– Powiesz – wyjdź na ulicę i zabijaj tych z Ciemności? Pójdę. Nie umiem tego dobrze, ale będę bardzo, bardzo się starał! Powiesz – uśmiechać się i prowadzić ludzi do dobrego? Pójdę. Tylko kto odpowie za zło, któremu otworzę drogę? Dobro i Zło, Światło i Ciemność, tak, powtarzamy te słowa, zacieramy ich sens, wywieszamy je jak flagi, pozostawiamy je, aby marniały na deszczu i wietrze. W takim razie daj nam nowe słowo! Daj nam nowy sztandar! j Powiedz – dokąd iść i co robić!
Jej usta zadrżały. Powstrzymałem się, ale było już za późno.
Świetlana płakała, zakrywając twarz rękoma.
Co ja robię?
A może naprawdę nie potrafimy już uśmiechać się do siebie?
Nawet jeśli mam stuprocentową rację, to…
Czego jest warta moja prawda, jeżeli jestem gotowy chronić cały świat, ale nie najbliższych? Zmniejszam nienawiść, ale nie pozwalam na miłość?
Podniosłem się, objąłem Swietłanę i wyprowadziłem z pokoju. Magowie stali, odwracając wzrok. Możliwe, że widzieli takie sceny niejednokrotnie. Możliwe, że wszystko rozumieli.
– Antoni. – Tygrysek pojawiła się obok zupełnie bezgłośnie, poprowadziła i otworzyła jakieś drzwi. Spojrzała na mnie i z wymówką, i ze zrozumieniem. I zostawiła nas samych.
Przez minutę staliśmy nieruchomo, Świetlana cicho płakała, ukrywając twarz w moich ramionach, a ja czekałem. Teraz jest już za późno. Już wygadałem wszystko, co tylko mogłem.
– Spróbuję…
Tego się nie spodziewałem. Czegokolwiek – obrazy, repliki, żalu… tylko nie tego.
Swietłana odsunęła dłonie od zapłakanej twarzy. Potrząsnęła głową, uśmiechnęła się.
– Masz rację, Antosiu. Całkowitą rację. Na razie tylko skarżę się i protestuję. Marudzę jak dziecko, niczego nie rozumiem. A mnie podtykają pod nos, pozwalają dotykać ognia… i czekają, czekają, dopóki nie wydorośleję. Widać tak trzeba. Spróbuję… dam nowe sztandary.
– Swieta…
– Masz rację – ucięła. – Ale i ja mam troszkę racji. Tylko nie w tym, rzecz jasna, że dostałam ataku histerii przy ludziach. Oni bawią się, tak jak umieją. Tak jak umieją, tak walczą. Mamy dziś dzień wolny i nie należy go psuć innym. Dogadaliśmy się?
Znowu poczułem ścianę. Niewidzialną ścianę, która zawsze będzie stać między mną i Hesserem, między mną i moimi innym zwierzchnikami.
Tę ścianę, którą czas wznosi między nami. Dzisiaj własnoręcznie dołożyłem do niej kilka rzędów zimnych, kryształowych cegieł.
– Wybacz mi, Swieta – wyszeptałem. – Wybacz.
– Zapomnijmy – twardo powiedziała. – Lepiej zapomnijmy. Dopóki jeszcze możemy zapominać.
W końcu zobaczyliśmy, gdzie jesteśmy.
– Gabinet? – zasugerowała Swieta.
Półki na książki z bejcowanego dębu, tomy pod ciemnym szkłem. Olbrzymie biurko, na nim komputer.
– Tak.
– Tygrysek przecież mieszka sama?
– Nie wiem – pokiwałem głową. – Nie zwykliśmy wypytywać.
– Wydaje się, że sama. W każdym razie teraz – Świetlana wyciągnęła chusteczkę, zaczęła delikatnie wycierać łzy. – Piękny ma dom. Chodźmy, wszystkim zepsułam humor.
Pokiwałem głową:
– Na pewno wyczuwają, że się już nie kłócimy.
– Nie, nie mogą. Tu są bariery pomiędzy poszczególnymi pokojami, nie przepuszczają.
Spojrzawszy przez Zmrok, zauważyłem widoczne w murach migotania.
– Teraz widzę. Ty z każdym dniem stajesz się silniejsza. Swietłana uśmiechnęła się, trochę spięta, ale dumna. Powiedziała:
– Dziwne. Po co wznosić bariery, jeśli się mieszka samemu?
– A po co je wznosić, jeśli się nie mieszka samemu? – spytałem. Półgłosem, żeby nie oczekiwać odpowiedzi. Swietłana nie odpowiedziała.
Wyszliśmy z gabinetu ponownie do pokoju gościnnego.
Nastrój, który tu panował, nie był wprawdzie pogrzebowy, ale bardzo ponury.
