Выбрать главу

Ale nie, jej idolem został Tygrysek.

Zacząłem coś sobie pogwizdywać idąc na końcu tej procesji. Złowiłem wzrok Świetlany, lekko skinąłem jej głową. Wszystko w porządku. Przed nami jeszcze całe doby próżnowania. Żadnych walk Ciemności i Światła, żadnych intryg, żadnych starć. Kąpiele w jeziorze, opalanie się, jedzenie szaszłyków, popijanie ich czerwonych winem. Wieczorem sauna. W takiej willi na pewno jest świetna sauna. Potem wezmę z Siemionem jedną lub dwie butelki wódki, słoik solonych grzybków, pójdziemy sobie gdzieś dalej od tego tłumu i upijemy się aż do nieprzytomności, patrząc na gwiazdy i wiodąc filozoficzne rozmowy na podniosłe tematy.

Świetnie.

Chcę trochę być człowiekiem. Choćby przez dobę.

Siemion zatrzymał się i skinął na mnie:

– Weźmiemy dwie butelki. Albo i trzy. Jeszcze może ktoś się dołączy.

Dziwić się nie było warto, oburzać – tym bardziej. Nie czytał moich myśli, po prostu jego doświadczenie życiowe było znacznie większe.

– Zgoda – kiwnąłem. Świetlana znowu podejrzliwie zerknęła na mnie, ale milczała.

– Tobie będzie łatwiej – dodał Siemion. – Mnie bardzo rzadko udaje się… być człowiekiem.

– A czy trzeba? – spytała Tygrysek, zatrzymując się już przy drzwiach. Siemion wzruszył ramionami:

– Nie, rzecz jasna. Ale chce się. I weszliśmy do willi.

Dwudziestu gości – chyba zbyt wielu nawet dla tego domu. Gdybyśmy byli ludźmi, byłoby inaczej. A tak robiliśmy zbyt wiele hałasu. Spróbujcie zebrać w jednym miejscu dwadzieścioro dzieci, które przedtem przez kilka miesięcy porządnie się uczyły, dajcie im do rąk pełny asortyment sklepu z zabawkami, pozwólcie robić, co chcą, jak chcą, i poobserwujcie rezultaty.

Chyba tylko ja ze Świetlaną zdystansowaliśmy się trochę od tego rozbrykanego towarzystwa. Wzięliśmy ze stolika z przekąskami po kieliszku wina i usiedliśmy na skórzanej kanapie w rogu pokoju.

Siemion i Ilja jednak starli się w pojedynku magów. Bardzo kulturalnym, pokojowym i dla świadków początkowo całkiem zabawnym. Pewnie jeszcze w samochodzie Siemion zadrasnął miłość własną przyjaciela – teraz po kolei zmieniali klimat w pokoju. Odczuliśmy już i zimę w podmoskiewskim lesie, i jesienną mgłę, i lato w Hiszpanii. Na deszcze i ulewy zdecydowanie nie zgodziła się Tygrysek, ale wywoływać szaleństw sił natury magowie nawet nie zamierzali. Widocznie porozumieli się, że nie będą zmieniali klimatu i prześcigali się nie w niezwykłości utrwalonego stanu natury, lecz w jego zgodności z nastrojem bieżącej chwili.

Garik, Farid i Daniił grali w karty. W najzwyklejsze, bez cudów… tylko powietrze nad stołami aż iskrzyło się od magii. Wykorzystywali wszelkie możliwe sposoby czarodziejskiej szulerki i ochrony przed nią. Nieważne tutaj było, jakie karty dostało się do ręki i jakie dokupiło.

Przy otwartych drzwiach stał Ignacy, w otoczeniu dziewcząt z oddziału naukowego, do których dołączyły też nasze, pożal się Boże, programistki. Widać nasz seksofil poniósł jakąś klęskę na froncie przygód miłosnych i teraz lizał rany w wąskim kręgu znajomych.

– Antoni – półgłosem spytała Swieta – jak uważasz, czy wszystko to jest rzeczywiste?

– Ale co masz na myśli?

– Zabawa. Pamiętasz, co powiedział Siemion?

Wzruszyłem ramionami:

– Kiedy będziemy mieli po sto lat, wrócimy do tego pytania? Ja się czuję świetnie. Po prostu dobrze mi. Nigdzie nie muszę uciekać, nie muszę niczego analizować. Patrole wywiesiły języki i wylegują się w cieniu.

– Mnie też jest dobrze – zgodziła się Swietłana. – Ale przecież tutaj jest nas tylko czworo młodych albo prawie młodych. Julia, Tygrysek, ty, ja… Co z nami będzie za sto lat? Za trzysta?

– Zobaczymy.

