– Ola, muszę poczekać na Antoniego… – Swietłana wzięła mnie za rękę. To nie był odruch młodszej siostry, szukającej u starszej wsparcia i aprobaty. Zwracała się do niej jak do przyjaciółki. I jeśli Olga toleruje to i traktuje Świetlane jak równą sobie – to znaczy, że przed nią rzeczywiście roztacza się wielka przyszłość…
– Nie warto – powiedziałem. – Swieta, nie warto.
Znowu coś było nie tak – albo w konstrukcji zdania, albo w tonie. Teraz na mnie z zdziwieniem patrzyła Swietłana, ale jej wzrok przypominał zupełnie spojrzenie Garika.
– Wszystko ci wyjaśnię – powiedziałem. – Ale nie teraz i nie tutaj. U ciebie w domu.
Jej mieszkanie dostało silną ochronę, zbyt wiele wysiłku kosztowało Patrol pozyskanie nowej pracowniczki. Szef nawet nie próbował sprzeciwiać się mojej decyzji, że wszystko wyjawię Swietłanie, nastawa! tylko na jedno – tylko u niej w mieszkaniu.
– Dobrze – zdziwienie w oczach Swietłany nie znikło, ale potaknęła głową. – Jesteś pewna, że nie warto czekać na Antoniego?
– Absolutnie – powiedziałem, nie kłamiąc ani trochę. – Weźmiemy samochód?
– Jesteś dzisiaj bez samochodu?
Dureń!
Zupełnie zapomniałem, że Olga nad wszystkie środki transportu przedkłada podarowany jej przez szefa sportowy wóz.
– Mój, oczywiście – powiedziałem, rozumiejąc, że odezwałem się jak idiota. Nie, gorzej, jak idiotka…
Swietłana skinęła głową. Zdziwienie w jej oczach rosło z każdą chwilą.
Dobrze chociaż, że umiem prowadzić samochód. Nigdy nie zaznawałem wątpliwej radości posiadania własnego samochodu w megalopolis o beznadziejnych ulicach, ale kursy nasze obejmowały wiele rzeczy. Niektórych przedmiotów uczono zwykłymi metodami, innych z wykorzystaniem magii. Prowadzić samochód uczono mnie jak każdego, ale jeśli pojawiłaby się potrzeba i los rzuciłby mnie do kabiny helikoptera albo samolotu, to wtedy zadziałają nawyki, o których w zwykłych sytuacjach nawet nie pamiętam. W każdym razie, teoretycznie, powinny zadziałać…
Kluczyki do samochodu znalazłem w torebce. Pomarańczowy samochód czekał na parkingu przed budynkiem, pod uważnym okiem ochroniarzy. Drzwiczki były zamknięte, co, biorąc pod uwagę opuszczony dach samochodu, wyglądało trochę śmiesznie.
– Będziesz prowadzić? – spytała Swietłana.
Milcząc skinąłem głową. Usiadłem za kierownicą, uruchomiłem silnik. Olga, jak pamiętam, rusza błyskawicznie, gwałtownie przyspieszając, ale ja tak nie potrafię.
– Olga, z tobą coś nie tak – Swietłana w końcu zdecydowała się wypowiedzieć swoje myśli.
Wyjeżdżając na ulicę, uciąłem:
– Swieta, pogadamy, kiedy dojedziemy do ciebie.
Zamilkła.
Jestem kiepskim kierowcą. Jechaliśmy długo, znacznie dłużej niż należało. Ale Swietłana więcej o nic nie pytała, siedziała, odrzuciwszy głowę do tyłu, patrząc prosto przed siebie. Ni to medytowała, ni to próbowała patrzeć poprzez Zmrok. W korkach kilkakrotnie próbowano zagadnąć do mnie z sąsiednich samochodów, zawsze, bez wyjątków, tylko z najdroższych. Widocznie i nasz wygląd, i nasz samochód tworzyły niewidoczny dystans, który nie każdy zdecydował się przekroczyć. Opuszczano szyby, wysuwały się krótko ostrzyżone głowy, niekiedy, jak niezmienny atrybut, pojawiała się dodatkowo ręka z komórką… Z początku było mi tylko nieprzyjemnie. Potem zaczęło mnie to śmieszyć. A pod koniec przestałem w ogóle na to reagować zjawisko, zachowywałem się tak samo jak Swietłana.
Ciekawe, czy podobne próby zawierania znajomości bawiły Olgę?
