Выбрать главу

– Potworne – powiedziałem.

– Nie, dlaczego? Koledze bardzo się spodobało. Powiedział, że zrozumiał, na czym polega prawdziwe rosyjskie pijaństwo.

– No, na czym?

– Kiedy budzisz się rano, a wszystko dookoła jest szare. Szare jest niebo, słońce jest szare, miasto jest szare, ludzie są szarzy, myśli są szare. I jedyne wyjście – to znowu wypić. Wtedy jest lżej. Wtedy wracają barwy.

– Ciekawy się trafił tobie zagraniczniak.

– Niemów…

Siemion znowu napełnił szklanki, teraz trochę mniej. Pomyślał chwilę i nagle dolał po brzegi.

– Chodź, wypijemy, staruszku. Wypijemy za to, żebyśmy nie musieli pić, żeby zobaczyć niebo – niebieskie, słońce – żółte, miasto – barwne. Wypij my za to. My z tobą chodzimy w Zmrok i widzimy, że z tej lewej strony świat zupełnie nie jest taki, jak wydaje się pozostałym. Ale przecież, z pewnością, jest nie tylko lewa strona świata. Za jaskrawe barwy!

W pełnym osłupieniu wypiłem pół szklanki.

– Nie podskakuj, chłopak – poprzednim tonem powiedział Siemion.

Dopiłem. Zagryzłem garścią chrzęszczącej, kwaśno-słodkiej kapusty. Spytałem:

– Siemion, dlaczego ty się tak zachowujesz? Po co ci ta maska, taki imidż?

– Słowa zbyt dla mnie mądre, nie rozumiem…

– Ajednak?

– Tak lżej, Antosiu. Każdy jak może, tak się chroni. Ja – tak.

– Co mam robić, Siemion? – spytałem. Bez żadnych objaśnień.

– Rób to, co powinieneś.

– A jeśli ja nie chcę robić tego, co powinienem? Jeśli nasza świetlana, najjaśniejsza prawda, nasze słowo honoru Patrolu i nasze wspaniałe dobre zamiary kością w gardle mi stają?

– Jedno zrozum, Antoni – mag schrupał ogóreczka. – Już dawno powinieneś by zrozumieć, ale zasiedziałeś się przy tym swoim złomie… Nasza prawda, jakkolwiek wielka i światła by była, składa się z wielu maleńkich prawd. I nawet jeśli Hesser ma pięć kilo rozumu we łbie i doświadczenie takie, że nie daj Boże, żeby się przyśniło. Ale ma także magicznie wyleczone hemoroidy, kompleks Edypa i nawyk nicowania starych zwycięskich schematów na nowe… To ja tylko tak, dla przykładu mówię, ja jego karaluchów nie łapałem, w końcu jednak to szef.

Wyciągnął nowego papierosa, ale tym razem nie ponowiłem sprzeciwu.

– Antoni, widzisz problem jest w tym… Jesteś jeszcze młodym facetem, przyszedłeś do Patrolu i ucieszyłeś się. W końcu to cały świat podzielił się na czarne i białe! Zrealizowało się marzenie ludzkości, stało się jasne, kto jest dobry, a kto zły. Tak więc zrozum. To nie tak. Zupełnie nie tak. Kiedyś wszyscy byliśmy tacy sami. I ci z Ciemności, i ci ze Światła. Siedzieliśmy przy ogniskach w jaskini, patrzyliśmy przez Zmrok, na którym pastwisku mamuty pasą się bliżej, przy śpiewach i pląsach z palców rzucaliśmy skry, a ognistymi kulami obce plemiona podpiekaliśmy. I byli, dla pełnej jasności przykładu, dwaj bracia – Inni. Ten, który pierwszy wszedł w Zmrok… może akurat wtedy był syty, a może po raz pierwszy zakochany… A drugi – na odwrót. Brzuch go bolał od niedojrzałego bambusa, kobieta odtrąciła, pod pretekstem bólu głowy i zmęczenia od skrobania skór. I tak poszło. Jeden wskaże mamuta i zadowolony. Drugi żąda kawałek trąby i córkę wodza na dokładkę. I tak rozdzieliliśmy się na Ciemność i Światło, na dobrych i złych… Proste jak tabliczka mnożenia, no nie? My tak małe dzieci Innych nauczamy… Tylko kto tobie powiedział… kto tobie powiedział, staruszku, że to wszystko się zatrzymało?

Siemion szybko, tak że aż zatrzeszczał fotel, pochylił się w moją stronę:

– Tak było, jest i będzie. Zawsze, Antosiu. Nie ma końca. Teraz my tego, kto złamie prawo i pójdzie przez tłum, tworząc dobro bez zezwolenia, rozpłaszczymy. W Zmrok go, naruszającego równowagę, psychopatę i histeryka… w Zmrok go. Ale co będzie jutro? Za sto lat, za tysiąc? Kto zobaczy? Ty, ja, Hesser?

