Sypialnie dla gości były dwie, ale w drugiej drzwi były zamknięte. Natomiast w końcu korytarza, w sypialni gospodyni, drzwi były otwarte. Wspomniałem słowa Tygryska o zdolnościach uzdrowicielskich, bez wahania wszedłem tam.
Nie, wygląda na to, że dzisiaj wszystko obróciło się przeciw mnie… Nie i było jej tam. Ignacego z Leną, mimo moich podejrzeń, też tam nie było. Spała tam Tygrysek z Julka. Dziewczynka spała, po dziecięcemu zwieszając nogę i rękę z łóżka.
Mnie teraz było wszystko jedno, kto mi pomoże. Podszedłem ostrożnie, przysiadłem obok szerokiego łóżka i szeptem poprosiłem:
– Julia… Julcia… Dziewczyna otworzyła oczy, zamrugała. I ze współczuciem spytała:
– Kac?
– Tak – nie mogłem nawet kiwnąć głową, bo właśnie w mojej głowie ktoś odpalił granat.
– Uhu…
Zamknęła oczy i moim zdaniem nawet znowu się zdrzemnęła, objąwszy mnie przy tym za szyję. Przez kilka sekund nic się nie działo, potem ból zaczął błyskawicznie ustępować. Jakby w potylicy po cichu ktoś odkręcił kranik i zaczęto wypuszczać zebraną tam, bulgoczącą truciznę.
– Dziękuję… – wyszeptałem tylko – Julcia, dziękuję.
– Nie pij tak dużo, przecież nie potrafisz – wymamrotała dziewczynka i zachrapała równo, jakby momentalnie przełączyła swój tryb z pracy na sen. Potrafią to tylko dzieci i komputery.
Wstałem, z zachwytem odczuwając, że świat nabrał barw. Siemion, oczywiście, miał rację. Trzeba być odpowiedzialnym. Ale czasami na to po prostu nie starcza sil, zupełnie nie wystarcza… Rozejrzałem się po pokoju. Cała sypialnia była utrzymana w beżowej tonacji, nawet pochyłe okno – trochę przyciemnione, wieża stereo – złocista, dywan na podłodze – puszysty, jasnobrązowy.
Poczułem się nagle nieswojo. Tu mnie przecież nikt nie zapraszał.
Cicho podszedłem do drzwi i już kiedy wychodziłem, usłyszałem głos Julii:
– Snikersa mi kupisz, dobra?
– Dwa – zgodziłem się.
Mogłem pójść pospać, ale z łóżkiem były związane dostatecznie nieprzyjemne wspomnienia. Miałem wrażenie, że wystarczy położyć się, a ukryty w poduszce ból pojawi się znowu. Zajrzałem tylko do pokoju, wziąłem koszulę i dżinsy i stojąc na progu ubrałem się.
Czy naprawdę wszyscy śpią? Tygrysek gdzieś tam biega… ale ktoś, z pewnością, zasiedział się przy butelce i rozmowie do samego rana.
Na pierwszym piętrze był jeszcze malutki holi – tam znalazłem Daniiła i Nastię z działu naukowego, spokojnie siedzących na kanapce, i pospiesznie stamtąd zrejterowałem. Pokiwałem głową… Danii! miał bardzo miłą sympatyczną żonę, a Nastia miała starego i szaleńczo w niej zakochanego męża.
Co prawda, oni byli tylko ludźmi.
A my – Inni – jesteśmy wolontariuszami Światła. Nic nie można poradzić, moralność mamy inną. Jak na froncie, z wojenno-polowymi romansami i sanitariuszkami, pocieszającymi zarówno oficerów jaki szeregowców nie tylko na szpitalnym łóżku. Na wojnie zbyt ostro odczuwa się smak życia…
Tu gdzieś była biblioteka. Tam znalazłem Garika i Farida. Już ci z pewnością gadali przez całą noc, przy butelce, i to nie jednej. I zasnęli w fotelach, widać zupełnie niedawno – przed Faridem na stole jeszcze trochę dymiła się fajka. Na podłodze leżały sterty wyciągniętych z biblioteczek książek, widać o coś długo się kłócili, przyzywając jako sprzymierzeńców pisarzy i poetów, filozofów i historyków…
Zszedłem na dół po drewnianych, krętych schodach. No, czy nie znajdzie się ktoś, kto zachwyci się ze mną tym cichym, pięknym porankiem?
W gościnnym też spano. Zajrzałem do kuchni i nie znalazłem tam nikogo Oprócz wciśniętego w róg psa.
– Ożyłeś? – spytałem.
Terier odsłonił kły i żałośnie zaskamlał.
– No, a kto ciebie wczoraj prosił o atak? – przysiadłem przed psem.
Wziąłem ze stołu kawałek kiełbasy… dobrze ułożony pies, sam nie wziął… -Weź.
