Czyżby?
Zazwyczaj pomiędzy misjami mijało kilka miesięcy, pół roku. Ale żeby tak od razu, następnego dnia…
Symptomy były jednak zbyt dobrze mu znane.
Maksym wsunął rękę do wewnętrznej kieszeni marynarki, jakby sprawdzał portfel. W rzeczywistości szukał czegoś zupełnie innego – małego drewnianego kindżału, starannie, chociaż niegustownie rzeźbionego. Sam strugał tę broń, jeszcze w dzieciństwie, nie rozumiejąc wtedy po co, ale wyczuwając, że to nie jest zwykła zabawka…
Kindżał czekał.
Kto to?
– Maks? – w głosie Helena zabrzmiał wyrzut. – Gdzie ty jesteś?
Stuknęli się kieliszkami. To nie przynosi szczęścia, jeśli mąż z żoną przepijają do siebie, rodzina pozostanie bez pieniędzy. Ale Maksym nie wierzył w przesądy.
Kto to?
Najpierw podejrzewał dwie dziewczyny. Obie były sympatyczne, nawet piękne, ale każda w innym typie. Ta niższa – ciemnowłosa, krzepka, z nieco kanciastymi, męskimi ruchami – dosłownie tryskała energią. Biły od niej silne fluidy seksualne. Druga, jasnowłosa, wyższa, była spokojniejsza, bardziej opanowana. I jej uroda była całkiem inna, uspokajająca.
Maksym dostrzegł uważny wzrok żony i odwrócił oczy.
– Lesbijki – złośliwie powiedziała żona.
– Co?
– Popatrz na nie! Ta ciemna, w dżinsach, jest całkiem jak facet.
Spojrzał wprost i potaknął, nadał twarzy stosowny wyraz.
Nie te. Jednak nie te. Kto to w takim razie… kto…
W rogu sali zaćwierkała komórka – w tym samym momencie bezwiednie z dziesięcioro ludzi sięgnęło do swoich telefonów. Maksym spojrzał w kierunku dźwięku – i zamarł.
Człowiek, krótko i cicho mówiący przez telefon, był nie tylko złem. Cały był otoczony ciemnym woalem, niewidocznym dla ludzi, ale widzianym przez Maksyma. Od niego wiało niebezpieczeństwem – w dodatku niebezpieczeństwem bliskim i strasznym.
Zabolało go w piersiach.
– Wiesz, Heleno, chciałbym mieszkać na wyspie bezludnej – nieoczekiwanie dla siebie samego powiedział Maksym.
– Sam?
– Z tobą, z dziećmi. Ale żeby nie było nikogo. Nikogo więcej. Haustem dopił wino, kelner natychmiast napełnił kieliszek.
– Ja bym nie chciała – powiedziała żona.
– Wiem.
Kindżał w kieszeni stał się ciężki i gorący. Napływało pobudzenie – ostre, prawie seksualne. Wymagające rozładowania.
– Pamiętasz Edgara Poego? – spytała Swietłana.
Wpuścili nas łatwo, nawet nie sądziłem, że tak łatwo pójdzie. Albo zasady stały się w restauracji bardziej demokratyczne niż dawniej, albo mają kłopoty z zapełnieniem sali.
– Nie. Umarł zbyt dawno temu. Ale Siemion opowiadał…
– Nie o samego Poego mi chodzi. O jego opowiadania.
– Człowiek tłumu – skojarzyłem.
Swietłana cicho się zaśmiała.
– Tak. Znajdujesz się teraz w jego położeniu. Jesteś zmuszony kręcić się po zatłoczonych miejscach.
– Dopóki te miejsca nie stały mi się nienawistne.
Wzięliśmy po kieliszku baileysa, zamówiliśmy coś do jedzenia. Pewnie to zostało odebrane przez kelnerów jako oznaki przyczyn naszej wizyty – dwie niedoświadczone prostytutki w poszukiwaniu klientów, ale mnie to zupełnie nie przeszkadzało.
– A czy on był Innym?
– Poe? Najprawdopodobniej nieinicjowanym. Są takie bezcielesne rzeczy, są zjawiska.
Co mają byt podwójny jak bliźnięca owa Moc, co razem z materii i ze świata tryska i razem tworzy bryłę, i cień w sobie chowa.
Cicho wygłosiła Swietłana.
Ze zdziwieniem spojrzałem na nią.
– Znasz?
– Jak ci to powiedzieć… – podniosłem oczy i uroczyście wyrecytowałem:
Tak dwulice Milczenie: razem brzeg i morze,
Ciało i duch. Pustynne kocha rumowiska,
Świeżą porosłe trawą. Są w nim jakieś zorze,
Jakieś ludzkie pamiątki, więc się go nie trwożę,
Choć łzy mi płyną. Nigdy – dźwięk jego nazwiska.
