– Lepiej, byś kochał, niż strzegł!
Maksym wzruszył ramionami i przyspieszył kroku.
O, tutaj stałem zimą.
Wszystko pozostało takie same – głuche podwórze, szum samochodów za plecami, słabe światło latarń. Tylko było bardziej zimno. Wszystko wydawało mu się proste i jasne, jak młodziutkiemu, amerykańskiemu policjantowi, który wyszedł na pierwszy patrol.
Chronić prawo. Ścigać zło. Bronić niewinnych.
Jak byłoby fajnie, gdyby wszystko pozostało na zawsze proste i jasne, tak jak wtedy, kiedy miałem dwanaście albo dwadzieścia lat. Gdyby na świecie istniałyby tylko dwa kolory – czarny i biały. Ale nawet najbardziej uczciwy i prostoduszny policjant, wychowany na wzniosłych ideałach w paski i gwiazdki, wcześniej albo później zrozumie – na ulicach jest nie tylko dobro i zło. Są jeszcze uzgodnienia, ustępstwa, układy. Informatorzy, pułapki, prowokacje. Wcześniej albo później trzeba donieść na swoich, podrzucać w cudze kieszenie pakieciki z heroiną, kopać w nerki, ostrożnie, żeby nie pozostawić śladów.
I wszystko to dla przestrzegania właśnie tych prostych i jasnych reguł.
Chronić prawo. Ścigać zło. Bronić niewinnych.
Też musiałem to zrozumieć.
Poszedłem wąską, ceglaną ścieżką, kopnąłem nogą kawałek gazety, walający się pod ścianą. Tu właśnie spopielił się ten nieszczęsny wampir. Rzeczywiście był nieszczęśliwy, zawinił tylko tym, że zakochał się. Nie w wampirzycy, nie w człowieku – ale w ofierze… w swoim pożywieniu.
A tutaj chlapnąłem z małpki wódką… parząc twarz kobiety, którą my, Nocny Patrol, oddaliśmy na pożywienie wampirom.
Jak oni, słudzy Ciemności, kochają mówić: „Wolność"! Jak często tłumaczymy sobie samym, że wolność ma granice.
I wszystko to prawdopodobnie jest absolutnie słuszne. I dla sług Ciemności, i dla sług Światła, tych, którzy po prostu żyją wśród ludzi, przewyższając ich zdolnościami, ale mają takie same pragnienia i skłonności. Dla tych, którzy wybrali życie zgodne z regułami.
Ale wystarczy wkroczyć tylko na tę niewidzialną granicę, gdzie stoimy my, członkowie Patrolu, rozdzielając Ciemność i Światło…
To wojna. A wojna jest zawsze przestępstwem. Zawsze, we wszystkich czasach. W niej jest miejsce nie tylko na heroizm i poświęcenie, ale i na zdradę, podłość, ciosy w plecy. Inaczej po prostu nie da się walczyć. Inaczej – przegra się przed walką.
W końcu co to takiego! O co warto walczyć, kiedy stoję na granicy, pośrodku, między Światłem i Ciemnością? Moi sąsiedzi są wampirami! Oni nigdy, a w każdym razie Kostia- nigdy nie zabijał. To porządni ludzie… z naszego, ludzkiego punktu widzenia. Jeśli oceniać wedle ich działań – są znacznie bardziej uczciwi od szefa. Albo Olgi.
Gdzie ta granica? Gdzie usprawiedliwienie? Gdzie wybaczenie?
Nie znam odpowiedzi. Nie czuję się na siłach nic powiedzieć, nawet sobie samemu. Już płynę po najmniejszej linii oporu, opierając się na starych przekonaniach i dogmatach. Jak mogą ciągle walczyć, oni – moi towarzysze, agenci operacyjni Patrolu? Jakie wyjaśnienia znajdują dla swoich czynów? Też nie wiem. Ale i tak ich usprawiedliwienia w niczym mi nie pomogą. Tutaj każdy odpowiada sam za siebie… jak w szumnych hasłach Ciemności.
A najgorsze jest to, iż czułem, że jeśli nie zrozumiem, nie znajdę tej granicy -jestem skazany. I nie tylko ja jeden. Zginie Świetlana. I szef też się wplącze w beznadziejną próbę jej ratowania. Rozsypie się cała struktura moskiewskiego Patrolu.
„Szewc bez butów chodzi".
Stałem, opierając się ręką o brudną, ceglaną ścianę. Wspominałem, przygryzając wargi, próbując znaleźć odpowiedź. Nie było jej. Widać, taki już los.
Przechodząc przez cichy, miły dziedziniec, podszedłem do domu na kurzych łapkach. Radziecki drapacz chmur przygnębiał mnie, było to uczucie zupełnie nieuzasadnione, ale nadzwyczaj silne. Podobne przeżywałem od czasu do czasu, kiedy przejeżdżałem pociągiem obok opuszczonych wsi albo na pół rozwalonych elewatorów. Był nie na swoim miejscu… zbyt wielki rozmach, zakończony ciosem w powietrze.