Kłapnął zębami nad dłonią, zmiatając kiełbasę.
– Będziesz grzeczny, to i dla ciebie będą grzeczni! – wyjaśniłem mu. -. I nie chowaj się po kątach.
No nie, może jednak ktoś rześki znajdzie się?
Wziąłem i sobie kawałek kiełbasy. Żując, przeszedłem przez gościnny i zajrzałem do gabinetu.
Tu też spano.
Narożna kanapka, nawet rozłożona, była bardzo wąska. Dlatego leżeli ciasno przytuleni. Ignacy pośrodku, rozkładając muskularne ręce i słodko uśmiechając się. Lena przycisnęła się do jego lewego boku, jedną rękę wsunąwszy w jego gęstą jasną fryzurę, dragą – przerzuciła przez jego pierś na drugą partnerkę naszego donżuana. Swietłana wtuliła swoją twarz pod wygoloną pachę Ignacego, ręce jej skrywały się pod na pół zrzuconą kołdrę. Ręka Leny leżała na jej piersi.
Bardzo dokładnie i cicho zamknąłem drzwi.
Restauracyjka była bardzo przytulna. „Morski Wilk", jak sugerowała nazwa, słynął z dań rybnych i sympatycznego „okrętowego" wnętrza. W dodatku znajdował się zaraz obok stacji metra A dla wątłej klasy średniej, gotowej od czasu do czasu zabawić się w restauracji, ale oszczędzającej na taksówkach, było to argument całkiem ważny.
Ten gość przyjechał samochodem, starym, ale zupełnie dobrze utrzymanym moskwiczem, szóstką. Kelnerzy uznali jednak, że jest znacznie bardziej wypłacalny niż sugerowałby to jego samochód. Spokój, z jakim mężczyzna opróżniał drugi kieliszek drogiej duńskiej wódki, nie interesując się ani ceną, ani ewentualnymi problemami z drogówką, tylko potwierdzał taką opinie.
Kiedy kelner przyniósł zamówionego jesiotra, mężczyzna na chwilę podniósł wzrok i spojrzał na niego. Wcześniej siedział, wodząc wykałaczką po obrusie, a czasami nieruchomiał, kontemplując płomień szklanej lampki olejowej, a teraz nagle wbił przenikliwe spojrzenie w jego twarz.
Kelner nikomu nie opowiedział o tym, co się z nim stało w jednej chwili. Wydawało mu się, że spojrzał w dwie błyszczące studnie. Tak oślepiające, że Światło nie można było odróżnić od Ciemności.
– Dziękuję – powiedział gość.
Kelner odszedł, z trudem powstrzymując się od przyspieszenia kroku. Powtarzał sobie – to przecież tylko odblask lamp w przytulnym półmroku restauracji. To tylko odblaski światła w ciemności tak dziwnie odbiły się w oczach…
Borys Ignatjewicz siedział dalej, łamiąc wykałaczki. Jesiotr ostygł, wódka w kryształowej karafce ogrzała się. Za przegródką z grubych lin, imitacji kół sterowych i żagli jakieś większe towarzystwo obchodziło czyjś dzień urodzin, sypały się życzenia, przeklinali upał, podatki i jakichś tam „dzikich" bandytów.
Hesser, szef moskiewskiego oddziału Nocnego Patrolu, czekał.
Psy, które zostały na podwórzu, rozbiegły się na mój widok. Ciężko przeżyły zamrożenie, ciężko. Ciało nie słucha, ani nie można wciągnąć powietrza, ani zaszczekać, ślina zastyga w pysku, powietrze ściska ciężką rozpaloną dłonią…
A dusza żyje.
Ciężko to przeżyły pieski.
Brama była na wpół otwarta, wyszedłem, chwilę postałem, nie całkiem rozumiejąc dokąd idę, po co idę i co zmierzam zrobić.
Czy to nie wszystko jedno?
Nie czułem krzywdy ani obrazy. Nawet bólu. Nigdy nie byliśmy ze sobą blisko. Co więcej, ja sam wytrwale stawiałem bariery. Nie potrafię żyć chwilą, pragnę wszystkiego, od razu i na zawsze…
Namacałem na pasku odtwarzacz i włączyłem, zdając się na przypadkowy wybór nagrania. Zawsze jest dobre. Może dlatego, że ja, podobnie jak Tygrysek, już od dawna kieruję nieskomplikowaną elektroniką, sam tego nie zauważając?
Kto winny, że jesteś zmęczony? Ze nie znalazłeś, a tak czekałeś? Wszystko straciłeś, a tak szukałeś, Wzleciałeś w niebo – i zleciałeś… I czyja wina, że dzień po dniu Zycie ucieka cudzą drogą, i samotny pozostał twój dom, I pusto za twoim oknem… Ciemnieje światło i milkną dźwięki, I twoje ręce szukają nowej męki, I jeśli twój ból już opada – To idzie nowa bieda…