– Jest pan ze Światła, jak widzę – powiedział chłopak. Cicho, ale z pewnością siebie.
– Tak… – słowo to wyszło z jego ust z trudem, niechętnie, opierając się. Odwrócił wzrok. Przeklinając swą słabość, Maksym wyciągnął rękę, wziął chłopca za ramię: – Jestem sędzią.
Chłopak wcale się nie wystraszył.
– Spotkałem dzisiaj Antoniego.
Jakiego Antoniego? Maksym milczał, ale zaskoczenie widać było w jego oczach.,
– Przyszedł pan do mnie w jego sprawie?
– Nie. W twojej.
– Po co?
Chłopak zachowywał się nieco wyzywająco, jakby kiedyś miał już z Maksymem długotrwały spór, jakby Maksym zawinił i powinien wyznać swą winę.
– Jestem sędzią-powtórzył Maksym. Najchętniej by się odwrócił i uciekł.
Wszystko przebiegało nie tak, jak powinno! Mag ciemności nie może być dzieckiem, rówieśnikiem jego córki. Mag powinien się bronić, napadać, uciekać – a nie stać z obrażoną miną… jakby miał do tego prawo.
Jakby to mogło go chronić.
– Jak się nazywasz? – spytał Maksym.
– Igor.
– Jest mi nadzwyczaj przykro, że tak się stało – Maksym mówił szczerze. I nie czuł żadnej sadystycznej radości z opóźniania chwili zabójstwa. -
Niech to diabli wezmą… Mam córkę w twoim wieku!
Z jakiegoś powodu bolało go to najbardziej.
– Ale jeśli nie ja, to kto?
– O czym pan mówi? – chłopiec próbował uwolnić się od jego ręki. To wzmogło stanowczość Maksyma.
Chłopczyk czy dziewczynka, dorosły czy dzieciak. Jaka różnica! Ciemność i Światło – to jedyna różnica.
– Muszę ciebie uratować – powiedział Maksym. Wolną ręką wyciągnął z kieszeni kindżał. – Muszę – i uratuję.
Rozdział 7
Najpierw rozpoznał samochód.
Potem – wysiadającego z niego Dzikusa.
Ogarnął go żal, ciężka i bezgraniczna żałość. To był mężczyzna, który mnie uratował, kiedy w postaci Olgi uciekałem z „Maharadży".
Czy powinienem się był domyśleć? Pewnie tak… gdybym miał trochę więcej doświadczenia, więcej czasu, więcej zimnej krwi. Kobieta, która jechała z nim… wystarczyło tylko spojrzeć na aurę, Świetlana przecież opisała ją bardzo szczegółowo. Mogłem rozpoznać. Mogłem zakończyć grę jeszcze w samochodzie.
Ale – jak ją zakończyć?
Zanurzyłem się w Zmroku, kiedy Dzikus spojrzał w moją stronę. Wydaje się, że to zadziałało, ruszył dalej, do klatki schodowej, w której kiedyś siedziałem przy zsypie i dyskutowałem z białą sową.
Dzikus szedł zabić Igora. Wszystko jest tak, jak myślałem. Wszystko jest tak, jak przewidział Zawulon. Pułapka była przede mną, silnie naciągnięta sprężyna zaczynała ściskać się. Wystarczyło zrobić krok i ucieszyć Dzienny Patrol zakończoną pomyślnie operacją.
A gdzie ty jesteś, Zawulonie?
Zmrok dał mi czas. Dzikus ciągle szedł w stronę domu, niespiesznie przestawiając nogi, a ja rozglądałem się, szukając dookoła sług Ciemności. Albo ich śladów, oddechów, cieni…
Ciśnienie magii wokół mnie było nadzwyczaj silne. Tutaj schodziły się warianty rzeczywistości, rwące się w przyszłość. Skrzyżowanie stu dróg, punkt, w którym świat decyduje się, dokąd dalej pójdzie. Nie z mojego powodu, Dzikusa czy chłopca. My wszyscy jesteśmy tylko częścią pułapki. Statystami, jednemu nakazano powiedzieć.Jedzenie podano”, drugiemu odegrać upadek, trzeciemu – z hardo podniesioną głową wstąpić na szafot. Ten punkt Moskwy stał się areną niewidzialnej bitwy. Aleja nie widziałem Innych – ani tych z Ciemności, ani tych ze Światła. Tylko Dzikusa, ale nawet teraz nie był odbierany jako Inny – jedynie na jego piersi iskrzył się skrzep Mocy. Z początku pomyślałem, że widzę serce. Potem zrozumiałem, że to broń, ta sama, którą zabija tych z Ciemności.