– Zawulon – powiedziałem -jeśli mnie słyszysz…
Cisza, zwyczajna cisza późnego moskiewskiego wieczoru – ryk samochodów, gdzieniegdzie muzyka dobiegająca z okien, i pełne bezludzie.
– I tak nie mogłeś wszystkiego przewidzieć – powiedziałem w pustkę.
– To jest niemożliwe. Zawsze istnieją rozwidlenia prawdopodobieństwa rzeczywistości. Przyszłość jest nieokreślona. Wiesz o tym. I ja też o tym wiem.
Poszedłem przez ulicę, nie rozglądając się na boki, nie zwracając uwagi na samochody. Przecież mam misję, prawda?
Sfera odstraszania!
Zadźwięczał, zastygając na szynach, tramwaj. Samochody zwalniały, objeżdżając pustkę, w której środku ja się znajdowałem. Wszystko przestało istnieć – tylko budynek, na dachu którego trzy miesiące temu prowadziliśmy bój, i noc, i odblaski energii niewidocznej dla ludzkiego oka.
Moc, którą dano dostrzec nielicznym, narastała.
Tutaj jest oko tajfunu, nie pomyliłem się. Prowadzono mnie właśnie tutaj. Świetnie. Przyszedłem. Zawulonie, ty mimo wszystko pamiętasz tę maleńką, ale wstydliwą porażkę. Nie możesz nie pamiętać, jak otrzymałeś policzek na oczach swoich niewolników.
Oprócz szczytnych celów – rozumiem, że dla niego one są szczytne – ma jeszcze jedno wielkie pragnienie, kiedyś będące zwykłą ludzką słabostką, a teraz jeszcze spotęgowane przez Zmrok.
Zemsta. Wyrównanie rachunków.
Rozegrać walkę od nowa. To jak wygrażanie pięściami już po bójce.
Wy wszyscy, wielcy magowi, i ci Światła, i ci Ciemności, macie ten sam rys charakteru – przesycenie zwykłą walką, dążenie do błyskotliwego zwycięstwa. Poniżenia przeciwnika. Nudzą was prozaiczne zwycięstwa, odeszły już w przeszłość. Wielki bój wyrodził się w nieskończoną partię szachów. Tak jak dla Hessera, wielkiego maga Światła, który z taką przyjemnością naśmiewał się z Zawulona, przywdziawszy cudze oblicze.
Dla mnie jeszcze walka nie stała się grą.
Może dzięki temu mam ukrytą szansę.
Wyjąłem z kabury pistolet, odbezpieczyłem. Wciągnąłem w płuca powietrze, głęboko, bardzo głęboko, jakbym przygotowywał się do nurkowania. Czas już.
Maksym wyczuwał, że tym razem wszystko skończy się szybko.
Nie będzie nocnego czuwania w zasadzce. Długiego śledzenia także nie będzie. Oświecenie tym razem przyszło zbyt jasne i nie było tylko wyczuciem wroga, wrogiego istnienia, ale i dokładnym naprowadzeniem na cel.
Dojechał do skrzyżowania ulic Gałuszkina i Jarosławskiej, zatrzymał się na podwórzu wielopiętrowego budynku. Popatrzył na tlący się czarny płomyk, powoli przemieszczający się wewnątrz budynku.
Mag Ciemności jest tam. Maksym odczuwał go już realnie, jakby go widział. Mężczyzna. Niewielkie zdolności. Nie wilkołak, nie wampir, nie inkub. Właśnie mag Ciemności. Biorąc pod uwagę jego niewielką moc – nie będzie problemów. Problem jest w czymś innym.
Maksym mógł tylko mieć nadzieję i modlić się, żeby do tego nie dochodziło tak często. Dzień po dniu likwidować stwory Ciemności – to obciążenie nie tylko fizyczne. Jest jeszcze ta straszna chwila, kiedy kindżał przebija serce wroga. Moment, w którym wszystko dookoła zaczyna wibrować, chwiać się, barwy gasną, dźwięki cichną, ruch zwalnia. Co zrobi, jeśli kiedyś się pomyli? Jeśli zlikwiduje nie wroga rodzaju ludzkiego, lecz zabije zwykłego człowieka? Nie wiedział.
Ale przecież nie ma wyjścia, skoro tylko on na całym świecie jest zdolny odróżnić tych z Ciemności od zwykłych ludzi. Jeśli tylko jego rękom powierzono funkcję bycia Bogiem, losem, przypadkiem, bronią…
Maksym wyjął drewniany kindżał. Popatrzył na zabawkę z lekkim smutkiem i zmieszaniem. Nie on niegdyś wystrugał to ostrze, nie on nadał mu gromkie imię „mizerykordia".