Złapałem się na tym, że stoję, przyciskając twarz do pnia cieniutkiej sosen-ki. Stoję i walę pięścią w drzewo. Ze złości lub z żalu. Powstrzymałem rękę, już podrapaną do krwi. Ale dźwięk dochodził mnie nadal. Płynął z lasu, z samej granicy bariery magicznej. Takie same rytmiczne uderzenia, nerwowy werbel.
Pochyliwszy się jak pochłonięty grą w wojnę paintballista, pobiegłem kryjąc się między drzewami. Właściwie to domyślałem się, co zobaczę.
Na maleńkiej polance skakał tygrys. Tygrysica, mówiąc dokładniej. Czarno-pomarańczowe futro lśniło w promieniach wschodzącego słońca. Tygrysica nie widziała mnie – w tej chwili nie widziała nikogo i niczego. Rzucała się między drzewami, a jej ostre pazury zrywały korę. Białe rany pojawiały się na sosnach. Niekiedy tygrysica zamierała, stawała na tylnie łapy i zaczynała walić w pnie przednimi łapami.
Powoli ruszyłem do tylu.
Każdy z nas odpoczywa, jak umie. Każdy z nas prowadzi walkę nie tylko z Ciemnością, ale i ze Światłem. Dlatego że ono – od czasu do czasu – nas oślepia.
Tylko nie trzeba nam współczuć -jesteśmy bardzo, bardzo dumni. Żołnierze światowej wojny Dobra ze Złem, wieczni wolontariusze.
Rozdział 4
Chłopak wszedł do restauracji tak pewnym krokiem, jakby codziennie tu przychodził na śniadanie. Ale przecież tak nie było.
Od razu skierował się do stolika, przy którym siedział niewysoki smagły mężczyzna – wyglądało na to, jakby od dawna się znali. Nawiasem mówiąc, to też nie było prawdą. Robiąc ostatni krok, płynnie opadł na kolana. Nie upadł, nie rzucił się – spokojnie przyklęknął, nie tracąc godności i nie chyląc pleców.
Kelner, przechodzący obok, przełknął ślinę i odwrócił się. Wszystko widział, nie tylko takie drobiazgi, jak mafijnego bandziora, płaszczącego się niewolniczo przed szefem. Ale chłopak nie wyglądał na bandytę, a mężczyzna na bossa.
I kłopoty, które już wyczuwał, zapowiadały się na groźniejsze niż bandycka rozróba. Nie wiedział, ale wyczuł… ponieważ sam był Innym, chociaż nie inicjowanym.
Zresztą chwilę później już kompletnie zapomniał o widzianej scenie. Coś smętnie ściskało mu serce, ale co -już nie pamiętał.
– Wstań, Aliszer – cicho powiedział Hesser. -Wstań. U nas tego się niepraktykuje.
Chłopak podniósł się z kolan i usiadł naprzeciw szefa Nocnego Patrolu. Kiwnął głową:
– U nas też. Teraz nie. Ale mój ojciec prosił mnie, żebym padł przed tobą na kolana, Hesser. Był przywiązany do starych zasad. On też by padł na kolana. Ale już nie może.
– Wiesz, jak zginął?
– Tak. Widziałem jego oczami, słyszałem jego uszami, cierpiałem jego bólem.
– Daj i mnie jego ból, Alszirze synu ifryta i kobiety z ludzi.
– Przyjmij to, o co prosisz, Hesser, trzebicielu zła, równy bogom, których nie ma.
Popatrzyli sobie w oczy. Potem Hesser skinął.
– Znam zabójców. Twój ojciec zostanie pomszczony.
– To ja powinienem zrobić.
– Nie. Nie poradzisz sobie i nie masz prawa. Przyjechaliście do Moskwy nielegalnie.
– Weź mnie do swojego Patrolu, Hesser.
Szef Nocnego Patrolu zaprzeczył głową.
– Byłem najlepszy w Samarkandzie – chłopak z uwagą popatrzył na niego. – Nie uśmiechaj się, wiem, że tutaj będę ostatnim. Weź mnie do Patrolu. Uczyń uczniem uczniów, psem łańcuchowym. Zaklinam na pamięć ojca – przyjmij mnie do Patrolu.
– Prosisz o zbyt wiele, Aliszer. Prosisz, abym podarował tobie twoją śmierć.
– Już umierałem, Hesser. Kiedy ojcu wypili duszę – umarłem razem z nim. Szedłem, uśmiechając się, a on odciągał tych z Ciemności. Zszedłem do metro, gdy jego prochy deptano nogami. Hesser, mam prawo do prośby.
Hesser skinął.
– Niech tak się stanie. Jesteś w moim Patrolu, Aliszer.
