– I tak jej grozi najwyższy wyrok – szepnął Siemion i poszedł za Tygryskiem.
Zeszli z dachu: Kostia, niosący na rękach jęczącą, nic nie rozumiejącą wampirzycę, i Siemion z Tygryskiem, milcząca asysta. Zostaliśmy we troje.
– Chłopcze, rzeczywiście masz zdolności – ciepło powiedział szef. – Niezbyt wielkie, ale przecież większość nie ma nawet takich. Cieszyłbym się, gdybyś zgodził się zostać moim uczniem…
– A niech was… – zaczął Igor. Kończące jego wypowiedź słowa nie były bynajmniej grzeczne. Chłopiec płakał bezdźwięcznie, krzywiąc się, próbując powstrzymać łzy, ale już nie potrafił…
Niewielka ingerencja na siódmym poziomie i będzie mu lżej. Zrozumie, że Światło nie może walczyć z Ciemnością, nie uzbrajając się we wszelkie dostępne środki…
Podniosłem głowę ku ciemnemu niebu, otworzyłem usta, łowiąc chłodne śnieżynki. Ostygnąć. Ostygnąć całkowicie. Ale nie tak, jak to jest w Zmroku. Zostać lodem, ale nie mgłą; śniegiem, ale nie błotem; skamienieć, ale nie rozpłynąć się…
– Igor, chodźmy, odprowadzę ciebie – zaproponowałem.
– Mam… blisko… – powiedział chłopak.
Jeszcze długo stałem, przełykając śnieg zmieszany z wiatrem; nie zauważyłem, kiedy odszedł. Usłyszałem tylko pytanie szefa: „Igor, potrafisz sam obudzić rodziców?", ale nie usłyszałem odpowiedzi.
– Antoni, jeśli to ciebie pocieszy… Aura chłopca pozostała taka, jaka była poprzednio – powiedział Borys Ignatjewicz. – Wcale… – objął mnie za ramiona, teraz był mały i niepozorny, niczym nie podobny na rzutkiego biznesmena lub maga pierwszego poziomu. Po prostu – odmładzający się staruszek, wygrał kolejną krótką walkę w nieskończonej wojnie.
– Jasne. Chciałbym mieć taką nijaką aurę. Swoje przeznaczenie.
– Antoni, mamy jeszcze coś do zrobienia.
– Pamiętam, Borysie Ignatjewiczu…
– Potrafisz wszystko wyjaśnić Swietłanie?
– Tak, pewnie… teraz potrafię.
– Wybacz mi. Posługuję się tylko tymi, których mam, którym mogę rozrywać. Ty jesteś jej pisany. Zwyczajna, mistyczna więź, której niczym nie da się wyjaśnić. Nie mam kim ciebie zastąpić.
– Rozumiem.
Śnieg padał na twarz, zastygał na rzęsach, paseczkami tajał na policzkach.
Wydawało mi się, że już prawie zamarzłem, ale przecież… nie wolno mi.
Pamiętasz, co tobie mówiłem? Być sługą Światła jest znacznie trudniej niż być sługą Ciemności…
– Pamiętam…
– Będzie ci jeszcze trudniej, Antoni. Pokochasz ją. Będziesz z nią mieszkał… jakiś czas. Potem Swietłana pójdzie dalej. A ty będziesz widział, jak się oddala, jak jej krąg znajomości rozrasta się i sięga tam… gdzie ty nie będziesz miał dostępu. Będziesz cierpiał. Ale będzie już za późno, Twoja rola – to tylko początek jej nowego życia. Tak się dzieje z każdymi wielkim magiem, z każdą Wielką czarodziejką. Idą po ciałach, po ciałach przyjaciół i ukochanych. Inaczej się nie da.
– Rozumiem… wszystko rozumiem…
– Idziemy, Antoni? -Milczałem.
– Idziemy?
– Nie jesteśmy spóźnieni?
– Na razie nie. Światło też ma swoje szlaki. Pójdziemy krótszą drogą, ale dalej – dalej musisz sobie radzić sam.
– W takim razie ja jeszcze sobie postoję – powiedziałem. Zamknąłem oczy, żeby poczuć, jak śnieżynki opadają na powieki – cierpliwie i delikatnie.
– Gdybyś wiedział, ile razy ja tak stałem – powiedział szef. – Patrząc w niebo i prosząc o coś… ni to o błogosławieństwo, ni to o przekleństwo.
Nie odpowiedziałem, wiedziałem, że się nie doczekam niczego.
– Antoni, ja już zmarzłem – powiedział szef. – Zimno mi. Jak człowiekowi – zimno. Napiłbym się wódki i wszedł pod kołdrę. I leżał tam, oczekując, aż pomożesz Swietłanie… aż Olga usunie wir. A potem wziąłbym urlop. Zostawił na swoim miejscu Ilję, już raz był w mojej skórze. Pojechałbym do Samarkandy. Byłeś kiedyś w Samarkandzie?
– Nie.
– Nie ma tam nic ciekawego, szczerze mówiąc. Szczególnie teraz. Nie ma tam nic ciekawego, prócz wspomnień… a te są tylko moje. Jak się czujesz?
– Chodźmy, Borysie Ignatjewiczu.
Starłem śnieg z twarzy.
Czekano na mnie.
To jedyne, co przeszkadza zamarznąć.
HISTORIA DRUGA. SWÓJ POŚRÓD SWOICH
Prolog
Nazwano go Maksym.
