Выбрать главу

Kobieta-wilkołak była konieczna, aby móc przedłożyć nam protest i zademonstrować, w kogo wymierzono uderzenie.

Mag z restauracji – żeby pogrążyć mnie całkowicie i mieć podstawę do formalnego oskarżenia i aresztowania.

Chłopiec – żeby w końcu zlikwidować Dzikusa, który już odegrał swoją rolę. Włączyć się w ostatniej chwili, złapać go nad trupem, zabić, uniemożliwiając próbę ucieczki i stawiania oporu – przecież nie wie, że my walczymy zgodnie z regułami, nigdy się nie podda, nie zareaguje na polecenie nieznanego mu „Dziennego Patrolu"…

Po śmierci Dzikusa nie będę miał już żadnego wyjścia. Albo się zgodzę na maglowanie pamięci, albo muszę odejść w Zmrok. W każdym z tych przypadków Swietłana wybuchnie.

Skuliłem się.

Zimno. Mimo wszystko zimno. Wydawało mi się, że zima już całkiem skapitulowała, ale tylko tak mi się wydawało.

Podniosłem rękę, zatrzymując pierwszy przejeżdżający samochód. Zajrzałem kierowcy w oczy i rozkazałem: – Jedziemy… Impuls był dostatecznie silny, nawet nie spytał, dokąd trzeba jechać.

Świat zbliża się do swojego końca.

Coś się stało… ruszyło… ożyły prastare cienie… zadźwięczały głuche słowa zapomnianych języków… dreszcz wstrząsnął ziemią.

Nad światem wschodziła Ciemność.

Maksym stał na balkonie, palił, jednym uchem słuchając narzekań Heleny. Trwały już kilka godzin, nieprzerwanie od tego momentu, kiedy uratowana dziewczyna wysiadła z samochodu przy stacji metra. Maksym usłyszał o sobie wszystko, co tylko mógł sobie wyobrazić, i nawet trochę tego, czego nie był sobie w stanie wyobrazić.

To, że jest durniem i babiarzem, gotowym narażać życie tylko dla miłej buźki i długich nóg, Maksym przyjął spokojnie. To, że jest chamskim łotrem, kokietującym w obecności żony zużytą i brzydką prostytutkę, było chociaż nieco bardziej oryginalne. Szczególnie, jeśli wziąć pod uwagę, że z przypadkową pasażerką zamienił ledwie parę słów…

A potem już poleciały same brednie. Wypomniała niespodziewane delegacje, te dwa przypadki, kiedy zjawił się w domu pijany… rzeczywiście pijany jak bela. Usłyszał od niej też, ile ma kochanek, o swojej beznadziejnej tępocie i miękkim charakterze, przeszkadzających mu w robieniu kariery i prowadzeniu w najmniejszym choćby stopniu życia na porządnym poziomie…

Maksym spojrzał przez ramię.

Helena przecież nawet się nie nakręcała… co dziwne. Siedziała na skórzanej kanapie przed wielkim ekranem panasonika i gadała, gadała… prawie szczerze.

Czy ona tak naprawdę myśli?

Ze ma stado kochanek? Że uratował nieznaną dziewczynę dla jej zgrabnej figurki, a nie dlatego, że w powietrzu świszczało od kul? Że źle i biednie żyją? Oni, którzy trzy lata temu kupili to przepiękne mieszkanie, urządzili je jak paląc, a na Boże Narodzenie jeżdżą do Francji.

Mówiła to z głębokim przekonaniem. Oskarżała go głosem przepełnionym cierpieniem.

Maksym pstryknął papierosa na dół. Spojrzał w noc.

Ciemność… ciemność nadciąga.

Zabił tam w toalecie maga Ciemności. Jedno z najbardziej obrzydliwych stworzeń, wcielenie kosmicznego zła. Człowieka siejącego zło i strach. Pozbawiającego ludzi energii, zniewalającego cudze dusze, przekształcającego białe w czarne, miłość w nienawiść. Jak zwykle… jeden przeciwko całemu światu.

Tylko że wcześniej nic takiego się nie zdarzało. Dwa dni z rzędu atakować te diabelskie stworzenia… albo one wypełzają ze swoich śmierdzących nor, albo jego wzrok staje się lepszy.

Nawet teraz…

Maksym patrzył z wysokości dziesiątego piętra i widział nie nocne miasto obsypane światłami. To – dla innych. Dla ludzi, ślepych i żałosnych… Widział kłębek ciemności, wiszący nad ziemią. Niewysoko… na poziomie dziesiątego, dwunastego piętra.

Maksym widział kolejne narodziny Ciemności.

