Zrozumiała. I – co mi się spodobało – nie zmieszała się. Tylko dodała:
– Moje problemy także są bardzo osobiste.
– Nie całkiem – powiedziałem. – Tak mi się wydaje.
– A jemu możesz pomóc?
– Jemu pomogą inni – powiedziałem.
– Jesteś pewny? Dziękuję, że mnie wysłuchałeś, ale mnie rzeczywiście nie możną pomóc. Taki już jest mój głupi los.
– Ona mnie wygania? – spytałem przez Zmrok. Nie chciałem teraz penetrować jej świadomości.
– Nie - odezwała się Olga. – Nie… Antoni, ona wyczuwa.
Czyżby miała jakieś zdolności Innych? Czy też jest to tylko przypadkowy rozbłysk, wywołany przez związane z nią inferno?
– Co czuje?
– Ze jesteś tam potrzebny
– Dlaczego ja?
– To zwariowane krwiożercze ścierwo… żąda właśnie ciebie do negocjacji. Tego, który zabił jej partnera.
I wtedy poczułem, że jest kiepsko. Przeszedłem fakultatywny kurs antyterrorystyczny raczej po to, aby nie musieć korzystać ze zdolności Innego, gdybym się wdał w ludzką bójkę, a nie dla konkretnej potrzeby. Z punktu widzenia psychologii terroryzmu wampirzyca działała zupełnie logicznie. Byłem pierwszym pracownikiem Patrolu, który stanął na jej drodze. Zabiłem jej mentora, ją zraniłem. Dla niej stałem się upostaciowaniem wroga.
– Od dawna żąda?
– Od dziesięciu minut.
Spojrzałem w oczy Swietłanie. Suche, spokojne, ani łezki. Najciężej jest wtedy, kiedy ból tłumimy i skry warny.
– Swieta, jeśli teraz odejdę?
Ona wzruszyła ramionami.
– Wszystko wyszło tak głupio… – powiedziałem. – Wydaje mi się, że tobie teraz potrzebna jest pomoc. Ktokolwiek, kto umie słuchać. Albo zechce posiedzieć z tobą i pić wystudzoną herbatę.
Słaby uśmieszek i ledwie dostrzegalne skinięcie.
– Ale masz rację… ktoś inny też potrzebuje pomocy.
– Antoni, ty jesteś jakiś dziwny. Pokręciłem głową:
– Nie jestem dziwny. Jestem bardzo dziwny.
– Mam takie wrażenie… przecież znam ciebie od dawna, a wydaje mi się, ze pierwszy raz ciebie widzę. I jeszcze jedno, wydaje się jakbyś jednocześnie rozmawiał ze mną i jeszcze z kimś innym.
– Tak – powiedziałem. – Tak było.
– Może zwariowałam?
– Nie.
– Antoni… przecież nie przyszedłeś do mnie przypadkowo?
Nie odpowiedziałem. Olga coś szepnęła, ale zamilkła. Powoli obracał się nad głową gigantyczny wir.
– Nieprzypadkowo – powiedziałem. – Przyszedłem pomóc.
Jeśli mag Ciemności, który rzucił zaklęcie, nas śledzi… Jeśli to jednak nie jest przypadkowe „matczyne przekleństwo", lecz celowy profesjonalny atak…
Wystarczy dodać jeszcze jedną kropelkę nienawiści w ten obłok ciemności nad głową. Osłabić ociupinkę wolę życia Swietłany… i nastąpi wybuch. W centrum Moskwy obudzi się wulkan, zwariuje komputer bojowego satelity, zmutuje wirus grypy…
Milcząc patrzeliśmy na siebie.
Wydawało mi się, że już prawie rozumiem, co się tak naprawdę dzieje. Oto rozwiązanie tuż obok, a wszystkie nasze wersje to bzdury i banialuki, konsekwencje myślenia według starych reguł i schematów, które tak prosił odrzucić szef. Ale po to trzeba było pomyśleć, trzeba było choć na sekundę oderwać się od tego, co się dzieje, nie miotać się między chęcią niesienia pomocy jednemu człowiekowi a dziesiątkom, setkom tysięcy ludzi. Nie kołysać się jak wahadło w tej zabójczej gmatwaninie trudnych wyborów, gdzie każdy wybór i tak będzie zły, a jedyną dla mnie różnicą będzie – czy zginę szybko, przechodząc po wybuchu inferna w szare przestrzenie świata Zmroku, czy też powoli, męcząc się, rozpalając w własnym sercu płonący ogień nienawiści do samego siebie…
– Swieta, powinienem już wyjść – powiedziałem.
