Выбрать главу

Mag Ciemności wrzasnął.

Przewrócił się, przyciśnięty do dachu, a słup światła wyrwał się z rąk Ulji, nabierając ruchliwości i samodzielności. To już nie snop światła, nie słup płomieni, lecz biała żmija, wijąca się, pokryta srebrzystymi łuskami. Koniec gigantycznego ciała rozpłaszczył się, przekształcając się w kaptur, spod niego wysunął się ścięty pysk z rozwartymi oczami – każde o rozmiarach koła ciężarówki. Błysnął język – cieniutki, rozdwojony, płonący jak płomień spawarki.

Odskoczyłem – o mało nie dostałem ogonem. Ognista kobra zwinęła się w kłębek i rzuciła się na Zawulona, nagłymi rzutami wbijając swoją głowę w pętle własnego ciała. A za błyszczącymi pierścieniami wężowego ciała tłukły się trzy cienie, rozmazane szybkimi ruchami w niewyraźne pasma. Skoku Tygryska, wycelowanego w wiedźmę i wiedźmina z Dziennego Patrolu, w ogóle nie zauważyłem.

Ilja cicho zaśmiał się, wyciągając zza pasa jeszcze jedną buławę. Tym razem ciemniejszą, widać, naładowaną przez niego samego.

A więc miał broń, przygotowaną specjalnie na Zawulona? Szef wiedział, z kim będziemy walczyć?

Obrzuciłem spojrzeniem dach. Na pierwszy rzut oka wszystko wydawało się być pod kontrolą. Niedźwiedź, przycisnąwszy wampirzycę, z przejęciem tłukł ją łapami – chwilami spod niego dobiegały żałosne jęki. Tygrysek zajmował się Patrolem i wyglądało na to, że pomoc nie jest jej potrzebna. Biała kobra dusiła Zawulona.

A my staliśmy z boku wydarzeń. Ilja, trzymając przygotowaną buławę, obserwował starcia, wyraźnie rozważając, w które kłębowisko się rzucić. Siemion, który zupełnie stracił zainteresowanie wampirzycą, a Patrolem i Zawulonem nawet przez chwilę się nie zajmował, szedł po krawędzi dachu, patrząc w dół- Obawiał się przybycia nowych posiłków Ciemności?

A ja stałem, jak dureń, z niepotrzebnym pistoletem w ręku…

Cień upadł pod moje nogi za pierwszym razem. Wstąpiłem w niego, czując, jak mnie parzy chłód. Nie ten znany ludziom, nie ten, który zna każdy Inny, ale chłód głębokiego Zmroku. Tutaj już nie było wiatru. Tutaj zniknęły śnieg i lód pod nogami. Tutaj nie było sinego mchu. Wszystko wypełniała mgła, gęsta, lepka, kłaczkowata -jeśli już porównywać mgłę z mlekiem, to było to mleko zwarzone. Wrogowie i przyjaciele – wszyscy przekształcili się w żałosne, ledwie poruszające się cienie. Tylko ognista kobra, walcząca z Zawulonem, pozostała dalej ruchliwa jak błyskawica i oślepiająco jaskrawa – ten bój trwał we wszystkich warstwach Zmroku. Wyobraziłem sobie, ile energii zmagazynowano w czarodziejskiej buławie, i aż zakręciło mi się w głowie.

Po co, na Światło i Ciemność? Dlaczego? Przecież ani młoda wampirzyca, ani chłopczyk-Inny nie są warci takich wysiłków!

– Igor! – krzyknąłem.

Zaczynałem zamarzać. Na drugi poziom Zmroku schodziłem jedynie dwa razy – na zajęciach razem z instruktorem i wczoraj, w ciągu dnia, żeby przejść przez zamknięte drzwi. Tutaj nie miałem żadnej ochrony i z każdą chwilę traciłem siły.

– Igor! – przeszedłem przez mgłę. Za moimi plecami rozlegały się głuche uderzenia – żmija tłukła kimś o dach, trzymając ciało w paszczy… nawet domyślałem się, czyje to ciało…

Czas zaczął płynąć jeszcze wolniej, pozostawała już niewielka szansa, że chłopiec całkiem nie stracił przytomności. Poszedłem do tego miejsca, gdzie poprzednim razem znajdowałem się w drugiej warstwie Zmroku, próbując rozróżnić choć cokolwiek. Potknąłem się i upadłem, uniosłem się siadając w kucki i znalazłem się twarzą w twarz z Igorem.

– Z tobą wszystko w porządku? – głupio spytałem. Głupio, bo oczy miał otwarte i patrzył przytomnie na mnie.

– Tak.

Nasze głosy brzmiały głucho i dudniąco. Zupełnie blisko kołysały się dwa cienie – Niedźwiedź dalej tłukł wampirzycę. Jak ona długo wytrzymuje! I jak długo wytrzymał chłopiec…

– Chodźmy – powiedziałem, wyciągając rękę i dotykając jego ramienia. – Tutaj jest… ciężko. Ryzykujemy, że pozostaniemy tutaj na zawsze.

