– Nic wielkiego. Trochę pokłóciliśmy się – odwróciłem się i bez pożegnania ruszyłem w stronę schodów.
Taką przyjęliśmy wersję dla Nocnego Patrolu, na ten mało prawdopodobny przypadek, gdyby wśród nas był ich agent. O ile się orientuję, coś takiego zdarzyło się tylko raz lub dwa w całej historii Patrolu, ale nigdy nie wiadomo… Niech wszyscy uważają, że Borys Ignatjewicz pokłócił się ze swojej starą przyjaciółką.
Przecież są poważne powody. Stuletnie uwięzienie w jego gabinecie, niemożność powrotu do ludzkiej postaci, częściowa rehabilitacja połączona z utratą większości magicznych zdolności. To dostatecznie zrozumiałe powody do obrazy… Jakkolwiek na to patrzeć, nie muszę chociaż udawać koleżanki szefa, byłoby to już całkowitą przesadą.
Rozmyślając o tym, zszedłem na drugie piętro. Trzeba przyznać, że Olga maksymalnie ułatwiła mi życie. Dzisiaj założyła dżinsy, nie garsonkę czy sukienkę, na nogach miałem adidasy, a nie pantofle na wysokim obcasie. Nawet lekki zapach perfum nie był duszący.
Niech żyje moda typu unisex, nawet jeżeli wymyślili ją homoseksualiści…
Wiedziałem, co teraz powinienem robić, wiedziałem, jak mam się zachowywać. A mimo to było trudno. Skręcić nie do wyjścia, ale w boczny korytarz, mało widoczny i cichy.
I znaleźć się w przeszłości.
Mówią, że szpital ma swój, niemożliwy do zapomnienia, zapach. Oczywiście. I nic w tym dziwnego, dziwne by było, gdyby chlorek i ból, autoklawy i rany, szpitalna pościel i jadło bez smaku pozbawione były zapachu.
Ale skąd, powiedzcie, na miłość boską, biorą swój zapach szkoły i uczelnie?
W pomieszczeniach Patrolu uczą tylko kilku przedmiotów. Niektórych rzeczy łatwiej nauczać nocą w kostnicy, – mamy tam swoich ludzi. Inne łatwiej wykładać w terenie. A niektóre za granicą, w trakcie wyjazdów turystycznych, których koszty pokrywa Patrol. Kiedy się uczyłem, odwiedziłem Haiti, Angolę, USA i Hiszpanię.
Mimo wszystko dla niektórych zajęć najlepszym miejscem jest terytorium Patrolu, budynek, który od fundamentów po dach jest chroniony przez magię i zaklęcia ochronne. Przed trzydziestu laty, kiedy Patrol przeniósł się tutaj, przygotowano trzy audytoria, każde na piętnastu słuchaczy. Do dzisiaj nie rozumiem, czego było więcej w tym rozmachu – optymizmu pracowników czy nadmiaru przestrzeni. Nawet wtedy, kiedy ja się kształciłem, a był to bardzo liczny rocznik, wystarczało nam jedno audytorium, a i ono w połowie było puste.
Teraz Patrol kształcił czterech Innych. I tylko co do Swietłany mieliśmy pewność, że zasili nasze szeregi, nie wybierze zwykłego, ludzkiego życia.
Jest tutaj pusto, pusto i cicho. Powoli szedłem korytarzem, zaglądając do pustych audytoriów, których mogłyby zazdrościć nawet najzamożniejsze i najbardziej renomowane uniwersytety. Na każdym stole – notebook, w każdym pokoju ogromny projekcyjny telewizor, szafy pękające od nadmiaru książek… a gdyby te książki zobaczyli historycy, normalni historycy… przeżyliby szok.
Nigdy ich nie zobaczą.
W niektórych znajduje się zbyt dużo prawdy. W innych za mało kłamstw. Ludzie nie powinni tego czytać, dla własnego spokoju. Niech żyją w tej historii, do której przywykli.
Koniec korytarza zamykało olbrzymie zwierciadło, zasłaniające całą szczytową ścianę. Spojrzałem w nie mimochodem – po korytarzu szła, kręcąc biodrami, młoda, piękna kobieta…
Potknąłem się i o mało nie upadłem na podłogę, chociaż Olga zrobiła wszystko, aby ułatwić mi życie, ale punktu ciężkości ciała nie mogła przemieścić. Kiedy zapominałem o mojej obecnej postaci, wszystko szło mniej więcej poprawnie, działały nawyki motoryczne. Ale gdy tylko popatrzyłem na siebie z boku, zaczynały się błędy. Nawet oddech stawał się inny, do płuc nie chciało dotrzeć powietrze…
Podszedłem do ostatnich drzwi. Ostrożnie zajrzałem poprzez szklane drzwi.
Właśnie kończyły się zajęcia.
Dziś tematem była magia gospodarcza, przy stanowisku demonstracyjnym stała przecież Paulina Wasiljewna. Wygląda jak jedna z najstarszych pracownic Patrolu, ale tak nie jest. Odkryto ją i zainicjowano, kiedy miała sześćdziesiąt trzy lata. Kto mógł przewidzieć, że emerytka, dorabiająca sobie w kiepskich, powojennych latach wróżeniem z kart, rzeczywiście ma jakieś zdolności? W dodatku wcale nie słabe, chociaż wąsko wyspecjalizowane.
