Выбрать главу

– Precz! – krzyknął Zawulon. – Precz!

Co teraz musiało się dziać tam, w świecie ludzi… Wybuchy śmiertelnej rozpaczy i szalonej radości, zawały, występki, kłótnie najlepszych przyjaciół, zdrady wiernych zakochanych… Ludzie nie mogli zobaczyć tego, co się tu wydarzyło, ale dotknęło to ich dusze.

Poco?

Po co to wszystko Dziennemu Patrolowi?

I w tej samej chwili ogarnął mnie niespodziewany spokój. Lodowaty, zdroworozsądkowy, prawie już zapomniany. Załóżmy, że wszystko do czego do-o, zostało zaplanowane przez Dzienny Patrol. Od tego zacznę. A potem pouczę wszystkie przypadki, rozpocznę od mojego polowania w metro… Nie, rozpocznijmy od tego momentu, kiedy chłopakowi-wampirowi wyznaczono na pokarm dziewczynę, w której nie mógł się nie zakochać.

Myśli przelatywały tak szybko, jakbym stał się inicjatorem burzy mózgów, podłączył się do świadomości wielu innych ludzi -jak to czasami robią nasi analitycy. Nie, tego, oczywiście nie było… po prostu kawałki łamigłówki poruszyły się, zmieszane na stole puzzle ożyły i zaczęły układać się przede mną.

Dziennemu Patrolowi nie zależy na wampirzycy…

Dzienny Patrol nie doprowadziłby do konfliktu z powodu chłopca z potencjalnie dużymi zdolnościami.

Dzienny Patrol miałby tylko jeden powód, aby coś takiego zorganizować…

Mag Ciemności o nadzwyczaj wielkim potencjale.

Mag, zdolny wzmocnić ich pozycję… nie tylko w Moskwie, ale i na całym kontynencie…

Ale przecież i tak osiągnęli to, co chcieli, obiecaliśmy im oddać tego maga…

Ten nieznany mag to X. Jedyna niewiadoma w tym zadaniu. Igrek to pewnie Igor – jego odporność na magię jest zbyt wielka jak na początkującego Innego. Ale mimo to chłopiec to wartość już określona, choćby nawet z niezrozumiałym współczynnikiem…

Dodanym do treści zadania w sztuczny sposób. Dla utrudnienia.

– Zawulon! – krzyknąłem. Za moimi plecami wiercił się, próbując wstać i ślizgając się po lodzie, Igor. Od maga odsuwał się Siemion, dalej utrzymując tarczę ochronną. Obojętnie na wszystko spoglądał Ilja. Niedźwiedź ruszył na próbującą się podnieść wampirzycę. Tygrysek i wiedźma Alicja znowu zaczęły się do siebie zbliżać.

– Zawulon!

Demon spojrzał na mnie.

– Wiem, o kogo się bijecie!

Nie, jeszcze nie wiedziałem. Tylko zaczynałem rozumieć – dlatego że puzzle już się ułożyły i pokazały mi znajomą twarz…

Demon otworzył paszczę – szczęki rozeszły się na boki, jak u żuka. Coraz bardziej przypominał gigantycznego owada, łuski zrastały się tworząc jednolity pancerz, genitalia i ogon zniknęły, u jego boków zaczęły wyrastać nowe odnóża.

– W takim razie już jesteś trupem.

Jego głos się nie zmienił, nawet nabrał większej głębi i inteligencji. Zawulon wyciągnął ku mnie rękę – ta, nagłymi rzutami, wydłużała się, tworząc coraz to nowe stawy.

– Chodź do mnie… – wyszeptał Zawulon.

Wszyscy oprócz mnie zamarli. Zrobiłem krok ku niemu. Moja mentalna ochrona, którą budowałem w ciągu wielu lat, zniknęła bez śladu. Nie mogłem oprzeć się Zawulonowi.

– Stój! – ryknęła tygrysica, odwracając się od pobitej, ale wciąż jeszcze żywej wiedźmy. – Stój!

Bardzo chciałem spełnić jej żądanie. Ale nie mogłem.

– Antoni… – doleciało mnie zza pleców. – Odwróć się…

To jeszcze mogłem zrobić. Odwróciłem głowę, odrywając się od spojrzenia bursztynowych oczu z pionowymi źrenicami.

Igor siedział w kucki, nie miał sił, aby wstać. Zadziwiające, że w ogóle był przytomny… przecież zasilanie z zewnątrz jego energii przerwało się. To samo zasilanie, które tak wzbudziło zainteresowanie szefa, to, które pojawiło się na samym początku. Współczynnik przy Igreku. Wprowadzony dla skomplikowania zadania.

Z dłoni Igora zwisał maleńki kościany amulet na miedzianym łańcuszku.