Jak zawsze. Jak zazwyczaj. Ale dlaczego tak często, dlaczego trzeci raz z rzędu? Trzeci w ciągu doby!

Ciemność migotała, kołysała się, ruszała. Ciemność żyła.

A za jego plecami Helena zmęczonym, nieszczęśliwym, obrażonym głosem wyliczała jego grzechy. Wstała, podeszła do drzwi balkonowych, jakby nie była pewna, że Maksym słyszy. Dobrze, niech tak będzie. Chociaż dzieci nie pobudzi… jeśli, rzecz jasna, śpią. Z jakiegoś powodu Maksym wątpił w to.

Gdyby tak rzeczywiście wierzył w Boga. Tak naprawdę… Ale z tej słabiutkiej wiary, która podtrzymywała Maksyma po każdej akcji oczyszczania, już prawie nic nie pozostało. Nie może istnieć Bóg w świecie, gdzie rozkwita Zło.

Ale gdyby był… albo gdyby w duszy Maksyma pozostała prawdziwa wiara… upadłby teraz na kolana, na brudny, kruszący się beton, wyciągnął ręce do ciemniejącego, nocnego nieba, do nieba, gdzie nawet gwiazdy płonęły słabym i żałobnym ogniem. I krzyknąłby: „Za co? Za co, Panie? To ponad moje siły, ponad moje siły! Zdejmij ze mnie ten ciężar, proszę, zdejmij! Nie jestem tym, który jest potrzebny! Jestem słaby…”

Krzycz – nie krzycz. Nie włożył na siebie sam tego brzemienia. I nie będzie go sam zdejmował. Płonie, rozpala się tam czarny płomyczek. Nowe kleszcze Ciemności.

– Heleno, wybacz… – odsunął żonę, wszedł do pokoju. – Muszę wyjść.

Urwała w pół słowa i w jej oczach, gdzie do tej pory była tylko złość i uraza, pojawił się strach.

– Wrócę – szybko poszedł do drzwi, mając nadzieję uciec od pytań.

– Maksym! Maksym, poczekaj!

Przejście od kłótni do błagania było błyskawiczne. Helena rzuciła się za nim, chwyciła za rękę, zajrzała w twarz – błagalnie, prosząco.

– Wybacz, wybacz mi… tak się wystraszyłam… Wybacz, plotłam bzdury… Maksym!

Patrzył na żonę, która w jednej chwili porzuciła agresywność, skapitulowała, gotowa na wszystko, byle tylko on – głupi, rozpustny, podły- nie wyszedł z mieszkania. Czyżby w jego twarzy pojawiło się coś, co wystraszyło Helenę bardziej niż bandyckie porachunki, w które wtedy wpadli?

– Nie puszczę! Nie puszczę ciebie nigdzie! Noc już nadchodzi…

– Nic mi nie będzie – miękko powiedział Maksym. – I ciszej, ciszej, dzieci się obudzą. Szybko wrócę.

– Nie myślisz o sobie, to chociaż pomyśl o dzieciach! O mnie pomyśl! – Helena błyskawicznie zmieniła taktykę. – A jeżeli zapamiętali numer samochodu? A jeżeli teraz się zjawią, szukając tego ścierwa? Co mam zrobić?

– Nikt się nie zjawi – Maksym wiedział, że to prawda. – A jeśli nawet… drzwi są mocne. Dokąd dzwonić – dobrze wiesz. Helena… puść.

Żona zamarła zasłaniając drzwi, rozłożyła ręce, pochyliła głowę, zmrużyła oczy – jakby oczekiwała, że ją zaraz uderzy.

Maksym ostrożnie pocałował ją w policzek i odsunął na bok. Wyszedł do przedpokoju, odprowadzany jej zupełnie już ogłupiałym wzrokiem. Z pokoju córki dochodziła nieprzyjemna, ciężka muzyka – nie śpi i włączyła magnetofon tylko po to, aby zagłuszyć ich pełne złości głosy… głos Heleny…

– Nie trzeba! – błagająco szepnęła za nim żona.

Narzucił kurtkę, mimochodem sprawdzając, czy wszystko w wewnętrznej kieszeni jest na swoim miejscu.

– Zupełnie o nas nie myślisz! – już jakby siłą inercji, nie mając na nic nadziei, zduszonym głosem krzyknęła Helena. Muzyka w pokoju córki za brzmiała głośniej.

– To nieprawda – spokojnie powiedział Maksym. – Właśnie o was myślę. Strzegę was.

Zszedł o pół pietra, nie chciał czekać na windę, zanim go dogonił ostatni krzyk żony, nieoczekiwany -nie lubiła prać brudów poza mieszkaniem, i nigdy nie kłóciła się na klatce schodowej.