Выбрать главу

– Dojdzie? – spytałem Ilję. Teoretycznie wiedziałem, jak wdrapać się w Zmroku po ścianie budynku. Ale taka wspinaczka w zwyczajnym świecie, tak bez żadnego wyposażenia…

– Powinien – bez jakiejś specjalnej pewności potwierdził Ilja. – Kiedyś przez dziesięć minut płynął w podziemnym nurcie Jauzy… też myślałem, że nie wyjdzie.

– Trzydzieści lat praktyki nurkowania – chmurnie powiedziałem.

– Czterdzieści… Idę już, Antoni. A ty jak – windą?

– Tak.

– No to zasuwaj… nie odkładaj.

Przeszedł w Zmrok i pobiegł w ślad za Siemionem. Pewnie będą wspinać się po różnych ścianach, ale nawet nie chciałem dochodzić, kto po której. Na mnie czekała moja droga, i to wcale nie jest pewne, że będzie łatwiejsza.

– Po co mnie spotkałeś, szefie… – wyszeptałem, podbiegając do klatki schodowej. Śnieg chrzęścił pod nogami, w uszach tętniła krew. W biegu wyciągnąłem z kabury pistolet, odbezpieczyłem. Osiem srebrnych kul rozpryskowych. Powinno wystarczyć. Tylko żeby trafić. Tylko uchwycić ten moment, kiedy pojawi się szansa – trafić, uprzedzić wampirzycę i nie zranić chłopca.

– Wcześniej czy później ktoś spotkałby się z tobą, Antoni. Jeśli nie my – to Dzienny Patrol. A oni mieli takie same szanse ciebie przygarnąć.

Nie zdziwiłem się, że śledził mnie. Po pierwsze, problem było poważny. Po drugie – on niejako był moim pierwszym nauczycielem.

– Borysie Ignatjewiczu, jeżeli coś… – rozpiąłem kurtkę, wsunąłem pistolet za plecy, wetknąłem broń za pasek. – Świetlana…

– Jej matkę sprawdzono do końca, Antoni. Nie. Ona nie jest zdolna do zaklęcia. Nie posiada żadnych zdolności.

– Nie, ja o czym innym, Borysie Ignatjewiczu… Zanalizowałem swoje uczucia. Ja jej nie współczułem.

– Co to oznacza?

– Nie wiem. Ale ja jej nie współczułem. Nie mówiłem komplementów. Nie usprawiedliwiałem.

– Jasne.

– A teraz… niech pan znika, proszę. To moja robota.

– Dobrze. Wybacz, że wygnałem ciebie w teren. Powodzenia, Antoni.

Jak sięgam pamięcią, szef nie przepraszał nigdy i nikogo. Ale teraz nie miałem czasu na zdziwienie, w końcu zjechała winda.

Naciskając przycisk ostatniego piętra zauważyłem obijające się na przewodzie guziczki słuchawek. Dziwne, grały. Kiedy włączyłem odtwarzacz?

I co podrzucił mi los?

Wszystko zdecyduje się potem,

Dla innych on jest nikim, dla mnie – Panem,

Stoję otoczony mrokiem,

Dla jednych jestem cieniem, dla innych – duchem.

Uwielbiam"Piknik". Zaciekawiło mnie, czy Szklarskiego sprawdzali na przynależność do Innych? Należałoby… A może nie trzeba. Lepiej niech śpiewa.

Tańczę nie w takt, wszystko robiłem nie tak,

Nie żałując tego.

Jestem dzisiaj jak nie spadły grad,

Nie zakwitły kwiat.

Ja, ja, ja – jestem niewidoczny.

Ja, ja, ja – jestem niewidoczny.

Nasze twarze jak dym, nasze twarze jak dym

I nikt nie dowie się, kiedy zwyciężymy…

Czy można uznać ostatnie zdanie za dobry znak?

Winda zatrzymała się.

Wyskakując na ostatnim piętrze spojrzałem na luk w suficie. Zamek był zerwany – kabłąk był rozpłaszczony i rozerwany. Wampirzycy na nic to by się nie przydało, ona najprawdopodobniej przyleciała na dach. Chłopak wszedł po balkonach.

A więc to robota Tygryska lub Niedźwiedzia. Najpewniej Niedźwiedzia, Tygrysek prędzej wybiłaby cały luk.

Zdjąłem kurtkę, rzuciłem na podłogę razem z mruczącym odtwarzaczem. Poruszyłem kilkukrotnie pistolet za plecami – tkwił mocno. Uważasz, że technika jest bzdurą? Zobaczymy, Olga, zobaczymy.

Swój cień cisnąłem w górę, rzutowałem go w powietrze. Podciągnąłem się i jednym rzutem wśliznąłem się w niego. Po wejściu w Zmrok wszedłem na drabinkę. Siny mech, gęsto oblepiający żelazne pręty, sprężynował pod palcami, próbował odpełznąć.