– Teraz, jeśli wam potrzebne będzie szybkie doprowadzenie swojej odzieży do porządku – przekonywająco mówiła Paulina Wasiljewna – możecie tego dokonać w zaledwie kilka minut. Tylko nie zapomnijcie wcześniej sprawdzić, czy wystarczy mocy. Bo może dojść do sytuacji… wstydliwej.
– Kiedy zegar wybije północ, twoja kareta zamieni się w dynię – głośno powiedział młody chłopak, siedzący obok Swietłany. Nie znałem go, dopiero był drugi lub trzeci dzień na kursie, ale nie podobał mi się od samego początku.
– Właśnie! – z zachwytem powiedziała Paulina, która spotykała się z podobną błyskotliwością praktycznie przy wprowadzaniu każdej nowej grupy uczniów. – Baśnie kłamią w nie mniejszym stopniu niż statystyka! Ale, czasami, można znaleźć w nich ziarenko prawdy.
Podniosła ze stołu doskonale odprasowany, elegancki, choć trochę staromodny smoking. W takim z pewnością pojawiał się w towarzystwie James Bond…
– Kiedy on ponownie stanie się szmatą? – rzeczowo spytała Swietłana.
– Za dwie godziny – odpowiedziała Paulina. Powiesiła smoking na wieszaku i zawiesiła na standzie. – Nie wysilałam się specjalnie.
– A jak długo może pani utrzymać go w formie? Maksymalnie?
– Około doby.
Swietłana kiwnęła i nieoczekiwanie spojrzała w moją stronę. Wyczuła mnie. Uśmiechnęła się, machnęła do mnie ręką. Teraz zauważyli mnie wszyscy.
– Prosimy panią – Paulina skłoniła głowę. – To dla nas wielki honor.
Tak, wiedziała coś o Oldze, czego ja nie wiedziałem. Wszyscy znaliśmy o niej tylko część prawdy, jedynie szef zapewne wiedział wszystko.
Wszedłem, rozpaczliwie próbując mniej kołysać biodrami. Nie pomogło. I chłopak, sąsiad Świetlany, i piętnastoletni wyrostek, który już od pół roku uczęszczał na podstawowy kurs magii, i wysoki, chudy Koreańczyk, który mógł mieć zarówno trzydzieści jak i czterdzieści lat – wszyscy oni wlepiali wzrok we mnie. Ich zainteresowanie było jednoznaczne. Cała atmosfera tajemnicy, która otaczała Olgę, wszystkie plotki i niedomówienia, i to, że była kochanicą szefa- wszystko razem wywoływało wśród męskiej części Patrolu jednoznaczną reakcję.
– Dzień dobry – powiedziałem. – Nie chciałabym przeszkadzać?
Skupiwszy uwagę na prawidłowym użyciu rodzaju żeńskiego, nie kontrolowałem tonu głosu. I w rezultacie banalny, retoryczny zwrot zabrzmiał zagadkowo i niejasno, jakbym zwracał się do każdego z obecnych oddzielnie. Pryszczaty wyrostek wlepił we mnie swój wzrok, chłopak przełknął ślinę, tylko Koreańczyk był w miarę opanowany.
– Olgo, chce pani coś ogłosić studentom? – zainteresowała się Paulina.
– Muszę porozmawiać ze Swietą…
– Wszyscy są już wolni – oznajmiła Paulina. – Olgo, niech pani zajrzy do nas przy okazji podczas lekcji? Moje lekcje nie zastąpią pani doświadczenia.
– Ależ oczywiście – solennie obiecałem. – Za trzy dni.
Niech potem Olga wykręca się z moich obietnic. Ja przecież muszę cierpieć z powodu jej zalotności i sexappealu…
Razem ze Swietłana poszliśmy do wyjścia. Trzy pary oczu pełnych pożądania wpatrywały się w moje plecy… no, może niezupełnie plecy…
Wiedziałem, że Olga i Swietłana są ze sobą blisko. Ich przyjaźń zawiązała się tej nocy, kiedy razem wyjaśnialiśmy jej prawdę o świecie, o Innych, Świetle i Ciemności, Patrolu, Zmroku, kiedy w godzinie świtu, trzymając się z nami za ręce, przeniknęła przez zamknięte drzwi do pomieszczenia polowego sztabu Nocnego Patrolu. Tak, mnie ze Swietłana wiązała mistyczna nić, nasze losy byty splecione. Aleja wiedziałem, zbyt dobrze wiedziałem, że to nie na długo. Swietłana odejdzie daleko, tam, gdzie ja dojść nie mogę, choćbym nawet był magiem pierwszej rangi. Los nas połączył, trzymał silnie, ale tylko do czasu. Za to z Olgą Swietłana po prostu przyjaźniła się, jakkolwiek sceptycznie bym oceniał kobiece przyjaźnie. Nie były razem dzięki Przeznaczeniu. Były wolne.