Выбрать главу

Odczekawszy dokładnie minutę, dopóki na wszystkich twarzach nie pojawiły się szczęśliwe uśmiechy, szef dorzucił, że takie nieoczekiwane szczęście dobrze by było odpracować. Zdwojonym wysiłkiem. Żeby potem nie trzeba było się wstydzić tak bezużytecznie straconych dni. Klasycy nie bez powodu twierdzili: „Poniedziałek zaczyna się w sobotę", i otrzymując trzy dni odpoczynku, jesteśmy zobowiązani całą rutynową pracę wykonać w czasie, który. jeszcze pozostał.

I tak ją właśnie wykonywaliśmy – niektórzy prawie do rana. Sprawdzono tych z Ciemności, którzy pozostali w mieście i znajdują się pod szczególną pieczą – wampirów, wilkołaków, inkubów i sukubów, aktywne wiedźmy i pozostałe niespokojne tałatajstwo niższych rang. Wszystko było w porządku. Wampiry teraz marzyły nie o gorącej krwi, lecz o zimnym piwie. Wiedźmy nie próbowały rzucać uroków na bliźniego, ale wyczarować mały deszczyk nad Moskwą.

Teraz więc jechaliśmy odpocząć. Nie na Malediwy, rzecz jasna, szef trochę przecenił szczodrość działu księgowości. Ale i dwa-trzy dni za miastem to też piękna sprawa. Biedni ochotnicy, którzy pozostali z szefem w stolicy – czuwać i chronić…

– Muszę zadzwonić do domu – powiedziała Julia. Od razu ożyła, kiedy Siemion zmienił panujący w samochodzie upał w morski chłodek. – Swieta, daj telefon.

Też cieszyłem się chłodem. Spoglądałem na samochody, które wyprzedzaliśmy – w większości szyby były opuszczone, a na nas patrzono z zawiścią, bezpodstawnie podejrzewając stary samochód o posiadanie wydajnej klimatyzacji.

– Zaraz trzeba skręcić – powiedziałem do Ilji.

– Pamiętam. Kiedyś tutaj jechałem…

– Cicho! – strasznym głosem syknęła Julia. I rzekła do słuchawki: – Mamusiu, to ja! Tak, już dojechaliśmy. Jasne, jest świetnie! Mamy tu jezioro… nie, niewielkie. Mamusiu, ja tylko na minutkę, papa Swiety dał mi swoją komórkę… Nie, więcej nikogo… Swietę? Już…

Świetlana westchnęła, wzięła słuchawkę od dziewczynki. Spojrzała na mnie ponuro, więc usiłowałem przybrać poważny wyraz twarzy.

– Dzień dobry, ciociu Nataszo – cieniutkim dziecięcym głosikiem powiedziała Świetlana. – Tak, bardzo się cieszymy. Tak. Nie, z dorosłymi. Mama jest teraz daleko, zawołać? Tak, przekażę. Obowiązkowo. Do zobaczenia.

Wyłączyła telefon i powiedziała w przestrzeń:

– Dziecko, a co się stanie, kiedy twoja mama spyta się koleżanki, tej prawdziwej Swiety, jak spędziłyście weekend?

– A, Swieta odpowie, że było świetnie.

Swietłana westchnęła, spojrzała na Siemiona, jakby szukając wsparcia.

– Wykorzystywanie zdolności magicznych do celów osobistych prowadzi do nieprzewidywalnych następstw – służbowym tonem oznajmił Siemion.

– Pamiętam, pewnego razu…

– Jakich to magicznych? – szczerze zdziwiła się Julia. – Powiedziałam jej, że pojechałam z chłopakami na biwak i poprosiłam, żeby mnie „kryła".

Swietka pozrzędziła, ale zgodziła się, oczywiście.

Ilja za kierownicą zaśmiał się.

– Potrzebny mi taki biwak – zupełnie nie rozumiejąc, co go rozweseliło, wzburzyła się Julia. – Niech tam się ludzkie dzieciaczki zabawiają. Z czego wy się wszyscy śmiejecie? No?

Każdemu z nas, pracowników Patrolu, praca zajmuje większą część życia. Nie dlatego, że jesteśmy zapalonymi pracoholikami – kto przy zdrowych zmysłach będzie bardziej wolał pracę niż wypoczynek? I nie dlatego, że nasza praca jest aż tak ciekawa, większa część naszej działalności to nudne patrolowanie albo wycieranie stołków w kancelariach. Nas jest po prostu niewielu. Dzienny Patrol łatwiej dobiera sobie personel, każdy z Ciemności aż rwie się do możliwości sprawowania władzy. My mamy całkiem inną sytuację.