– Antoni! – tym razem odezwała się nie Olga, lecz szef. – Antoni…
Nic nie mógł mi nakazać, wpadł w etyczną ślepą uliczkę. Widać wampirzyca uparła się i z nikim innym nie chciała wieść rozmów. Rozkazując mi zostać, szef przyczyniał się do śmierci chłopca-zakładnika… i dlatego nie mógł mi wydać takiego rozkazu. Nawet nie mógł prosić.
– Zorganizujemy twoje odejście…
– Lepiej powiadomcie wampirzycę, że już jadę. Świetlana wyciągnęła rękę, lekko dotykając mojej dłoni.
– Odchodzisz na zawsze?
– Do jutra – powiedziałem.
– Nie chcę – dziewczyna powiedziała bezpośrednio. – Kim jesteś?
– Powiem ci jutro. Dobrze?
– Zwariowałeś- doleciał do mnie głos szefa.
– Rzeczywiście musisz wyjść?
– Tylko nic nie mów! – krzyknęła Olga. Wyczuła moje myśli.
Ale ja powiedziałem:
– Swieta, kiedy zaproponowano tobie, żebyś okaleczyła się, aby przedłużyć życie matce, a ty odmówiłaś… ta decyzja była słuszna i rozsądna, prawda? Ale teraz czujesz się źle. Tak źle, że lepiej chyba było postąpić niezgodnie z rozsądkiem.
– Też tak będziesz się czuł, jeśli teraz nie wyjdziesz?
– Tak.
– W takim razie idź. Tylko wróć, Antoni.
Wstałem zza stołu, na którym stała chłodna już herbata. Wir inferna kolebał się nad nami.
– Na pewno przyjdę – powiedziałem. – I… uwierz, jeszcze nie wszystko stracone.
I to były ostatnie nasze słowa. Wyszedłem, zacząłem schodzić po schodach, Swietłana zamknęła za mną drzwi. Jaka cisza… martwa cisza, nawet psy przestały jęczeć w tę noc.
Nierozsądnie. Postępuję nierozsądnie. Jeśli nie ma moralnie słusznego wyjścia z sytuacji, postępuj nierozsądnie. Czy mi ktoś to powiedział? Albo przypomniała się teza ze starych konspektów, fragment wykładu? Albo wyszukuję usprawiedliwienia dla siebie?
– Wir… – wyszeptała Olga. Jej glos brzmiał obco, był załamany. Zgarbiłem się, wcisnąłem głowę między ramiona.
Popchnąłem drzwi, wyskoczyłem na oblodzony chodnik. Biała sowa jak kłębek puchu krążyła nad głową. Wir inferna zmniejszył się, osiadł. Niezbyt dużo w porównaniu z pierwotną wysokością, ale już zauważalnie dla oka, gdzieś na półtora do dwóch metrów.
– Wiedziałeś, że tak się stanie? – spytał szef.
Pokiwałem przecząco głową i patrzyłem na wir. O co tu chodzi? Dlaczego na pojawienie się Ignacego, specjalisty od wprowadzaniu ludzi w stan błogości i radości, inferno zareagowało wzrostem, dlaczego moja mętna rozmowa i nieoczekiwane odejście obniżyły wir?
– Czas przegonić grupę analityków – powiedział szef. Zrozumiałem, że powiedział to wszystkim, a nie tylko mnie jednemu. – Kiedy będziemy mieli roboczą wersję tego, co się zdarzyło?
Samochód wyłonił się z alei Zielonej, oświetlił mnie światłami reflektorów, zaszumiały opony, przejeżdżając przez dziury w rozwalonym asfalcie. Zatrzymał się przede mną. Nisko osadzony sportowy kabriolet w ciepłym, pomarańczowym kolorze raził na tle jednostajnych wielkopłytowych wysokościowców w mieście, gdzie najlepiej dostosowanym do warunków środkiem transportu po dawnemu pozostawał jeep.
Siemion wysunął się z miejsca kierowcy, skinął mi głową:
– Siadaj. Mam cię dowieźć piorunem. Spojrzałem na Olgę.
– Moje miejsce jest tutaj. A ty jedź. – powiedziała
Obiegłem samochód i usiadłem obok kierowcy. Z tyłu rozwalił się Ilja, widać szef uznał za konieczne wesprzeć parę Tygrysek-Niedźwiedź.
– Antoni – dotarł do mnie przez Zmrok głos Olgi. – Pamiętaj… jesteś dzisiaj dłużnikiem. Cały czas o tym pamiętaj – nie zapominaj ani na chwilę…