Выбрать главу

– Nieważne.

– Nasz z Ciemności dokądś poszedł – patrząc przez moje ramię, powiedziała Swietłana. – Wysysać cudze siły, rzucać mściwe klątwy. A my nie będziemy się mieszać.

Odwróciłem się. Zobaczyłem tego z Ciemności – rzeczywiście, można było mu dać najwyżej trzydziestkę na wygląd. Gustownie ubrany, czarujący… Przy stole, gdzie siedział, pozostała młoda kobieta i dwoje dzieci – siedmioletni chłopczyk, dziewczynka trochę młodsza.

– Poszedł za potrzebą, Swieta. Wysikać. A jego rodzina, nawiasem mówiąc, jest zupełnie zwyczajna – żadnych zdolności paranormalnych. Proponujesz ich także sprzątnąć?

– Jabłko niedaleko pada od jabłonki…

– Powiedz o tym Garikowi. Jego ojciec jest magiem Ciemności. Do dziś żyje.

– Zdarzają się wyjątki…

– Całe życie składa się z wyjątków.

Swietłana zamilkła.

– Znam ten stan, Swieta. Tworzyć dobro, tępić zło. Raz i na zawsze. Ja też jestem taki. Ale jeśli nie zrozumiesz, że to ślepa uliczka – skończysz w Zmroku. I to ktoś z nas będzie zmuszony położyć kres twemu zwykłemu istnieniu.

– Ale za to zdążę…

– Wiesz, jak twoje działania będą oceniane przez patrzących z boku? Psychopatka, zabijająca na lewo i prawo normalnych, porządnych ludzi. Mrożące krew w żyłach opisy w gazetach. Otrzymasz jakieś dźwięczne przezwisko na przykład „moskiewska Borgia". Dzięki tobie w ludzkie serca napłynie tyle zła, że cała drużyna magów Ciemności w ciągu całego roku ciebie nie dogoni.

– Dlaczego macie na wszystko gotowe odpowiedzi? – z goryczą spytała Świetlana.

– A dlatego, że przeszliśmy przez okres terminowania. I większość goj przeżyła!

Zawołałem kelnera, poprosiłem o kartę. Powiedziałem:

– Weźmiemy po cocktailu? Czy pójdziemy stąd? Wybieraj. Świetlana skinęła, studiując kartę win. Kelner, smagły, wysoki, widać nie-Rosjanin, czekał. Wszystko już widział, i dwie dziewoje, z których jedna zachowywała się jak mężczyzna, też go nie wzruszały.

– Alter Ego – powiedziała Świetlana.

Pokiwałem głową ze zwątpieniem-cocktail należał do najmocniejszych. Ale nie sprzeciwiałem się.

– Dwa cocktaile i rachunek.

Dopóki barman przygotowywał cocktaile, a kelner był zajęty rachunkiem, siedzieliśmy w ciążącym nam milczeniu. W końcu Świetlana spytała:

– Dobrze, jeśli chodzi o poetów, wszystko jest zrozumiałe. Są potencjalnie Innymi. A jak ze zbrodniarzami? Kaligula, Hitler, maniacy, seryjni mordercy…

– Ludzie.

– Wszyscy?

– Zazwyczaj. My mamy swoich zbrodniarzy. Ich imiona nic nie mówią ludziom… a ty niedługo już będziesz miała zajęcia z historii.

Alter Ego był dobrze przyrządzony. Dwie ciężkie, nie mieszające się warstwy kołysały się w kieliszku – czarna i biała, słodki likier śliwkowy i gorzkie, ciemne piwo.

Zapłaciłem gotówką, nie lubię pozostawiać elektronicznych śladów, podniosłem kieliszek.

– Za Patrol.

– Za Patrol – zgodziła się Swieta – i twój sukces, żebyś wyszedł z tej historii cało…

Poczułem silną potrzebę, aby ją poprosić o odstukanie w drewno… Ale zamilkłem. Wypiłem cocktail dwoma łykami, najpierw przyjemna słodycz, potem lekka gorycz.

– Świetne – powiedziała Swieta. – Wiesz, zaczyna mi się tu podobać. Może jeszcze posiedzimy?

– W Moskwie jest wiele przyjemnych miejsc. Chodź, znajdziemy takie, i gdzie nie będzie odpoczywających magów Ciemności?

Swieta skinęła potakująco:

– No, a swoją drogą, to on się nie zjawia.

Spojrzałem na zegarek. Tak… w tym czasie można było napełnić parę wiader.

Najbardziej nieprzyjemne było to, że rodzina maga siedziała dalej za stołem. I kobieta już wyraźnie się denerwowała.

– Swieta… ja zaraz.

– Nie zapominaj, kim jesteś! – szepnęła do mnie.

Tak. Rzeczywiście, gdybym teraz weszła do męskiej toalety, byłoby to dość dziwne.