– Antoni!

Wyskoczyłem na dach i aż przysiadłem – tak silnie tu wiało. Szaleńczy, porywisty, lodowaty wiatr. Ni to echo wiatru z ludzkiego świata, ni to wytwór Zmroku. Na razie zasłaniało mnie betonowe pudełko szybu windy, wystające nad dachem, ale musiałem zrobić krok naprzód i przewiało mnie aż do kości.

– Antoni, jesteśmy tutaj!

Tygrysek stała z dziesięć metrów ode mnie. Spojrzałem na nią, i na chwilę jej pozazdrościłem – ona z pewnością chłodu nie czuła.

Skąd wilkołaki i magowie biorą moc do transformacji swojego ciała, nie miałem pojęcia. Niby w zasadzie nie ze Zmroku, ale i nie z ludzkiego świata. W swojej ludzkiej postaci dziewczyna miała pewnie z pięćdziesiąt kilogramów, może nieco więcej. A młoda tygrysica, stojąca w bojowej pozie na oblodzonym dachu ważyła z pewnością najmniej z półtora cetnara. Aura jej płonęła pomarańczowo, po sierści spływały powoli i niespiesznie iskierki. Ogonem równomiernie biła w prawo i w lewo, a prawa przednia łapa rozdrapywała bitum. W tym miejscu dach był wydrapany aż do betonu… kogoś na wiosnę na pewno zaleje…

– Podejdź bliżej, Antoni – warknęła tygrysica, nie obracając się. – Ona jest tam!

Niedźwiedź trzymał się bliżej wampirzycy niż Tygrysek. Wyglądał jeszcze groźniej. Tym razem po transformacji wybrał wygląd białego niedźwiedzia, jednak w odróżnieniu od mieszkańców Arktyki był całkowicie śnieżnobiały, jak z obrazków w książkach dla dzieci. Nie, na pewno jest magiem, a nie reedukowanym wilkołakiem. Wilkołaki mogą mieć jedną, maksimum dwie postaci, a ja już widziałem Niedźwiedzia w postaci krzywołapego burego misia, kiedy przygotowywaliśmy bal przebierańców dla amerykańskiej delegacji Patrolu, i w postaci niedźwiedzia grizzly na pokazowych zajęciach z transformacji cielesnej.

Wampirzyca stała przy samym skraju dachu.

Schudła, widocznie schudła od czasu naszego pierwszego spotkania. Jej twarz jeszcze bardziej się zaostrzyła, a policzki zapadły. W początkowym etapie przebudowy organizmu wampiry potrzebują prawie ciągłych dostaw świeżej krwi. Ale nie należy dać się zwieść pozorom -jej wycieńczenie jest tylko zewnętrzne, przynosi jej męki, ale mocy nie pozbawia. Oparzenie na twarzy prawie znikło, ślad po nim był prawie niewidoczny.

– To ty! – głos wampirzycy brzmiał zwycięsko. Nadzwyczaj radośnie – jakby nie na negocjacje mnie wzywała, ale na egzekucję.

– Ja.

Igor stał przed wampirzycą, zasłaniała się nim przed agentami. Chłopiec znajdował się w Zmroku, przyzwanym przez wampirzycę, i dlatego nie tracił przytomności. Stał milcząc, bez ruchu, patrzył to na mnie, to na Tygryska. Najwyraźniej najbardziej liczył na nas dwoje. Jedną ręką wampirzyca przytrzymywała chłopaka przed sobą, przyciskając do siebie, drugą – z wysuniętymi pazurami – trzymała przy jego gardle. Ocena sytuacji była łatwa. Pat.

Jeśli Tygrysek lub Niedźwiedź spróbują napaść na wampirzycę, to jednym uderzeniem zetnie chłopcu głowę. A tego nie da się uleczyć… nawet dysponując naszymi możliwościami. Z drugiej strony, jeśli spróbuje zabić chłopca, nic nas nie powstrzyma.

Nie należy zapędzać wroga w ciasny kąt. Szczególnie, jeśli chcesz go zabić.

– Chciałaś, żebym przyszedł. Przyszedłem – podniosłem ręce, demonstrując, że nic w nich nie mam. Poszedłem naprzód. Kiedy znalazłem się pomiędzy Tygryskiem i Niedźwiedziem, wampirzyca odsłoniła kły:

– Stój!

– Nie mam ani osiny, ani bojowych amuletów. Nie jestem magiem. Nic nie mogę tobie zrobić.

– Amulet! Masz na szyi amulet!

– A co on ci… – nie ma nic wspólnego z tobą. To ochrona od tego, kto ma znacznie wyższą rangę od ciebie.