– Łap! – krzyknął chłopak.

– Nie dotykaj tego! – rozkazał Zawulon. Rzeki to jednak zbyt późno, już nachyliłem się, chwytając amulet, lecący ku moim nogom. Dotknięcie rzeźbionego medalionika było parzące, jakbym złapał żarzący się węgielek.

Spojrzałem na demona i przecząco pokręciłem głową:

– Zawulon… masz za mało władzy, by narzucić mi swoją wolę.

Demon zawył, rzucając się na mnie. Władzy nade mną już nie miał, ale mocy miał aż za dużo.

– No-no-no… – powiedział Ilja jakby z naganą w głosie.

Płonąca biała ściana przecięła przestrzeń między nami. Zawulon zawył, wpadłszy na magiczną barierę, odrzuciło go do tyłu. Śmiesznie trząsł poparzonymi łapami, wyglądał już zupełnie niegroźnie, a nawet głupio, za ścianą czystego, białego światła.

– Wielochodówka – powiedziałem. – jakie to proste, no nie?

Na dachu wszystko się uspokoiło. Tygrysek i wiedźma Alicja stały obok siebie, nie próbując walczyć. Siemion patrzył to na mnie, to na Ilję i nie wiadomo, który z nas bardziej go zaskoczył. Wampirzyca cicho płakała, usiłując się Podnieść. Ucierpiała najbardziej z nas wszystkich, straciła wszystkie swoje siły, aby przetrzymać bój z Niedźwiedziem, a teraz z trudem próbowała je zregenerować. Z niesamowitym wysiłkiem wynurzyła się ze Zmroku i przekształcicie w żałosny cień.

Nawet wiatr jakby ucichł…

– Jak zrobić maga Ciemności z człowieka, który jest kryształowo czysty od swoich narodzin? – spytałem. – Jak przeciągnąć na stronę Ciemności człowieka, który nie umie nienawidzić? Trzeba otoczyć go z wszystkich stron problemami… stopniowo, w nadziei, że stanie się zły… ale to nie udało się. Trafił się człowiek już zbyt porządny… porządna.

Ilja zaśmiał się, cicho i aprobująco.

– Jedynie, kogo potrafi nienawidzić… – spojrzałem w oczy Zawulona, w których teraz pozostała jedynie bezsilna złość – to samą siebie. I wtedy następuje nieoczekiwane posunięcie. Niezwykłe. Niech zachoruje jej matka. Niech dziewczyna zamartwi się na śmierć, przeklinając swoją bezsilność, niemożliwość udzielenia pomocy. Zagonimy ją w taką ślepą uliczkę, gdzie może jedynie nienawidzić… samej siebie. Jednak pojawiło się – minimalnie małe -prawdopodobieństwo klęski. Niewielka szansa przegranej, bo samotny pracownik Nocnego Patrolu, nie znający się na pracy operacyjnej…

Nogi ugięły się pode mną – rzeczywiście nie przywykłem tak długo znajdować się w Zmroku. Upadłbym na kolana przed Zawulonem, a nie chciałbym tego za żadną cenę, gdyby nie Siemion – prześliznął się przez Zmrok i podtrzymał mnie. Zajmuje się tym przecież już od stu pięćdziesięciu lat.

– Nie znający się na pracy w terenie… – powtórzyłem – nie działał zgodnie z schematami. Nie współczuł i nie pocieszał dziewczyny, dla której litość – to śmierć. A to oznaczało, że trzeba go od niej odciągnąć. Stworzyć taką sytuację, żeby był zajęty po uszy. Żeby rzucono go do drugorzędnego zadania – w dodatku związać go z tym zadaniem osobistą odpowiedzialnością, sympatią, wszystkim, co się nawinie pod rękę. Dla tak wielkiego dzieła można poświęcić zwykłego wampira. Nieprawdaż?

Zawulon rozpoczął powrotną transformację swojej postaci. Błyskawicznie przybierał poprzednią, skromną postać inteligenta.

Śmieszne. Po co? Widziałem już go takim, jakim trafił do Zmroku, jakim wszedł tam i jakim pozostał na zawsze.

– Wielochodówka – powtórzyłem. – Ręczę, że matka Świetlany wcale nie cierpi na śmiertelną chorobę. Wasza strona dokonała małej ingerencji, dopuszczalnej… ale w takim razie i my mamy prawo do takiej ingerencji.

– Ona jest nasza! – powiedział Zawulon.

– Nie – pokręciłem głową. – Nie będzie żadnego wybuchu inferna. Jej matka wyzdrowieje. Teraz pojadę do Swietłany… i opowiem jej o wszystkim. Dziewczyna przejdzie do Nocnego Patrolu. Zawulonie, przegrałeś. Wszystko się skończyło. Przegraliście.