Oprócz nas nie było tutaj innych pracowników Patrolu! – szybko powiedziała Świetlana. Mądrze, ale zbyt szybko. Alicja nachmurzyła się, rozumiejąc, że jej pytanie było sformułowane zbyt ogólnie.
– Piękna noc, nieprawdaż? – doleciało od drzwi.
Zawulon pojawił się na wezwanie…
Patrzyłem na niego, rozumiejąc, że maga o tak wysokiej randze nie zmyli i postać. Mógł nie rozpoznać w Ilji szefa, ale starego lisa dwukrotnie na tę sztuczkę się nie złapie.
– Nie tak już piękna, Zawulonie – powiedział szef. – Odgoń to swoje bydło albo ja zrobię to za ciebie.
Mag Ciemności wyglądał tak, jakby czas się zatrzymał, jakby po mroźnej zimie nie nastąpiła ciepła, choć spóźniona, wiosna. Garnitur, krawat, szara koszula, staromodne wąskie buciki. Wpadnięte policzki, mętne spojrzenie, krótko obcięte włosy.
– Wiedziałem, że się spotkamy – rzekł Zawulon. Mówiąc to patrzył na mnie. Tylko na mnie.
– Jak głupio… – Zawulon pokiwał głową. – Po co ci to było? Postąpił krok, Alicja odskoczyła z jego drogi.
– Ciekawa praca, dostatek, zaspokojona miłość własna… wszystkie radości świata – wszystko było w twoich rękach, trzeba było tylko wymyślić właściwe usprawiedliwienie, co będzie Dobrem w danym przypadku… a mimo to, czegoś ci brakowało. Nie rozumiem ciebie… Antoni…
– A ja nie rozumiem ciebie, Zawulonie – szef przegrodził mu drogę. Mag Ciemności niechętnie spojrzał na niego:
– Widać, starzejesz się… w ciele twojej starej kochanki… – Zawulon zachichotał – Antoni Gorodecki. Ten, którego podejrzewamy o dokonanie seryjnych zabójstw sług Ciemności. Długo tam się już chowa, Borysie? I ty nie zauważyłeś zamiany?
I znowu zachichotał.
Obrzuciłem spojrzeniem tych z Ciemności. Oni jeszcze nie zrozumieli. Potrzebują na to jeszcze sekundę, pół sekundy…
Potem zobaczyłem, że Swietłana podnosi ręce – i na jej dłoniach migocze czarodziejski, żółty ogień.
No, dostanie już piątą rangę… tylko że w tej drace my przegramy. Nas jest tylko troje. Ich – sześcioro. Jeżeli Swietłana uderzy – ratując nie siebie, ale mnie, już siedzącego w gównie po uszy, pozostanie tylko pobojowisko.
Wyskoczyłem do przodu.
Dobrze, że Olga ma tak wytrenowane, silne ciało. Dobrze, że my wszyscy -i słudzy Światła, i Ciemności – zupełnie odwykliśmy od korzystania z siły rąk i nóg, od zwykłego, tradycyjnego mordobicia. Świetnie, że Olga, pozbawiona większej części swoich magicznych zdolności, nie pogardzała tą sztuką.
Zawulon zgiął się wpół i wydał chrypliwy wrzask, kiedy moja – albo Olgi -pięść wbiła się w jego brzuch. Kopnięciem podciąłem mu nogi i rzuciłem się na ulicę.
– Stój! – zawyła Alicja. Z zachwytem, nienawiścią i miłością jednocześnie.
– Łapcie… łapcie go!
Biegłem po ulicy Pokrowskiej w kierunku Ziemnego Wału. Torebka biła mnie po plecach… dobrze, że nie mam wysokich obcasów. Oderwać się… zgubić pościg… kurs szkoły przeżycia w mieście zawsze mi się podobał, tylko był tak krótki, za krótki, kto mógł się spodziewać, że pracownik Patrolu będzie musiał ukrywać się i uciekać, a nie polować na ukrywających się i zbiegów…
Za mną rozległ się świszczące wycie. Moja ucieczka nie była przemyślana, nie wiedziałem, co się będzie działo. Purpurowy strumień ognia, wijąc się, popłynął w dół ulicy, próbując zatrzymać mój bieg i zawrócić, ale jego inercja była zbyt wielka – ładunek wpadł na ścianę budynku, na sekundę rozżarzając kamienie do białości. Przecież to…
Zatrzymałem się, upadłem, spojrzałem do tyłu. Zawulon znowu wycelował bojowy pastorał, ale poruszał się bardzo wolno, jakby coś go więziło, hamowało.
Przecież strzela, żeby mnie zabić!
Nie zostanie ze mnie garść popiołu, jeśli choć mnie potrąci Bicz Saaby!