Imię niezbyt rzadkie, ale i nie pospolite, jak na przykład Siergiej, Andriej czy Dymitr. Brzmi zupełnie ładnie. Dobre, rosyjskie imię, mimo że ma korzenie sięgające czasów pobytu w Rosji Greków, Waregów i innych Scytów.
Ze swojego wyglądu też był zadowolony. Nie była to przesłodzona uroda aktora z seriali, ale również nie przeciętna, nijaka twarz. Piękny mężczyzna, wyróżniający się w tłumie. Muskularny, ale bez przesady; nie musiał, jak fanatyk, codziennie uczęszczać do siłowni.
I miał zawód-był audytorem w dużej, zagranicznej firmie. Dosyć zamożny – wystarczało mu na wszystkie zachcianki, ale mafii nie musiał się obawiać.
Tak jakby kiedyś tam jego anioł stróż zadecydował raz na zawsze: „Będziesz miał zawsze trochę lepiej od innych". Trochę – ale lepiej. Najważniejsze jednak było to, że Maksymowi całkowicie to odpowiadało. Wdrapywać się na szczyty, trwoniąc życie dla bardziej szpanerskiego samochodu, zaproszenia. Przyjęcia w wielkim świecie, czy też dodatkowego pokoju w mieszkaniu… Po co? Zycie jest przyjemne samo w sobie, a nie dzięki tym luksusom, które da się osiągnąć. I pod tym względem życie jest całkowitym przeciwieństwem Między, które same w sobie są niczym.
Oczywiście, Maksym nigdy nie myślał o tym tak bezpośrednio. Jedną z specyficznych cech ludzi, umiejących zająć w życiu dokładnie swoje miejsce, jest to, że przyjmują wszystko jako należne. Wszystko dzieje się tak, jak powinno się dziad. A jeśli ktoś nie otrzymał należnego – sam jest winny. Widocznie wykazał się lenistwem i głupotą. Albo miał zawyżony poziom roszczeń.
Maksymowi bardzo podobało się to wyrażenie: „zawyżony poziom roszczeń”. Stawiało wszystko na swoje miejsce. Wyjaśniało, na przykład, dlaczego jego mądra i piękna siostra wegetuje z mężem alkoholikiem w Tammowie. Sama sobie wyszukała, przebierała… no i znalazła. Albo dlaczego stary szkolny kolega spędza już drugi miesiąc na oddziale urazowym. Zachciało mu się powiększyć biznes? Powiększył. Dobrze, że chociaż z życiem uszedł. Kulturalni ludzie okazali się konkurentami na dawno już podzielonym rynku metali kolorowych…
Tylko raz Maksym użył wyrażenia „zawyżony poziom roszczeń" w stosunku do samego siebie. Ale to była tak skomplikowana i dziwna sprawa, że nawet myśleć o tym się nie chciało. Prościej jest nie myśleć, lepiej pogodzić się z tym wszystkim, co przydarzało mu się: czasami wiosną, a niekiedy jesienią i bardzo, bardzo rzadko – w pełni lata, kiedy upał stawał się już całkiem nieznośny, pozbawiając umysł i rozsądku, i ostrożności; z tym, co budziło pewne wątpliwości co do sprawności psychicznej Maksyma… Zresztą Maksym nigdy nie uważał siebie za schizofrenika. Przeczytał na ten temat wiele książek, konsultował się z doświadczonymi lekarzami… no, oczywiście, bez zagłębiania się w szczegóły.
Nie, był normalny. Widać mimo wszystko istniały takie zjawiska, których rozum zupełnie nie był w stanie ogarnąć, a zwykłe ludzkie normy były nie do przyjęcia. Zawyżone roszczenia… nieprzyjemne. Czy tak naprawdę, są zawyżone…?
Maksym siedział w samochodzie, w swojej zadbanej, wypieszczonej toyocie, nie najdroższej i wykończonej luksusowo, ale znacznie lepszej niż większość samochodów na moskiewskich ulicach. Silnik nie pracował i nawet z odległości kilku kroków w porannym półzmroku nie można by dostrzec go za kierownicą. Spędził tak całą noc, słuchając lekkich trzasków stygnącego silnika. Zmarzł, ale nie pozwolił sobie na włączenie silnika. Spać mu się nie chciało, jak to zazwyczaj bywało w takiej sytuacji. Palić także mu się nie chciało. Nic mu się nie chciało, tak dobrze było po prostu siedzieć, nieruchomo jak cień, w zaparkowanym na poboczu samochodzie. I czekać. Tylko z jednego powodu było mu przykro – żona znowu będzie uważała, że był u kochanki. Ale jak jej udowodnić, że nie ma żadnej kochanki. Stałej. A wszystkie swoje grzeszki ogranicza do zwykłych wczasowych romansików, drobnych podrywów w pracy i przypadkowych zawodowych prostytutek podczas delegacji… a i to przecież nie za rodzinne pieniądze. Dziewczyny opłacali i podsuwali klienci można przecież odmówić, obrażą się. Albo uznają za geja i następnym i przyprowadzą chłopców… Migające zielenią cyfry na zegarku zmieniły się – jest piąta rano. Zaraz rusza sprzątać stróże, to stara dzielnica, prestiżowa, tutaj poważnie przestrzega się czystości. Dobrze, że nie było ani deszczu, ani śniegu, zima się skończyła, zdechło bydlę, ustąpiło miejsca wiośnie – z wszystkimi jej problemami i zawyżonymi roszczeniami…