Mimo to przeszedłem przez salę, po drodze spojrzawszy przez Zmrok. Powinienem dostrzec aurę maga, ale dookoła rozciągała się szara pustka, rozświetlona zwykłymi aurami – zadowolonymi, stroskanymi, lubieżnymi, pijanymi, wesołymi.

Przecież przez kanalizację się nie przesączył!

Gdzieś tam, za ścianą budynku, już prawie przy białoruskiej ambasadzie mignął słaby płomyk – aura Innego. Ale nie był to mag Ciemności, aura była znacznie słabsza i innej barwy.

Gdzie on się podział…

W wąskim korytarzu, zakończonymi dwoma drzwiami, było pusto. Jeszcze chwilę się wahałem – w końcu mogliśmy go po prostu nie dostrzec, może odszedł przez Zmrok, a może ma taką moc, że jest zdolny do teleportacji… Potem otworzyłem drzwi męskiej toalety.

Było tu bardzo czysto, jasno, trochę ciasno i silnie pachniało kwiatowym odświeżaczem powietrza.

Mag Ciemności leżał przy samych drzwiach, jego rozrzucone ręce nie pozwalały otworzyć drzwi do końca. Na jego twarzy można było odczytać zdziwienie, niezrozumienie, w otwartej dłoni zobaczyłem błysk cieniutkiej, kryształowej rurki. Chwycił za broń, ale za późno.

Krwi nie było. Niczego nie było, a kiedy znowu spojrzałem przez Zmrok, nie znalazłem w przestrzeni najmniejszych śladów czarów.

Czyżby mag Ciemności zmarł na banalny zawał, atak serca… gdyby mógł na to umrzeć…

Ale był jeszcze jeden szczegół, od razu wykluczający tę wersję.

Malutkie przecięcie na kołnierzyku koszuli. Cieniutkie, jakby ślad cięcia brzytwą. Jakby w gardło wbito nóż, a przy okazji lekko draśnięto odzież. Ale na skórze nie było żadnych śladów ciosu.

– Łotry… – wyszeptałem, nie wiedząc, pod czyim adresem wymawiam to określenie. – Łotry!

Chyba trudno będzie sobie wyobrazić gorszą sytuację od tej, w którą się właśnie wpakowałem. Zmienić ciało i płeć, pójść „ze świadkiem" do uczęszczanej restauracji – wszystko po to, aby w stać tak samemu nad trupem maga Ciemności, zabitego przez Dzikusa.

– Chodźmy, Pawełku… – usłyszałem za sobą.

Odwróciłem się – kobieta, siedząca uprzednio przy stoliku z magiem, weszła w korytarzyk, trzymając za rączkę syna.

– Nie chcę, mamusiu! – kapryśnie sprzeciwiał się dzieciak.

– Wejdziesz, powiesz tacie, że czekamy… – cierpliwie powiedziała kobieta. W następnej sekundzie podniosła głowę i zobaczyła mnie.

– Wezwijcie kogoś! – rozpaczliwie krzyknąłem. – Wezwijcie! Tu ktoś się źle czuje! Zabierzcie dziecko i wezwijcie kogoś!

Usłyszano mnie aż na sali, Olga miała silny głos. Od razu zapanowała cisza, tylko muzyka ludowa dalej dźwięczała, ale niezrozumiały szum głosów zamilkł.

Oczywiście, że mnie nie posłuchała… Rzuciła się, odpychając mnie z drogi, upadła na kolana przy ciele męża, lamentowała – od razu podniosła lament pełnym głosem, już wiedząc, co się stało; chociaż jej ręce jeszcze coś tam starały się zrobić, rozpięły porwany kołnierzyk koszuli, próbowały podnieść nieruchome ciało. Potem kobieta zaczęła uderzać maga w policzki, jakby mając nadzieję, że tylko udaje albo zemdlał…

– Mama, dlaczego bijesz papę? – cienko zakrzyczał Pawełek. Nie ze strachu, ale ze zdziwienia, zapewne nigdy nie widział kłótni. To była spokojna rodzina.

Wziąłem chłopczyka za ramię i ostrożnie zacząłem go wyprowadzać. A w korytarz już wciskali się ludzie – zobaczyłem Swietę -jej oczy były rozszerzone, od razu wszystko zrozumiała.

– Wyprowadźcie dziecko – poprosiłem kelnera – Wygląda na to, że jakiś człowiek zmarł…

– Kto znalazł ciało? – bardzo spokojnie spytał kelner. Bez najmniejszego akcentu, zupełnie inaczej, gdy obsługiwał nas przy stoliku.

– Ja.

Kelner skinął głową, wprawnie przekazał dalej dziecko – chłopczyk już zaczął łkać, czując, że w jego małym i wygodnym świecie stało się coś strasznego – jakiejś kobiecie z obsługi restauracji.