– W takim razie…

– Masz swoją prawdę, Antoni? Powiedz, masz? Wierzysz w nią? W takim razie wierz w nią, a nie w moją, nie w Hessera. Wierz i walcz. Ile sił masz. Aż serce nie pęknie. Wolność tych z Ciemności nie dlatego jest przecież zła, że to wolność od innych. To znowu objaśnienie dla dzieci. Wolność dla Ciemnych – to przede wszystkim wolność od siebie, od swojego sumienia i duszy. Kiedy poczujesz, że nic w piersi nie boli – wtedy wołaj: Alarm!. Co prawda, już za późno będzie…

Zamilkł, zaczął grzebać w siatce, wyciągnął jeszcze jedną butelkę wódki. Westchnął:

– Druga. Widzę, że nie napijemy się dzisiaj. Nie uda się… A jeśli chodzi o Olgę i jej słowa…

Jak on to robi, że zawsze i wszędzie wszystko słyszy?

– Ona nie zazdrości Swietłanie tego, że ta zrobi to, co jej się nie udało. Nie tego, że u Świetlany jeszcze wszystko przed nią, a u Olgi, jeśli już szczerze mówić, wszystko z tyłu. Ona zazdrości, że ty jesteś obok Swiety i że chciałbyś ukochaną zatrzymać. Choćbyś i nic nie mógł zrobić. Hesser mógł, ale nie chciał. Ty nie możesz, ale chcesz. W sumie, być może, nie ma żadnej różnicy. Ale to i tak zawsze drażni. Rozrywa duszę, choćby nie wiem, ile ta dusza miała lat.

– Wiesz, do czego przygotowują Swietłanę?

– Tak – Siemion rozlał do szklanek wódkę.

– Do czego?

– Nie mogę powiedzieć. Podpisałem dokument o tajemnicy.

– Siemion…

– Mówię ci – podpisałem. Zdjąć koszulę, żebyś znak karzącego ognia na moich plecach zobaczył? Chlapnę coś – i spalę się razem z tym fotelem, a popiół zmieciesz do paczki po papierosach. Wybacz, Antoni. Nie męcz. Co mogłem – powiedziałem.

– Dziękuję – rzekłem. – Lepiej wypijmy. A nuż uda się upić. Mnie to jest potrzebne.

– Widzę – zgodził się Siemion. – Zaczynamy.

Rozdział 3

Obudziłem się bardzo wcześnie. Wokół panowała cisza, żywa cisza daczy, z szumem wiaterku, który w końcu, nad ranem, ochłodził się. Tylko że mnie to nie ucieszyło. Pościel była mokra od potu, a głowa bolała. Na sąsiednim łóżku – mieliśmy pokój trzyosobowy – monotonnie pochrapywał Siemion. Wprost na podłodze, owinięty w kołdrę, spał Tola – nie chciał spać na hamaku, bo rozbolały go uszkodzone w trakcie jakiejś bójki w siedemdziesiątym szóstym roku plecy i lepiej dla niego, gdy będzie spać na czymś twardym.

Objąłem potylicę dłońmi, żeby nie pękła przy raptownym ruchu, i usiadłem na łóżku. Spojrzałem na stolik nocny, ze zdziwieniem zauważyłem dwie tabletki aspiryny i butelkę borżomi. Kim jest ta dobra dusza…

Wypiliśmy wczoraj we dwóch trzy butelki… tak… Potem przyszedł do nas Tola. Potem jeszcze ktoś, przynieśli wino. Ale wina już nie piłem. Zachowałem jeszcze resztki rozumu.

Popiłem aspirynę połową butelki mineralnej i przez jakiś czas siedziałem tępo wpatrując się w podłogę, oczekując na działanie lekarstwa. Ból nie mijał. Chyba nie wytrzymam.

– Siemion… – zachrypiałem. – Siemion…

Mag otworzył jedno oko. Wyglądał zupełnie normalnie. Jakby nie wypił więcej ode mnie. Oto co znaczy sto lat więcej doświadczenia.

– Głowa… zdejmij…

– Nie mam pod ręką topora – burknął mag.

– A idź ty… – jęknąłem. – Ból zdejmij!

– Antoni, piliśmy dobrowolnie? Nikt nas nie zmuszał? Było nam przyjemnie?

Odwrócił się na drugi bok.

Zrozumiałem, że od Siemiona pomocy nie mam co oczekiwać. A zresztą, miał rację, ale nie mogłem już dłużej wytrzymać. Wymacałem stopami adidasy, przestąpiłem przez śpiącego Tolę i wyszedłem z pokoju.