To Milczenie cielesne: żadna zła potęga
Nie tkwi w nim, więc spokojny bądź u jego progu,
Lecz jeśli kiedy z losów woli nieodmiennej
Stanie przed tobą jego cień – elf bezimienny,
Co nawiedza samotne miejsca, gdzie nie sięga
Ludzka stopa – natenczas duszę poleć Bogu!
Przez sekundę popatrzyliśmy na siebie, a potem razem zaśmialiśmy się.
– Malutki pojedynek literacki – złośliwie powiedziała Swietłana. – Wynik jeden do jednego. Aż żal, że nie ma widzów. A dlaczego Poe pozostał nieinicjowany?
– Wśród poetów w ogóle jest wielu potencjalnych Innych. Ale lepiej, by niektórzy kandydaci żyli jako ludzi. Poe miał zbyt mało stabilną psychikę, obdarzyć go specjalnymi zdolnościami, to tyle co podarować piromanowi kanister z napalmem. Nawet nie zaryzykuję przypuszczenia, na jaką stronę by przeszedł. Najprawdopodobniej odszedłby w Zmrok na zawsze, i to bardzo szybko.
– A jak oni tam żyją? Ci, którzy odeszli?
– Nie wiem. Chyba nikt nie wie. Czasami można ich spotkać w świecie Zmroku, ale do kontaktu, w naszym zwyczajowym pojęciu, nie dochodzi.
– Chciałabym dowiedzieć się – Swietłana zamyślona, rozejrzała się po sali- – A ty zauważyłeś tutaj Innego?
– Ten staruszek za moimi plecami, rozmawiający przez komórkę?
– Jaki z niego staruszek?
– Bardzo stary. Przecież nie patrzę na niego oczami.
Swietłana przygryzła wargi, skupiła się. Już w niej zaczęły budzić się małe ambicyjki.
– Na razie nie udaje mi się – przyznała. – Nawet nie mogę rozróżnić, czy on jest ze Światła czy z Ciemności.
– Z Ciemności. Ale nie z Dziennego Patrolu. Mag średniej rangi. Nawiasem mówiąc, on nas też zauważył.
– I co my zrobimy?
– My? Nic.
– Przecież on jest z Ciemności!
– Tak, a my ze Światła. Co z tego? Jako pracownicy Patrolu możemy sprawdzić mu dokumenty. Ale z pewnością maje w porządku.
– A kiedy mamy prawo ingerować?
– No… Jeśli on teraz wstanie, zamacha rękoma, przetransformuje się w demona i zacznie odgryzać wszystkim głowy…
– Antoni!
– Mówię poważnie. Nie mamy żadnego prawa przeszkadzać uczciwemu magowi Ciemności w odpoczynku.
Kelner przyniósł nasze zamówienie, zamilkłyśmy. Swietłana jadła, ale bez apetytu. W końcu, obrażona jak rozkapryszony dzieciak, rzuciła:
– Długo Patrol będzie się tak płaszczył?
– Przed tymi z Ciemności?
– Tak.
– Dopóki nie uzyskamy decydującej przewagi. Dopiero kiedy ludzie, zostający Innymi, nie będą mieli najmniejszych wahań przy wyborze między Światłem a Ciemnością. Dopiero kiedy ci z Ciemności nie powymierają ze starości. Dopiero wtedy, gdy nie będą mogli popychać ludzi ku złu z taką łatwością, z jaką im to przychodzi teraz.
– Przecież to kapitulacja, Antoni!
– Neutralność. Status quo. Obie strony są w niedoczasie, nie da się tego ukryć.
– Wiesz, Dzikus, który w pojedynkę przyprawia tych z Ciemności o strach, jest mi znacznie bardziej sympatyczny. Chociaż narusza Traktat i nawet nieświadomie wrabia nas! Przecież walczy z Ciemnością, rozumiesz, walczy! Jeden przeciw wszystkim!
– A nie myślałaś o tym, dlaczego zabija ich, ale nie próbuje nawiązać z nami kontaktu?
– Nie.
– Nie widzi nas, Świetlana. W ogóle nas nie widzi.
– To przecież samouk…
– Tak. Utalentowany samouk, Inny z chaotycznie ujawniającymi się zdolnościami- Zdolny dostrzec Zło. Ale niezdolny dostrzec Dobra. Nie budzi to w lobie lęku?
– Nie – z posępną miną powiedziała Swietłana. – Wybacz, ale nie rozumiem, dokąd ty prowadzisz, Ola… Przepraszam, Antoni. Zacząłeś mówić zupełnie jak ona.