Co tu się dzieje, Zawulonie? Ogarnęła mną głupie uczucie obrazy. Przyszedłem! Wstępuję w twoją pułapkę… patrz, noga już wstawiona, zaraz wszystko się stanie… gdzie jesteś?
Albo Zawulon ukrył się tak doskonale, że nie wystarczało moich mocy, aby go odkryć… Albo go tutaj w ogóle nie było!
Przegrywałem. Przegrywałem jeszcze przed finałem, ponieważ nie mogłem zrozumieć taktyki wroga. Tu powinna być pułapka, przecież ci z Ciemności powinni zniszczyć Dzikusa, zaraz po tym, gdy zabije Igora…
Jak zabije?
Przecież już jestem tutaj. Wyjaśnię mu wszystko, co się dzieje, opowiem o Patrolach, które wzajemnie się obserwują, o Traktacie, który zmusza nas do zachowywania neutralności, o ludziach i Innych, o świecie i Zmroku. Opowiem mu wszystko, tak jak opowiadałem Swietłanie, i on zrozumie…
Zrozumie?
A jeśli on naprawdę nie umie dostrzec Światła!
Świat dla niego to szare, bezmózgie owcze stado. Ci z Ciemności – to wilki, które krążą dokoła, wyłapując co tłustsze owieczki. A on sam – pies-stróż. Niezdolny do dostrzeżenia pasterzy, oślepiony strachem i wściekłością, rzucający się we wszystkich kierunkach, jeden przeciw wszystkim.
Nie uwierzy, nie pozwoli sobie uwierzyć…
Rzuciłem się naprzód, ku Dzikusowi. Drzwi klatki były już otwarte i Dzikus rozmawiał z Igorem. Dlaczego wyszedł, o tej późnej porze, ten głupi chłopak, który dobrze już wie, jakie siły rządzą naszym światem? Czyżby Dzikus był zdolny zwabiać swoje ofiary?
Mówić do niego nie ma sensu. Muszę napaść na niego ze Zmroku. Obezwładnić. I dopiero potem objaśnić wszystko!
Zmrok zabrzmiał tysiącem piskliwych odgłosów, kiedy w biegu wyrżnąłem o niewidzialną barierę. O trzy kroki od Dzikusa, już podnoszącego rękę do ciosu. Uderzyłem o przezroczystą ścianę, rozpłaszczyłem się na niej i powoli osunąłem się na ziemię, trzęsąc głową, w której wszystko dzwoniło.
Źle. Och, jak źle! Nie rozumie sensu mocy. Jest magiem-samoukiem, psychopatą po stronie Dobra. Ale kiedy bierze się za robotę, otacza się magiczną barierą. Nieświadomie, ale mi od tego wcale nie jest lżej.
Dzikus coś powiedział Igorowi. I wyciągnął rękę spod poły marynarki.
Drewniany kindżał. Coś kiedyś słyszałem o tych czarach, jednocześnie naiwnych i mocarnych, ale teraz nie czas na wspominanie.
Wyśliznąłem się ze swojego cienia, wszedłem w ludzki świat i skoczyłem Dzikusowi na plecy.
Maksyma przewrócono, kiedy podniósł kindżał. Świat dookoła już zdążył zszarzeć, ruchy chłopca stały się powolne – widział, jak spokojnie zamykają się powieki, ostatni raz przed tym, zanim szeroko rozewrą się od bólu. Noc przekształciła się w zmierzch, w podium, na którym przywykł ogłaszać wyrok i wykonywać karę, na którym nic go nie mogło zatrzymać.
A jednak zatrzymali go. Przewrócili, rzucili na asfalt. W ostatniej sekundzie Maksym zdążył wyciągnąć rękę, wykonać przewrót, podnieść się.
Na scenie pojawiła się trzecia osoba. Jak Maksym go nie zauważył? Jak on się podkradł – do niego, zajętego ważną sprawą, zawsze odgrodzonego od widzów i zbędnych uczestników najczystszą w świecie mocą, tą, która wiodła go do walki?
Mężczyzna – młody, chyba trochę młodszy od Maksyma. W dżinsach, swetrze, z torbą przewieszoną przez ramię – to on go teraz niedelikatnie przewrócił, przez ramię. I ma pistolet w ręce!
Kiepsko…
– Zatrzymaj się – powiedział mężczyzna, jakby Maksym chciał uciekać. – Wysłuchaj mnie.
Przypadkowy przechodzień, który potraktował go jak banalnego maniaka? A pistolet, i jak zręcznie się podkradł, że pozostawał niewidoczny? Komandos w cywilu? Taki by strzelał albo dobił, nie pozwolił podnieść się z ziemi.
Maksym wpatrywał się w nieznajomego, umierając z ciekawości. Jeśli to jeszcze jeden z Ciemności… nigdy jeszcze nie napotkał dwu jednocześnie.