Ale, oprócz pracy, każdy z nas ma swój własny mały kawałeczek życia, którego nie oddamy nikomu. Ani Światłu, ani Ciemności. To jest tylko nasze. Ten kawałeczek życia, którego nie skrywamy, ale i nie wystawiamy na pokaz, pozostał nam po uprzednim ludzkim bytowaniu.

Kilku z nas przy każdej nadarzającej się okazji podróżuje. Ilja, na przykład, przedkłada normalne wycieczki, a Siemion – banalny autostop. Kiedyś przejechał bez grosika z Moskwy do Władywostoku w jakimś rekordowym czasie, ale nie zarejestrował wyniku w Lidze Swobodnych Podróży, ponieważ po drodze dwukrotnie użył swoich zdolności magicznych.

Ignacy, zresztą nie tylko on, nie uważa odpoczynku za prawdziwy, jeżeli nie jest związany z przygodami seksualnymi. Przez ten etap przechodzą praktycznie prawie wszyscy – życie pozwala Innym na znacznie więcej niż zwykłym ludziom. To, że do Innych ludzie czują podświadomy, ale silny pociąg, jest faktem ogólnie znanym.

Wśród nas jest bardzo wielu kolekcjonerów. Od nieszkodliwych zbieraczy noży do papieru, breloczków, znaczków i zapalniczek do kolekcjonerów pogody, zapachów, aur i zaklęć. Ja kiedyś zbierałem modele samochodów, wydając dużo na rzadkie egzemplarze, mające wartość tylko dla kilku tysięcy idiotów. Teraz cała ta kolekcja leży wrzucona do dwóch kartonowych pudeł. Trzeba będzie wytaszczyć je kiedyś na podwórze i wyrzucić do piaskownicy, ku radości najmłodszych.

Myśliwych i wędkarzy też jest wielu. Igor i Garik zajmują się ekstremalnymi skokami ze spadochronem. Milutka dziewczyna Gala, nasza zbędna progra-mistka, zajmuje się pielęgnacją i tworzeniem bonsai. Generalnie – cała ogromny zasób rozrywek, gromadzonych przez stulecia, nie jest nam obcy.

Ale czym zajmuje się Tygrysek, do której właśnie jechaliśmy, nie mogłem sobie nawet wyobrazić. Interesowało mnie to tak bardzo, jak sama ucieczka z wielkomiejskiego piekła. Zazwyczaj, będąc u kogoś w domu, odgadujemy jego maleńką pasję.

– Długo jeszcze? – zaczęła wyrzekać Julia. Zjechaliśmy już z głównej drogi i przejechaliśmy z pięć kilometrów po drodze gruntowej, obok małego osiedla domków wczasowych i maleńkiej rzeczki.

– Prawie dojechaliśmy – odpowiedziałem po porównaniu przejechanej trasy z obrazem drogi, zostawionym nam przez Tygryska,.

– Tak, dojechaliśmy już na miejsce – powiedział Ilja i raptownie skręcił, wprost na drzewa. Julia jęknęła, zakrywając twarz rękoma. Świetlana zareagowała bardziej spokojnie – ale i tak wyciągnęła przed siebie ręce, chroniąc się przed spodziewanym uderzeniem.

Samochód przemknął przez gęsty zagajnik i nieprzejezdny wiatrołom, uderzył w rosnące gęstą ścianą drzewa. Uderzenia oczywiście nie było. Przeskoczyliśmy przez Zmrok i znaleźliśmy się na świetnej, wyasfaltowanej drodze. Przed nami błyszczało zwierciadło maleńkiego jeziorka, na brzegu którego stał jednopiętrowy murowany dom, otoczony wysokim płotem.

– Co mnie zaskakuje w wilkołakach – powiedziała Świetlana – to ich skłonność do ukrywania się. Mało tego, że przykryła się Zmrokiem, to jeszcze i płot…

– Tygrysek nie jest wilkołakiem! – oburzyła się dziewczynka. -Jest magiem-przemieńcem!

– To jedno i to samo – powiedziała Swieta.

Julia popatrzyła na Siemiona, widać oczekując jego wsparcia. Mag westchnął:

– Ogólnie rzecz biorąc, Swieta ma rację. Wąsko wyspecjalizowani bojowi magowie to też wilkołaki. Tylko z przeciwnym znakiem. Gdyby Tygrysek w trochę innym humorze po raz pierwszy weszła w Zmrok, przekształciłaby się w służkę Ciemności, w wilkołaka. Bardzo niewielu ludzi ma z góry określoną orientację. Zazwyczaj toczy się o to walka. Przygotowanie do inicjacji.

– A jak było ze mną? – spytała Julia.