Выбрать главу

– Żądam sprawiedliwości i sądu, ty, z Patrolu!

Wymachiwałem pistoletem trzymanym w dłoni, patrząc w wyszczerzoną twarz. Oni zawsze są gotowi żądać. Nigdy – dawać.

– Zawsze trudno było mi pojąć naszą własną, dwoistą moralność – powiedziałem. – Tak ciężko i nieprzyjemnie. To przechodzi tylko z upływem czasu, a ja zawsze mam go tak mało… kiedy trzeba wymyślać sobie usprawiedliwienia. Kiedy nie wolno bronić wszystkich. Kiedy wiesz, że w Wydziale Specjalnym codziennie podpisuje się licencje… licencje na zabijanie ludzi, oddawanych Ciemności. To wstrętne, nie?

Uśmiech spełzł z jego twarzy. Powtórzył, jak zaklęcie:

– Żądam sprawiedliwości i sądu, ty, z Patrolu…

– Teraz nie jestem już w Patrolu – odpowiedziałem.

Pistolet odrzuciło, stuknął leniwie powracający na swoje miejsce zamek, wypluwając łuski. Kule pełzły poprzez powietrze jak malutki, wściekły rój os.

Krzyknął tylko raz, potem dwie kule rozerwały jego czaszkę. Kiedy pistolet szczęknął i zamilkł, ja powoli i machinalnie załadowałem nowy magazynek.

Poszarpane, pokaleczone ciało leżało przede mną. Już zaczęło wychodzić ze Zmroku, a makijaż Ciemności spływał z młodej twarzy.

Przesunąłem rękę w powietrzu, ściągając i ściskając to coś nieuchwytne, płynące poprzez przestrzeń. Zewnętrzną warstwę. Kalkę z oblicza maga Ciemności.

Jutro go znajdą. Dobrego, fajnego, lubianego przez wszystkich młodzieńca. Okrutnie zabitego. Ile teraz zła stworzyłem w świecie? Ile łez, chęci pomsty, ślepej nienawiści? Jaki łańcuch wydarzeń rozpocznie się od teraz – w przyszłość?

A ile zła zlikwidowałem? Ilu ludzi będzie żyło dłużej i szczęśliwiej? Ile łez nie zostanie przelanych, ile zła się nie nazbiera, ile nie zrodzi się nienawiści?

Możliwe, że przekroczyłem teraz tę barierę, której przekraczać nie wolno.

A może dotarłem do kolejnej granicy, którą koniecznie trzeba przekroczyć.

Wsunąłem pistolet do kabury i wyszedłem ze Zmroku.

Wieża Ostankino dziurawiła igłą niebo.

– Zagramy sobie zupełnie bez żadnych reguł – powiedziałem. – Zupełnie, zupełnie bez reguł.

Samochód udało mi się złapać natychmiast, nawet nie wywołując u kierowcy napływu altruizmu. Może dlatego, że miałem na sobie teraz nałożoną maskę martwego maga… Czarującą maskę?

– Podrzuć mnie do wieży telewizyjnej – poprosiłem, wsiadając do zajeżdżonego moskwicza, model numer sześć. – I jak najszybciej, dopóki nie zamknęli jeszcze wejścia.

– Jedziesz pobawić się? – uśmiechnął się siedzący za kierownicą mężczyzna – szczupły, w okularach, jakoś tak podobny do postarzałego Szurika ze starych komedii.

– Jeszcze jak – odpowiedziałem. – Jeszcze jak.

Rozdział 5

Na wieżę jeszcze wpuszczano. Kupiłem bilet, oddzielnie dopłaciłem za prawo odwiedzenia restauracji, przeszedłem przez zieloną trawę, okrążającą wieżę. Ostatnie pięćdziesiąt metrów ścieżki biegło pod wątłym daszkiem. Ciekawe, po co go zbudowano? Czyżby ze starej budowli czasami spadał zwietrzały beton?

Daszek kończył się maleńką budką punktu kontrolnego. Okazałem paszport, przeszedłem przez podkowę bramki wykrywającej metal – nawiasem mówiąc, nie działającej. To już były wszystkie formalności i cała ochrona strategicznego obiektu…

Teraz opadły mnie wątpliwości. Jakkolwiek patrzeć na to, pomysł, by przyjechać tutaj, był dziwaczny. Nie czułem w pobliżu koncentracji sił Ciemności. A jeżeli tutaj nawet są, to dobrze się osłonili – a więc spotkam się z magami drugiej lub trzeciej rangi. To praktycznie samobójstwo.

Sztab. Polowy sztab Dziennego Patrolu, powołany dla skoordynowania polowania… polowania na mnie. Dokąd miałby przekazywać informację niedoświadczony mag, jak nie tutaj?

