Ile zostało mi czasu? Pięć, dziesięć minut, zanim pogoń uchwyci ślad?
szefowi uda się ich opóźnić? Dobrze by było. Ponieważ zaczynam, wydaje mi się, rozumieć, o co idzie.
Mam jeszcze szansę, maleńką, ale zawsze…
Poszedłem do metra, idąc wyciągnąłem z torebki komórkę Olgi. Zacząłem wybierać jej numer, potem stuknąłem się w głowę, i wybrałem swój.
Pięć dzwonków… sześć… siedem…
Skasowałem numer i wybrałem nowy – mojej komórki. Tym razem Olga brała od razu:
– Halo? – ostro zabrzmiał nieznany, męski, zachrypnięty głos. Mój głos.
– To ja, Antoni – wykrzyknąłem. Przechodzący obok mnie chłopak ze zdziwieniem spojrzał w moim kierunku.
– Bałwan!
Niczego innego nie oczekiwałem od Olgi.
– Gdzie jesteś, Antoni?
– Przygotowuję się zejść pod ziemię.
– Zawsze zdążysz. Jak mogę ci pomóc?
– Już wiesz?
– Tak. Rozmawiam z Borysem… równolegle.
– Muszę odzyskać swoje ciało.
– Gdzie się spotkamy? Sekundę zastanawiałem się.
– Kiedy próbowałem zbić czarny wir z Swietłany… potem wysiadłem na
– Rozumiem. Borys wyjaśnił mi. Zróbmy tak – dodaj trzy stacje na obwodnicy, na wierzch i na lewo.
Aha… odlicza według schematu.
– Jasne.
– W środku sali. Będę tam za dwadzieścia minut.
– Dobrze.
– Przynieść coś tobie?
– Przynieś. Mnie. Resztę – co chcesz. Złożyłem telefon, jeszcze raz obejrzałem się i szybko poszedłem na stację
Rozdział 4
Stałem na środku stacji Nowosłobodzkiej. Zwykły obraz, jak na niezbyt jeszcze późną godzinę – dziewczyna czeka… może na chłopaka, może na przyjaciółkę.
W moim przypadku było to i jedno, i drugie.
Pod ziemią trudniej mnie namierzyć niż na powierzchni. Nawet najlepsi magowie Ciemności nie mogą uchwycić mojej aury przez warstwy gruntu, przez stare groby, na których zbudowano Moskwę, pośród tłumu, w gęstym potoku ludzi. Oczywiście przeczesywanie stacji też nie jest trudne – na każdą wystarczy skierować Innego z moim obrazem… i już.
Ale miałem nadzieję, że pół godziny albo nawet godzina mi pozostały, zanim Dzienny Patrol wykona takie posunięcie.
Jak wszystko okazało się proste. Jak pięknie złożyła się łamigłówka. Pokiwałem głową, uśmiechnąłem się – iw tym momencie złowiłem proszący wzrok młodego chłopaka, punka. Nie, przyjacielu, pomyliłeś się. To seksowne ciało uśmiecha się tylko do swoich myśli…
W ogóle wystarczyło skojarzyć sobie wszystko, kiedy tylko do mnie zaczęły schodzić się wszystkie nici intrygi. Szef miał rację, rzecz jasna. Nie jestem aż tak cenny, żeby planować wieloletnią, niebezpieczną i tak skomplikowaną kombinację dla zniszczenia mnie. Tu chodzi o coś zupełnie innego, zupełnie…
Próbują nas złapać na lep naszych własnych słabości. Na dobroci i miłości.
I łapią… Albo prawie nas mają.
Nagle zachciało mi się zapalić, strasznie silnie, usta napełniły się śliną. Dziwne, rzadko paliłem… pewnie to reakcja organizmu Olgi. Wyobraziłem ją sobie sto lat temu – elegancką damę z cieniutkim papierosem w cygarniczce… gdzieś tam, w literackim salonie… w towarzystwie Błoka albo Gumilewa. Uśmiechającą się, dyskutującą o problemach masonerii, uwłaszczenia, dążeniu do rozwoju ducha…
Ach!
– Nie ma pan może papierosa? – spytałem przechodzącego obok chłopaka, ubranego na tyle dobrze, żeby nie palił złotej jawy.
Spojrzał na mnie zdziwiony, ale wyciągnął paczkę parlamentów.
Wziąłem papierosa, podziękowałem uśmiechem – i rozwinąłem nad sobą niewielkie zaklęcie. Spojrzenia ludzi zaczęły mnie omijać.
No i dobrze.
Skoncentrowałem się, podniosłem temperaturę końca papierosa do dwustu stopni i zaciągnąłem się. Poczekamy. Będziemy naruszać maleńkie nienaruszalne prawa.