Pewnie tak. Po dziesięcioleciach spędzonych w ciele ptaka… po uwięzieniu w szklanej gablocie…
– Ola, dlaczego mnie zabrałaś? Dlaczego nie chciałaś poczekać na Antoniego?
Wzruszyłem ramionami. Pokusa, by odpowiedzieć: „Dlatego, że on jest tutaj, obok ciebie", była silna. A szansa, że nas śledzą, właściwie była minimalna. Samochód też jest otoczony zaklęciami ochronnymi, część z nich odczuwałem, część przekraczała moje zdolności.
Ale wytrzymałem.
Swietłana jeszcze nie przeszła kursu ochrony informacji, który zaczyna się dopiero po trzech miesiącach edukacji. Moim zdaniem należałoby go urządzać wcześniej, ale dla każdego Innego trzeba opracować indywidualny program, a na to trzeba czasu.
Kiedy Swietłana przejdzie tę próbę ognia, nauczy się i milczeć, i mówić. To równocześnie najlżejszy i najtrudniejszy etap nauki. Dają tobie informację – uważnie dawkując, w określonej kolejności. Część usłyszanego jest prawdą, część – kłamstwem. Coś ci przekażą jawnie i bez przymusu, coś powierzą zastrzegając tajemnicę, a co nieco dowiesz się „przypadkowo", podsłuchując, podglądając…
I wszystko, wszystko czego się dowiesz, będzie krążyć w twojej głowie, oddając swój ból i strach, wyrywać się na zewnątrz, rozrywając serce, żądać reakcji – natychmiastowej i intuicyjnej. A na lekcjach opowiedzą wszelkie bzdury, które właściwie są niepotrzebne w życiu Innego. Albowiem najważniejszy test i naukę przeprowadza się w twojej duszy.
Tak naprawdę, rzadko kto odpada po tym etapie – złamany. Jednak to tylko nauka, a nie egzamin. I każdy otrzyma tylko problem o takim poziomie trudności, które może pokonać – przy pełnym wykorzystaniu sił, pozostawiając kawałeczki skóry i plamy krwi na barierze splecionej z drutu kolczastego.
Kiedy kurs przechodzą ci, którzy są tobie bliscy lub chociaż tylko sympatyczni, zaczynasz się męczyć i denerwować. Nagle zauważasz dziwne spojrzenie skierowane w twoją stronę i zaczynasz zgadywać, czego się o tobie dowiedział w ramach swojego kursu twój przyjaciel? Jaką prawdę? Jakie kłamstwa?
I czego dowie się kursant o sobie samym, o otaczającym go świecie, o swoich rodzicach i przyjaciołach?
I pojawi się potrzeba – straszna, nieznośna. Potrzeba udzielenia pomocy. Wyjaśnić, rzucić jakąś aluzję, podpowiedzieć.
Tylko że nikt z tych, którzy przeszli takie szkolenie, nie pozwoli sobie na realizację tej potrzeby. Ponieważ płacąc własnym bólem, nauczysz się właśnie tego: co i kiedy można i należy powiedzieć.
Generalnie, powiedzieć można i trzeba wszystko. Należy tylko prawidłowo wybrać czas, inaczej prawda staje się gorsza od kłamstwa.
– Ola?
– Zrozumiesz – powiedziałem. – Tylko poczekaj.
Spojrzawszy przez Zmrok, dodałem gazu, wciskając się między niezgrabnego jeepa i wielką wojskową ciężarówkę. Chrupnęło, zdarte burtą ciężarówki boczne lusterko – było mi wszystko jedno. Pierwszy przeskoczyłem skrzyżowanie, zapiszczałem oponami na zakręcie, wyskoczyłem na Szosę Entuzjastów.
– On mnie kocha? – nagle spytała Świetlana. – Powiedz, tak czy nie?
Przecież na pewno wiesz…
Wstrząsnęło mną, samochód zachwiał się, ale Swietłana nie zwróciła na to żadnej uwagi. Zadała pytanie nie pierwszy raz, czuję to. Już widać rozmawiały na ten temat, a rozmowa z pewnością była trudna i niedokończona…
– A może kocha się w tobie?
Dosyć. Teraz nie mogę milczeć.
– Antoni bardzo życzliwie odnosi się… do Olgi – mówiłem i o sobie, i o właścicielce tego ciała, w trzeciej osobie, celowo, żeby to wyglądało jak oschła obiektywna grzeczność. – Frontowa przyjaźń. Nic więcej.