– Antoni, zrozum – Swieta lekko dotknęła mojej ręki. – Jestem bardzo dumna z tego, że jestem w Patrolu. Jestem szczęśliwa, że moja mama odzyskała zdrowie. Żyję teraz lepiej, nawet śmieszne byłoby zaprzeczać. Nawet jestem w stanie… zrozumieć, dlaczego szef poddał ciebie takiej próbie…

– Nie trzeba, Swieta – wziąłem ją za rękę. – Nawet ja go zrozumiałem, a moja rola była cięższa. Nie trzeba o tym mówić.

– Nie mam zamiaru… – Swieta łyknęła wina, odstawiła pusty kieliszek.

– Antoni, chciałam o czymś innym – nie widzę radości.

– Gdzie? – czasami bywam tępy jak kołek.

– Tutaj. W Nocnym Patrolu. W naszym przyjacielskim kręgu. Przecież każdego dnia toczymy jakąś walkę. Czasami wielką, czasami malutką. Ze zwariowanym wilkołakiem, z magiem Ciemności, ze wszystkimi siłami Ciemności zebranymi razem. Napięcie, wysunięte podbródki, wytrzeszczone oczy, gotowi zasłonić piersią ambrazurę albo usiąść gołą dupą najeża.

Parsknąłem śmiechem.

– Swieta, co w tym jest dziwnego? Tak, jesteśmy żołnierzami. Każde z nas, od Julii po Hessera. A na wojnie nie jest zbyt wesoło, rzecz jasna. Ale jeśli się cofniemy…

– Co wtedy? – odpowiedziała pytaniem Swieta. – Przyjdzie Apokalipsa? Od tysięcy lat siły Dobra i Zła toczą wojnę. Przegryzały sobie krtanie, szczuły na siebie armie ludzi, wszystko – dla wyższych celów. Ale powiedz, Antoni, czy w tym czasie ludzie stali się lepsi?

– Stali się…

– A od momentu, kiedy zaczęły działać Patrole? Antoni, kochany, tyle mi o tym mówiłeś, zresztą nie tylko ty… Że głównym celem walki są dusze ludzkie, że zapobiegamy masowym rzeziom. No tak, przeciwdziałamy. Ale ludzie sami siebie zabijają. Znacznie skuteczniej niż dwieście lat temu.

– Chcesz powiedzieć, że nasza praca przynosi tylko szkody?

– Nie – Swieta ze zmęczeniem zaprzeczyła głową. – Nie chcę. Nie jestem o tym przeświadczona. Chcę tylko jedno powiedzieć… może rzeczywiście jesteśmy Światłem. Ale… wiesz, w mieście w sprzedaży pojawiły się fałszywe ozdoby choinkowe. Wyglądają jak prawdziwe, ale nie cieszą ludzi.

Poinformowała mnie o tym całkiem poważnie, nie zmieniając tonu. Spojrzała mi w oczy.

– Rozumiesz?

– Rozumiem.

– Tak z pewnością siły Ciemności coraz mniej szkodzą – powiedziała.

– Te nasze wzajemne ustępstwa, dobro za zło, licencje na zabójstwa i ocalenia, można usprawiedliwiać, wierzę. Ciemność tworzy mniej zła niż wcześniej, my nie tworzymy zła z zasady. A ludzie?

– Co mają do tego ludzie?

– Przecież wszystko ich dotyczy! My ich bronimy. Stale i z samopoświęceniem. Ale w takim razie, dlaczego nie żyją lepiej? Przecież sami wykonują prace Ciemności. Dlaczego? Może dlatego, że coś utraciliśmy, Antoni? Tę wiarę, z którą magowie Światła posyłali armie na śmierć, ale i sami szli w pierwszych szeregach? Umiejętność nie tylko obrony, ale i przynoszenia radości? Co są warte mocne ściany, jeśli są to ściany więzienia? Ludzie zapomnieli o prawdziwej magii, ludzie nie wierzą w Ciemność, ale przecież nie wierzą i w Światło! Antoni, jesteśmy żołnierzami. Tak! Ale armię się lubi tylko wtedy, kiedy nadchodzi wojna.

– Wojna trwa.

– Kto o tym wie?

– Pewnie nie jesteśmy całkowicie żołnierzami – powiedziałem. Wycofać się ze swojej już niezłej pozycji zawsze jest niezbyt przyjemne, ale nie miałem innego wyjścia. – Prędzej… huzarzy. Tram-pam-pam…

– Huzarzy umieli się śmiać. A my -już prawie nie.

– W takim razie powiedz, co należy zrobić. – Nagle zrozumiałem, że dzień, który zapowiadał się tak wspaniale, błyskawicznie zmienia się w dzień sądu, rozpatrywania rzeczy przykrych. – Powiedz! Jesteś wielką czarodziejką albo raczej wkrótce się nią staniesz. Generałem naszej wojny. Ja jestem zwykłym porucznikiem. Wydaj mi rozkaz i niech będzie wyraźny. Powiedz, co zrobić?

Dopiero teraz zauważyłem, że w pokoju zapanowała cisza i wszyscy słuchają tylko nas. Ale było już mi wszystko jedno.