Ludzie przepływali obok mnie, omijając mnie w odległości metra. Ze zdziwieniem wąchali, nie rozumiejąc, skąd się bierze zapach papierosa. A ja paliłem, strzepując popiół pod nogi, popatrując na stojącego ode mnie o pięć metrów milicjanta, i próbowałem oszacować swoje szanse. Wychodziło nie tak już źle. Nawet na odwrót. I to mnie niepokoiło. Jeśli kombinację przygotowywano trzy lata, to wariant, w którym ja dowiem się prawdy, powinni byli wziąć pod uwagę. I przygotować ruch odwetowy, tylko jaki?
Zdziwiony wzrok zauważyłem nie od razu. A kiedy skojarzyłem, kto na mnie patrzy, zadrżałem.
Igor.
Chłopaczek, słabiutki Inny, który wpadł pół roku temu w sam środek wielkiej rozróby pomiędzy Patrolami. Oszukany przez obie strony. Odkryta karta, która do tej pory nie została rozegrana, zresztą, o takie karty nikt się nie bije.
Jego zdolności wystarczyły, żeby złamać moją niedbałą zasłonę. A samo spotkanie mnie nawet nie zdziwiło. W świecie dochodzi do wielu przypadków, a oprócz tego jest też i Przeznaczenie.
– Cześć, Igor – powiedziałem nie zastanawiając się. I rozwinąłem zasłonę, wciągając go w jej krąg.
Zadrżał, obejrzał się. Spojrzał na mnie. No jasne… Olgi w postaci kobiety gdy nie widział. Tylko jako białą sowę…
– Kim pani jest i skąd mnie pani zna?
Tak, już stał się bardziej dorosły. Nie z wyglądu, wewnętrznie. Nie rozumiałem, jak mu się udało tak długo nie stanąć po żadnej stronie, nie zadeklarować się ani po stronie Światła, ani Ciemności. Przecież już wchodził w Zmrok…
I dodatku wchodził w takich okolicznościach, że mógłby zostać kimkolwiek. Ale jego aura jak dawniej pozostała czysta, neutralna. Własny los. Jak dobrze mieć własny los.
– To ja Antoni Gorodecki, pracownik Nocnego Patrolu – powiedział- – Pamiętasz mnie?
Jasne, że pamiętał.
– No…
– Nie zwracaj uwagi. To kostium, umiemy zmieniać ciała.
Pomyślałem nawet przez chwilę, czy nie warto przypomnieć sobie zajęć z iluzji i choć na krótko przywrócić sobie własny wygląd. Ale nie było potrzeby – uwierzył. Może dlatego, że pamiętał, jak szef dokonał zamiany ciała.
– Czego pan chce ode mnie?
– Nic. Czekam tu na kolegę… dziewczynę, do której należy to ciało. Spotkaliśmy się zupełnie przypadkowo.
– Nienawidzę waszych Patroli! – wykrzyknął Igor.
– Jak sobie chcesz. Naprawdę nie śledzę ciebie. Chcesz, to sobie idź.
W to było mu trudniej uwierzyć niż w zamianę ciał. Chłopak podejrzliwie rozejrzał się, zasępił się.
Jasne, że ciężko było mu odejść. Otarł się o tajemnicę, poczuł siły, wznoszące się nad ludzkim światem. I wyrzekł się, choćby nawet tylko chwilowo.
Ale wyobrażam sobie, jak chciał się nauczyć – chociażby drobiazgów, chociażby prostych sztuczek z pirokinezą i telekinezą, oddziaływania, leczenia, klątw… nie wiem, czego konkretnie, na pewno chciał czegoś więcej niż tylko wiedzieć. Chciał umieć.
– Rzeczywiście mnie pan nie śledzi? – spytał mnie w końcu.
– Nie śledziłem. My nie umiemy kłamać – prosto w oczy.
– A skąd mam o tym wiedzieć… może to też kłamstwo… – odwracając oczy wymruczał chłopczyk.
Logiczne…
– Znikąd – zgodziłem się. – Jeśli chcesz – uwierz.
– Chciałbym… – rzekł ciągle patrząc na podłogę. – Ale pamiętam, co tam się zdarzyło, tam na dachu. Śni mi się to nocami…
– Możesz nie bać się już tej wampirzycy – powiedziałem. – Ona… spoczywa w pokoju. Z wyroku sądu.
– Wiem.
– Skąd? – zdziwiłem się.
– Dzwonił do mnie pana naczelnik. Ten, który także zmieniał ciało.
– Nie wiedziałem.
– Dzwonił… kiedyś, kiedy nikogo innego w domu nie było. Powiedział, że na wampirzycy wykonano wyrok. I jeszcze dodał, że ponieważ jestem potencjalnie Innym, choć jeszcze nie zdecydowany, zostałem skreślony ze spisu ludzi. I na mnie nigdy więcej los nie padnie, mogę się nie bać.