– A niech…

– Nie rozumiesz, Igor! To okropne męki! Wieczne cierpienia – rozpuścić się w Zmroku. Nawet nie możesz sobie tego wyobrazić, Igorze! Wyjdźmy!

– Po co?

– Żeby żyć.

– Po co?

Z trudem już zginałem palce. Pistolet zaczął ciążyć i wydawało się, że jest odlany z lodu. Może wytrzymam jeszcze z minutę lub dwie… Spojrzałem Igorowi w oczy.

– Każdy decyduje sam. Ja odchodzę. Ja mam po co żyć.

– Dlaczego chcesz mnie uratować? -spytał. – Jestem potrzebny waszemu Patrolowi?

– Nie sądzę, że znajdziesz się w naszym Patrolu… – powiedziałem, niespodziewanie dla samego siebie.

Uśmiechnął się. Po nas powoli przesunął się cień – Siemion. Czy coś zauważył? Stało się jakieś nieszczęście?

A ja siedzę tutaj, tracąc resztkę sił, i próbuję zapobiec subtelnemu samobójstwu małego Innego… który i tak jest skazany.

– Odchodzę – powiedziałem. – Wybacz.

Ciemność przykleiła się do mnie, przymarzała do palców i przyrastała do twarzy. Wydzierałem się z niej skokami, Zmrok szumiał z niezadowoleniem, rozczarowany takim obrotem rzeczy.

– Pomóż mi – powiedział Igor. Ledwie dosłyszałem jego głos, już prawie wyszedłem – przemówił w ostatniej chwili.

Wyciągnąłem rękę, chwytając jego dłoń. Zmrok już mnie wypychał, wyrzucał, mgła dookoła rozrzedzała się. Ale moja pomoc była czysto symboliczna, najważniejsze chłopiec musiał dokonać sam.

I zrobił to.

Wpadliśmy w górną warstwę Zmroku. W twarz uderzył zimny wiatr, ale teraz to było nawet przyjemne. Powolne ruchy dookoła nas zamieniły się od razu w gwałtowną bójkę. Szare rozmazane barwy wydawały się jaskrawe.

Czy sytuacja zmieniła się w ciągu tych kilku sekund naszej rozmowy? Wampirzyca jak poprzednio broniła się przed Niedźwiedziem… To nie to. Chłopiec-wiedźmin leżał na dachu, martwy albo nieprzytomny, obok turlały się Tygrysek i wiedźma… Też nie to.

Żmija!

Biała kobra rozrosła się, nadęła się, zapełniając sobą już ćwierć dachu. Jakby wpompowywano w nią powietrze i podnoszono w górę albo sama unosiła się w pobliskie niebo. Siemion stał przy splątanych kłębach ognistego ciała, przykucnięty w jakiejś prastarej postawie bojowej, a z jego dłoni uderzały w blasku białych płomieni maleńkie pomarańczowe kulki. Uderzał nie w kobrę, w kogoś, kto był pod nią, kto powinien był zginąć od razu, ale ciągle jeszcze kontynuował walkę…

Wybuch!

Wir światła, kłęby ciemności. Rzuciło mnie na plecy, padając przewróciłem się na Igora, ale zdążyłem chwycić go za rękę. Tygrysek i wiedźma rozdzieliły się i poleciały aż na skraj dachu, zatrzymując się na ogrodzeniu. Niedźwiedzia zrzuciło z wampirzycy – pokaleczonej, poranionej, ale ciągle jeszcze żywej. Siemion zachwiał się, ale utrzymał się na nogach – przykryła go mętna, świecąca się soczewka tarczy ochronnej. Spadł jedynie nieprzytomny wiedźmin – lecąc przełamał przerdzewiałe pręty ogrodzenia i jak szmaciana kula spadł na dół.

Ilja stał jak wryty. Żadnej ochrony dookoła niego nie widziałem, ale on jak dawniej z ciekawością popatrywał na wszystkich, ściskając swoją buławę.

A resztki ognistej kobry wzleciały ku górze, zawirowały świecącymi się obłoczkami, przygasając, i rozsypały się w iskierki, w maleńkie promyki światła". Spod tego fajerwerku powoli wstawał Zawulon, rozłożywszy ręce w skomplikowanym czarodziejskim geście. W zwarciu stracił odzież i teraz był całkowicie obnażony. Jego ciało zmieniło się, przybierając klasyczny wygląd demona – matowe łuski zamiast skóry, nieregularny kształt czaszki, porośniętej zamiast włosami jakąś skołtunioną sierścią, wąskie oczy z pionowymi źrenicami. Przerośnięty członek obwisł, a z kości ogonowej zwisał krótki, rozdwojony ogonek. -