Ale pchać się do ich sztabu… tam, gdzie jest nie mniej niż dziesięciu magów Ciemności, wliczając w to i doświadczonych ochraniarzy… Samemu wsuwać głowę w pętlę to głupota, nie bohaterstwo… chyba, że są jeszcze jakiekolwiek inne szanse ocalenia. A ciągle miałem nadzieję, że jakieś szanse jeszcze pozostały.

Z dołu, spod betonowych płatków podpór, wieża telewizyjna wywierała Znacznie większe wrażenie niż z daleka. A przecież, z pewnością, większość moskwian przez całe swoje życie nigdy nie wjechała na platformę widokową, traktując wieżę jedynie jako stały element krajobrazu, użyteczny i symboliczny, ale nigdy jako miejsce wypoczynku. Tutaj, jak w tunelu aerodynamicznym przemyślnej konstrukcji, hulał wiatr, i na samej granicy słuchu buczał, ledwie słyszalny, basowy dźwięk – głos wieży.

Postałem chwilę, patrząc na górę, na kraty i przepusty, nadżarty przez raka beton, na zadziwiająco wdzięczną, giętką sylwetkę. Przecież naprawdę jest giętka…- betonowe pierścienie na naciągniętych linach. Siła w giętkości. Tylko w niej.

Potem przeszedłem przez szklane drzwi.

Dziwna sprawa – wydawało mi się, że chętnych na obejrzenie nocnej panoramy Moskwy z wysokości trzystu trzydziestu siedmiu metrów powinno być aż za wielu. Nie. Nawet w windzie jechałem sam… dokładniej – z kobietą z personelu obsługi.

– Myślałem, że będzie tłum – powiedziałem, uśmiechając się przyjaźnie. – Macie zawsze takie pustki wieczorami?

– Nie, zazwyczaj jest tłoczno… – kobieta odpowiedziała bez szczególnego zdziwienia, ale w jej głosie uchwyciłem nutkę zaskoczenia. Dotknęła guziczków – zaczęły się zwierać podwójne drzwi śluzy. Momentalnie zatkało uszy i docisnęło nas do podłogi. Winda ruszyła do góry, szybko, ale bardzo delikatnie. – Jakieś dwie godziny temu tłum zaczął znikać.

Dwie godziny.

Zaraz po mojej ucieczce z restauracji.

Jeśli w tym momencie usadowili swój sztab polowy na wieży… nic dziwnego, że setki ludzi, zamierzających ten jasny, ciepły wiosenny wieczór spędzić w podniebnej restauracji, nagle zmieniło swoje plany. Choć ludzie nie widzą, ale czują.

Nawet im, nie mającym nic wspólnego z dziejącymi się zdarzeniami, wystarcza inteligencji, aby nie zbliżać się do Ciemności…

Ja mam na sobie maskę maga Ciemności, ale czy taka maskarada jest wystarczająca? Ochroniarz porówna moją maskę ze spisem tkwiącym w pamięci… będzie pasowało… odczuje obecność Mocy…

Czy będzie badał dokładniej? Czy będzie sprawdzał profil Mocy, wyjaśniał, czy jestem z Ciemności czy Światła, jaką mam rangę?

Pół na pół. Z jednej strony tak powinno być. Z drugiej – zawsze i wszędzie ochroniarze odnoszą się do tego zajęcia lekceważąco. Chyba, że się strasznie nudzą albo dopiero rozpoczęli pracę i są jeszcze pełni energii.

W końcu moja szansa to pięćdziesiąt na sto – to bardzo dużo w porównaniu z prawdopodobieństwem ukrycia się przed Dziennym Patrolem na ulicach miasta.

Winda zatrzymała się. Nawet dobrze nie zdążyłem się zastanowić, wjazd zajął ze dwadzieścia sekund. Ach, gdyby taką szybkość miały windy w zwykłych, wielopiętrowych domach…

– Przyjechaliśmy – prawie wesoło powiedziała kobieta. Prawdopodobnie byłem dzisiaj chyba ostatnim zwiedzającym wieżę Ostankino.

Wyszedłem na platformę widokową.

Zazwyczaj jest tutaj pełno ludzi. Od razu można odróżnić tych, co dopiero przybyli, od tych, którzy są tu już dostatecznie długo – po niepewności ruchów, śmiesznej ostrożności przy podchodzeniu do rozciągającego się dookoła okna, po tym, jak obchodzą wmontowane w podłogę okna z pancernego szkła – czubkiem buta bojaźliwie sprawdzając ich wytrzymałość…

Teraz oceniłbym liczbę odwiedzających na zbliżoną do dwudziestki. Zumie nie było dzieci – ja, z jakiejś przyczyny, doskonale potrafiłem sobie wyobrazić ich nagłe histerie, wybuchające już w trakcie podchodzenia do wież, oraz zezłoszczonych i zdenerwowanych rodziców… Dzieci są bardziej wrażliwe na obecność stworów Ciemności.