziłam swoją matkę.
Patrzyła poważnie. Nie udawała człowieka, który uczynił podłość i tym się chełpi.
– Nie rozumiem, Swieta…
– Moja matka jest chora, Antoni. Nerki. Musi regularnie dializować się… ale to tylko półśrodek. Krótko mówiąc… zaproponowali mi… przeszczep.
– Dlaczego tobie? – ciągle jeszcze nie rozumiałem.
– Zaproponowali mi, żebym oddała jedną nerkę. Matce. Prawie na pewno się przyjmie, nawet robiłam analizy… potem odmówiłam. Ja… ja się boję.
Milczałem. Wszystko stało się jasne. W końcu coś zaczęło działać albo też we mnie znalazło się coś takiego, co skłoniło Świetlane do tak wielkiej szczerości. Matka.
Matka!
– Antoni, jesteś wspaniały. Chłopaki już wyjechali – głos Olgi brzmiał tryumfalnie. Gdybyśmy jeszcze mogli znaleźć maga Ciemności! – Kto by po myślał… A przy pierwszym kontakcie nikt nic nie wyczuł, uznali ją za wydmuszkę… Świetnie się spisałeś. Uspokajaj ją, Antoni, mów, pocieszaj…
W Zmroku nie możesz zatkać uszu. Trzeba wysłuchać tego, co do nas mówią.
– Świetlana, nikt nie miał prawa tego od ciebie żądać…
– Tak. Oczywiście. Powiedziałam tak mamie… i ona powiedziała, abym zapomniała o tym. Powiedziała, że popełni samobójstwo, jeśli się na coś takiego zgodzę. Że… i tak umiera. I nie ma sensu mnie okaleczyć.
Nie trzeba było nic mówić. Trzeba było oddać nerkę. Dowiedziałaby się potem, po operacji. Nawet rodzić można z jedną nerką… były już takie precedensy.
Nerka. Jaka bzdura. Jaki drobiazg. Godzina pracy dla porządnego maga Światła. Ale nam nie wolno leczyć, każde prawdziwe ocalenie to indulgencja dla maga Ciemności na zaklęcie, na rzucenie uroku. I tak matka… rodzona matka, sama tego nie rozumiejąc, w chwilowym porywie emocji, mówiąc jedno, zakazując nawet myśleć córce o operacji – przeklęła ją.
I zjawił się niewiarygodnie silny czarny wir.
– Teraz nie wiem, co dalej robić, Antoni. Postępuję jak głupia. Dzisiaj ledwo nie poszłam do łóżka z nieznajomym człowiekiem – Swietłana jednak zdecydowała się to powiedzieć, chociaż pewnie potrzebowała na to nie mniej siły niż na opowieść o matce.
– Swieta. można znaleźć jakieś rozwiązanie – zacząłem. – Rozumiesz, najważniejsze, to nie opuszczać rąk, nie zadręczać się…
– Przecież specjalnie jej o tym powiedziałam, Antoni! Wiedziałam, co na to odpowie! Chciałam, żeby mi zakazała! Powinna mnie przekląć, głupią, posłać do diabła!
Swietłano, nawet nie wiesz, ile masz racji… nikt nie wie, jakie mechanizmy wtedy zadziałały, co się działo w Zmroku i jaka jest różnica pomiędzy przeklęciem nieznajomego człowieka a przeklęciem ukochanego, przeklęciem syna, przeklęciem matki. Tylko że matczyne wyklęcie jest straszniejsze od wszystkich.
– Antoni, spokojnie. – Głos Olgi otrzeźwił mnie natychmiast.
– To byłoby zbyt proste, Antoni. Czy pracowałeś kiedyś z matczynym przeklęciem?
– Nie – odpowiedziałem. Powiedziałem to na głos, odpowiadając od razu i Swietłanie, i Oldze.
– Jestem winna – Swietłana pokiwała głową. – Dziękuję, Antoni, ale naprawdę to ja jestem winna.