Na twarzy chłopaka nie widać było żadnych emocji. Skinął i na moment przyłożył dłoń do piersi.
– Gdzie jest to, co wieźliście, Aliszer?
– Ze mną, panie.
Hesser milcząc wyciągnął przez stół rękę.
Aliszer rozpiął torebkę na pasie. Wyjął bardzo ostrożnie maleńki prostokątny zwitek z grubej tkaniny.
– Przyjmij ją, Hesser, zwolnij mnie z obowiązku.
Dłoń Hessera przykryła dłoń chłopaka, palce zamknęły się. Po sekundzie, kiedy cofnął rękę, w niej już niczego nie było.
– Twoja służba już się skończyła, Aliszer. Teraz my po prostu odpocznie my. Będziemy jeść, pić i wspominać twojego ojca. Opowiem ci wszystko, co będę mógł sobie przypomnieć.
Aliszer skinął głową. Nie wiadomo, czy słowa Hessera sprawiły mu przyjemność, czy też po prostu podporządkowuje się jego woli.
– Mamy pół godziny-mimochodem powiedział Hesser.-Potem tutaj przyjdą ci z Ciemności. Mimo wszystko odnaleźli twój trop. Za późno, ale znaleźli.
– Będzie bój, panie?
– Nie wiem – Hesser wzruszył ramionami. – Co za różnica? Zawulon jest daleko. Pozostałych się nie obawiam.
– Będzie bój – w zamyśleniu powiedział Aliszer. Rozejrzał się po sali.
– Usuń wszystkich z restauracji – doradził Hesser. – Grzecznie, powoli. Chcę zobaczyć twoją technikę. A potem odpoczniemy i poczekamy na gości.
Około jedenastej wszyscy zaczęli się budzić.
Czekałem na tarasie, leżąc w leżaku, wyciągnąłem nogi, od czasu do czasu pijąc przez słomkę dżin z tonikiem z wysokiej szklanki. Było mi dobrze – doświadczałem słodkiego bólu masochisty. Kiedy ktoś pojawiał się w drzwiach, witałem go przyjaźnie wymachując ręką i wypuszczając maleńką tęczę z rozpostartych palców. Zabawa to dziecięca i wszyscy się uśmiechali. Ziewająca Julia, zobaczywszy takie powitanie, pisnęła i wypuściła w odpowiedzi swoją tęczę. Przez parę minut rywalizowaliśmy, potem wyczarowaliśmy łuk dla dwojga, dosyć spory, idący do lasu. Julia powiedziała, że idzie szukać garnca ze złotem, i z dumą przeszła pod różnobarwnym łukiem. Jeden z terierów spokojnie biegł obok niej.
Czekałem.
Pierwsza z tych, na których czekałem, wyszła Lena. Wesoła, rześka, w samym kostiumie kąpielowym. Zobaczywszy mnie, na moment się zatrzymała, ale natychmiast mi skinęła i pobiegła do wrót. Przyjemnie było spojrzeć, jak się porusza – zgrabna, elastyczna, pełna życia. Teraz rzuci się w zimną wodę, by otrzeźwieć w samotności, i z zaostrzonym apetytem wróci na śniadanie…
Za nią pojawił się Ignacy. W kąpielówkach i klapkach.
– Cześć, Antoni! – wesoło krzyknął. Podszedł, podciągnął sąsiedni leżak, powalił się na niego. – Jak humor?
– Bojowy! – oznajmiłem podnosząc szklankę.
– Brawo – Ignacy poszukał wzrokiem butelki, nie znalazł, sięgnął do słomki i kumplowsko napił się z mojej szklanki. – Za słaby, zmieszałeś.
– Już wczoraj zakosztowałem dostatecznie.
– Rozumiem, no to teraz uważaj – doradził Ignacy. – A my wczoraj cały wieczór piliśmy szampana. A potem w nocy doprawiliśmy się koniakiem. Bałem się, że głowa mnie rozboli, ale nie. Obeszło się.
Na niego nawet obrazić się nie było można.
– Ignacy, w dzieciństwie kim chciałeś być? – spytałem.
– Sanitariuszem.
– Co?
– No, powiedziano mi, że jako pielęgniarka mężczyzna nie może pracować, a ja chciałem ludzi leczyć. I zdecydowałem się, że jak dorosnę – będę sanitariuszem.
– Nieźle – zachwyciłem się. – A dlaczego nie lekarzem?
– Zbyt duża odpowiedzialność – samokrytycznie przyznał się Ignacy. – I uczyć się trzeba zbyt długo.
– I co byłeś?
– Tak. Jeździłem w pogotowiu, w brygadzie psychiatrycznej. Ze mną wszyscy lekarze lubili pracować.
– Dlaczego?