Выбрать главу

Zaakceptowana przez najwyższe kierownictwo…

Zaakceptowana przez Światło…

Po co ja się rzucam? Nawet nie mam do tego prawa. Żadnego. I żadnych szans. Absolutnie. Można pocieszać się porzekadłem o ziarenku piasku w mechanizmie zegara, ale teraz – ziarenko znajduje się między żarnami.

A co najbardziej mnie przygnębia, że te żarna są przyjacielskie i opiekuńcze. