Porozrzucane po dachu strzępki jego ubrania podpełzły do maga Ciemności zrosły się, podskoczyły i okryły go: smutnego, czarującego, przepełnionego żalem do całego świata.
– Nikt z was stąd nie odejdzie – powiedział Zawulon. Za jego plecami, zaczął kłębić się mrok – jakby rozpostarły się dwa ogromne czarne skrzydła. Ilja zaśmiał się znowu. – Jestem silniejszy od was wszystkich – Zawulon obejrzał się na Ilję. – Użyczone tobie moce nie są nieograniczone. Zostaniecie tutaj na zawsze, w Zmroku, głębiej niż kiedykolwiek mogliście zajrzeć… Siemion westchnął i powiedział:
– Antoni, przecież on do tej pory nie rozumie.
Odwróciłem się i spytałem:
– Borysie Ignatjewiczu, przecież ta maskarada nie jest już konieczna?
Młody, chamski agent wzruszył ramionami:
– Oczywiście, Tosiu. Ale tak rzadko zdarza mi się obserwować szefa Dziennego Patrolu w akcji… wybacz staruszkowi. Mam nadzieję, że Ilja w mojej postaci miał tyle samo interesujących wrażeń, co ja w jego…
Borys Ignatjewicz przybrał swój zwykły wygląd. Od razu, bez tych wszystkich teatralnych przejściowych metamorfoz i świetlnych efektów. Rzeczywiście był w szlafroku i w tiubitiejce, tylko na nogach, na swoich miękkich kapciach miał kalosze.
Aż przyjemnie było popatrzeć na twarz Zawulona.
Ciemne skrzydła nie zniknęły, przestały rosnąć, i bez wiary poruszały się jakby mag próbował odlecieć, ale nie mógł się zdecydować.
– Zwijaj swoją operację, Zawulonie – powiedział szef. – Jeśli natychmiast znikniecie stąd i będziecie się trzymać z dala od domu Świetlany, nie złożymy oficjalnego protestu.
Mag Ciemności nie wahał się:
– Odchodzimy.
Szef kiwnął głową, jakby innej odpowiedzi się nie spodziewał. Można pomyśleć… ale opuścił buławę i bariera pomiędzy mną i Zawulonem zniknęła.
– Zapamiętam twoją rolę w tym przedstawieniu… – natychmiast wydeptał mag Ciemności. – Na zawsze.
– Pamiętaj – przytaknąłem. – To bardzo pożyteczne.
Zawulon złożył ręce – ciemne skrzydła załomotały w zgodnym rytmie i zniknął. Jednak przedtem mag spojrzał na wiedźmę, a ta skinęła głową.
Bardzo mi się to nie podobało. Splunięcie za kimś – to nie zabójcza klątwa, ale zawsze groźna.
Lekkim krokiem tancerki, zupełnie nie pasującym do okrwawionej, poranionej twarzy i wywichniętej, bezwładnie zwisającej lewej ręki, Alicja podeszła do mnie.
– Ty też powinnaś odejść – powiedział szef.
– Oczywiście, z największą przyjemnością! – odcięła mu się wiedźma.
– Ale przedtem mam tu jeszcze coś do załatwienia… całkiem maleńkiego, drobiazg. Mam prawo do czegoś, nieprawdaż, Antoni?
– Tak – wyszeptałem. – Ingerencja siódmego stopnia.
W kogo będzie skierowane uderzenie? W szefa – śmiechu warte. W Tygryska, Niedźwiedzia, Siemiona… bzdura. W Igora? Ale co jemu można narzucić na najniższym poziomie ingerencji?
– Otwórz się – powiedziała wiedźma. – Otwórz się przede mną, Antoni. Ingerencja na siódmym poziomie. Szef Nocnego Patrolu jest świadkiem, nie przekroczę tej granicy.
Siemion jęknął, do bólu ściskając moje ramię.
– Masz do tego prawo – powiedziałem. – Borysie Ignatjewiczu… – Rób, jak uważasz – cicho odpowiedział szef. – Ja będę pilnował.
Westchnąłem, otwierając się przed wiedźmą. Przecież i tak nic nie może zrobić! Nic! Ingerencja siódmego stopnia nigdy nie przyciągnie mnie do Ciemności! To po prostu śmieszne!
– Antoni – miękko powiedziała wiedźma. – Powiedz szefowi to, co chciałbyś mu powiedzieć. Powiedz prawdę. Postąp uczciwie i słusznie. Tak, jak powinieneś postąpić.
– Ingerencja minimalna… – potwierdził szef. Jeśli w jego głosie był ból, to tak głęboko ukryty, że nie dane mi było go usłyszeć.
– Wielochodówka – powiedziałem, patrząc na Borysa Ignatjewicza.
– Ale z obu stron. Dzienny Patrol oddaje w ofierze swoje pionki. Nocny Patrol – swoje. Dla wielkiego celu. Dla włączenia w swoje szeregi Wielkiej Czarodziejki o niebywałej sile. Mógł zginąć młody wampir, który tak chciał miłości. Mógł zginąć, zagubić się w Zmroku chłopiec z niewielkimi zdolnościami Innego. Mogli ucierpieć współpracownicy Nocnego Patrolu. Ale jest cel, który uświęca środki. Dwóch wielkich magów, od setek lat walczących ze sobą, wywołuje kolejną, niewielką wojnę. A mag Światła miał wtedy trudniejszą pozycję… i stawia wszystko na jedną kartę. Przegrana dla niego – to nie tylko problem, to krok w Zmrok. Na zawsze. Mimo to stawiana jedną kartę wszystkich. Swoich i cudzych. Nie tak, Borysie Ignatjewiczu?
– Tak – odpowiedział szef.
Alicja cichutko zaśmiała się i poszła do luku. Teraz już nie miała ochoty na loty, Tygrysek nieźle ją pobijała. Mimo to wiedźma miała dobry humor.
Spojrzałem na Siemiona – opuścił oczy. Tygrysek powoli transformowała się ponownie w dziewczynę… ale także starała się nie patrzeć mi w oczy. Niedźwiedź krótko ryknął i nie zmieniając swojego wyglądu poszedł do luku. Było mu trudniej niż pozostałym. Jest zbyt prostolinijny, Niedźwiedź, wspaniały wojownik i przeciwnik kompromisów…
– Wszyscy jesteście podli – powiedział Igor. Podniósł się po kilku próbach – nie tylko ze zmęczenia, teraz zasilał go szef, widziałem cieniutką niteczkę mocy, przecinającą powietrze – z początku zawsze jest trudno wyrwać się ze swojego cienia.
Wyszedłem za nim. To nie było trudne, w ciągu ostatniego kwadransa w Zmrok skierowano tyle energii, że utracił zwykłą agresywną lepkość.
Prawie równocześnie usłyszałem okropny miękki łomot – to spadający z dachu wiedźmin sięgnął bruku.
Zaraz za mną w rzeczywistości zaczęli się pojawiać pozostali. Sympatyczna czarnowłosa dziewczyna z siniakiem pod lewym okiem i rozbitym policzkiem, niewzruszony przysadzisty facet, imponujący wyglądem biznesmen w orientalnym szlafroku… Niedźwiedź już odszedł. Wiem, co będzie robił w swoim mieszkaniu, w „barłogu". Będzie pił nie rozcieńczony spirytus i czytał wiersze. Najprawdopodobniej na głos. Patrząc w wesoło gadający telewizor.
Wampirzyca także się pojawiła. Była w strasznym stanie, coś mamrotała, trzęsąc głową i próbując wylizać odgryzioną rękę. Ręka próbowała przyrosnąć z powrotem. Wszystko dookoła było ochlapane krwią – nie jej, oczywiście, ale krwią jej ostatniej ofiary…
– Odejdź – powiedziałem, podnosząc ciężki pistolet. Ręka zdradziecko zadrżała.
Kula mlasnęła, przelatując przez martwe ciało, w boku dziewczyny pojawiła się rana szarpana. Wampirzyca jęknęła, zacisnęła ją zdrową ręką. Druga zwisała na jakichś niteczkach ścięgien.
– Nie trzeba – miękko powiedział Siemion. – nie trzeba, Antoni…
Mimo to wycelowałem jej w głowę, ale w tej samej chwili z nieba spikował wielki czarny cień, nietoperz wielkości kondora. Rozłożył skrzydła, zasłaniając wampirzycę, wygiął się w spazmie transformacji.
– Ona ma prawo do sądu!
Do Kostii nie mogłem strzelać. Stałem, patrząc na młodego wampira, mojego sąsiada. Nie spuścił wzroku, patrzył uparcie i twardo. Od jak dawna śledziłeś mnie, przyjacielu i przeciwniku? I po co – uratować krewną, czy też nie dopuścić, bym zrobił krok, po którym stanę się śmiertelnym wrogiem?
Wzruszyłem ramionami i wsunąłem pistolet za pasek. Masz rację, Olga. Całe to techniczne wyposażenie to bzdury.
– Ma prawo – potwierdził szef. – Siemion, Tygrysek, konwojujcie ją.
– Dobrze – Powiedziała Tygrysek. Spojrzała na mnie, nie ze współczuciem – ze zrozumieniem. Ciężkim krokiem ruszyła ku wampirom.