A to znaczy, że szef nie miał racji. Dzienny Patrol nie potrzebuje tego, co w mojej pamięci. Chcą mnie zlikwidować.
Słudzy Ciemności biegli za mną, Zawulon wcelowywał broń, szef obejmował wyrywającą się Swietłanę… Podniosłem się i znowu rzuciłem się do ucieczki, rozumiejąc już, że uciec mi się nie uda. Jedyne szczęście, że na ulicy nikogo nie było, instynktowny, podświadomy strach odrzucił przechodniów na inne ulice, kiedy tylko rozpoczęła się nasza bijatyka. Nikt nie ucierpi.
Zapiszczały hamulce. Odwróciłem się i zobaczyłem, jak pracownicy Patrolu rozbiegają się, ustępując miejsca szaleńczo jadącemu samochodowi. Kierowca, wyraźnie uznawszy, że wpadł w samo centrum bandyckich porachunków, na sekundę zatrzymał się, a potem dodał gazu.
Zatrzymać go… nie, nie wolno.
Odskoczyłem na chodnik, przykucnąłem, chowając się przed Zawulonem starą, zaparkowaną wołgą, przepuszczając przypadkowego kierowcę. Srebrzysta toyota przejechała obok mnie – i z przenikliwym wizgiem płonących wałków hamulcowych zatrzymała się.
Drzwi po stronie kierowcy otworzyły się i ktoś skinął do mnie ręką.
Coś takiego nie może się zdarzyć!
Tylko w tanich filmach akcji bohatera zabiera przypadkowy samochód…
Myślałem o tym, już otwierając tylne drzwi i wskakując do środka.
– Szybciej, szybciej! – wykrzyknęła kobieta, obok której się znalazłem. poganiać kierowcy nie trzeba było -już gnaliśmy naprzód. Z tyłu błysnęli jeszcze jeden ładunek Bicza poleciał za nami… kierowca zahamował, przewężając przed maską samochodu strumień ognia. Kobieta zapiszczała.
Czym to jest dla nich? Serią z karabinów maszynowych? Czy salwą rakietową? Wystrzałem z miotacza ognia?
– Po co, po co wracałeś! – kobieta usiłowała rzucić się do przodu, chcąc uderzyć kierowcę w plecy. Już przygotowywałem się, aby przechwycić jej rękę, ale nagły skok samochodu wcześniej odrzucił kobietę do tyłu.
– Nie trzeba – powiedziałem. Dostrzegłem niezadowolone spojrzenie.
Nie mogło być inaczej. Jaką kobietę ucieszy pojawienie się w samochodzie sympatycznej, ale roztrzęsionej nieznajomej, za którą biegnie tłum uzbrojonych bandytów i dla której mąż nagle naraża się na śmiertelne niebezpieczeństwo.
Zresztą bezpośrednie niebezpieczeństwo już minęło. Wyjechaliśmy na Ziemny Wał i teraz znaleźliśmy się w gęstej kolumnie samochodów. Przyjaciele i wrogowie pozostali daleko poza nami.
– Dziękuję – powiedziałem krótko ostrzyżonej potylicy kierowcy.
– Nie zraniło pani? – nawet się nie odwrócił.
– Nie… Wielkie dzięki. Dlaczego państwo się zatrzymaliście?
– Dlatego, że jest durniem! – zapiszczała moja sąsiadka. Odsunęła się w drugi koniec samochodu, jakbym był zadżumiony.
– Dlatego, że nie jestem dupkiem – spokojnie odpowiedział mężczyzna. – Za co panią tak… nie ważne, nie moja sprawa.
– Próbowali zgwałcić – palnąłem bez namysłu. Też wymyśliłem, piękny pomysł. Tak… w restauracji, od razu na stole… jakby to nie była Moskwa, mimo wszystkich jej bandyckich wyczynów, a przynajmniej saloon na Bardzo Dzikim Zachodzie.
– Dokąd panią odwieźć?
– Tutaj – spojrzałem na świecącą się literę nad wejściem do metra. – Dojadę sama.
– Możemy odwieźć panią do domu.
– Nie trzeba. Wielkie dzięki, państwo i tak zrobiliście więcej, niż było trzeba.
– Dobrze.
Nie sprzeciwiał się i nie namawiał. Samochód zahamował, wysiadłem. Spojrzałem na kobietę i powiedziałem:
– Jeszcze raz bardzo dziękuję…
Parsknęła, rzuciła się i trzasnęła drzwiami.
No i wszystko.
Ale… – właśnie takie przypadki ukazują, że w naszej pracy jest jakiś sens…
Nieświadomie poprawiłem włosy, otrzepałem dżinsy. Przechodnie uważnie spoglądali na mnie, ale nie odsuwali się… a więc tak źle jeszcze nie wyglądam.