Czy to za sprawą Siemiona czy też Ilji – w pokoju panowała pachnąca błotem wilgoć. Ignacy obejmując Lenę, ze smutkiem spoglądał na pozostałych. Lubił pogodny, radosny nastrój, jakiekolwiek kłótnie i starcia były dla niego jak cios nożem w serce. Gracze milcząc patrzyli na jedyną kartę leżącą na stole – pod ich wzrokiem karta poruszała się, zwijała, zmieniała kolor i wartość. Obrażona Julia o coś cicho pytała Olgę.
– Nalejecie coś do picia? – spytała Swieta, trzymając mnie za rękę. -
Czy nie wiecie, że dla histeryczek najlepszym lekarstwem jest pięćdziesiąt gram koniaku?
Tygrysek, z nieszczęśliwą miną stojąca przy oknie, powoli podeszła do baru. Czy winę za naszą kłótnię przypisywała sobie?
Wzięliśmy ze Swietłana po kieliszku koniaku, demonstracyjnie stuknęliśmy się kieliszkami i pocałowaliśmy się. Dostrzegłem spojrzenie Olgi: nie uradowane, nie smutne, ale pełne ciekawości. I troszkę zazdrosne. Przy czym nie o pocałunek tu chodziło.
Nagle poczułem się niedobrze.
Jakbym wyszedł z labiryntu, w którym błądziłem długie dni i miesiące. Wyszedłem, by zobaczyć wejście do kolejnych katakumb.
Rozdział 2
Mogłem porozmawiać z Olgą w cztery oczy dopiero po dwóch godzinach. Wszyscy wyszli z domu i bawili się w ogrodzie. Siemion stał przy palenisku, podając chętnym szaszłyki – przygotowywał je z szybkością jednoznacznie wskazującą na wykorzystywanie magii. Obok, w cieniu, stały dwie skrzynki wytrawnego wina.
Olga uśmiechnięta, rozmawiała o czymś z Ilją, oboje mieli w rękach po rożnie z szaszłykiem i po szklaneczce wina. Idylli nie chciało mi się przerywać, ale…
– Olga, musimy pogadać – powiedziałem, podchodząc do nich. Świetlana spierała się z Tygryskiem – dziewczyny gorąco dyskutowały o tradycyjnym noworocznym balu Patrolu, przeskoczywszy na ten temat z rozmowy o upalnej pogodzie z jakąś grymaśną kobiecą logiką. Najlepszy moment…
– Wybacz, Ilja – czarodziejka rozłożyła ręce. – Jeszcze o tym pogadamy, dobrze? Bardzo mnie ciekawi twoje zdanie o przyczynach rozpadu Związku. Choć nie masz racji.
Mag zwycięsko uśmiechnął się i odszedł.
– Pytaj, Antoni – tym samym tonem rzekła Olga.
– Wiesz o co spytam?
– Domyślam się.
Rozejrzałem się. Obok nas nikogo nie było. Jeszcze trwała ta krótka chwila pikniku na daczy, kiedy chce się jeść, chce się pić, żołądek nie jest jeszcze przepełniony i głowa trzeźwa.
– Co czeka Świetlane?
– Przyszłość trudno odczytać. A przyszłość wielkich magów i czarodziejek…
– Nie kręć, partnerko – spojrzałem jej w oczy. – Nie trzeba. Przecież pracowaliśmy kiedyś razem? W jednej parze? Jeszcze kiedy byłaś skazana, i pozbawiona wszystkiego… nawet tego ciała. I skazana sprawiedliwie.
Krew odbiegła z twarzy Olgi.
– Co wiesz o mojej winie?
– Wszystko.
– Skąd?
– Przecież pracuję z danymi.
– Masz zbyt niski poziom dostępu. Mój przypadek nigdy nie został wniesiony do archiwów elektronicznych.
– Dane poszlakowe, Ola. Widziałaś kiedyś kręgi na wodzie? Kamień może dawno już leżeć na dnie, zarosnąć iłem, a kręgi jeszcze będą płynąć. Odbijać się na boki, wyrzucać na brzeg śmieci i pianę, przewracać łódki… jeśli kamień był wielki. A ten był bardzo wielki. Możesz uważać, że długo stałem na cyplu, Ola. Stałem i patrzyłem na fale, które uderzają o brzeg.
– Blefujesz.
– Nie. Co teraz czeka Swietłanę? Jaki etap nauki?
Czarodziejka patrzyła na mnie, zapominając o stygnącym szaszłyku i na wpół pustej szklaneczce. I ja uderzyłem jeszcze raz:
– Przecież przechodziłaś ten etap?
– Tak – wydaje się, że postanowiła przerwać milczenie. – Przeszłam. Ale mnie przygotowywano dłużej.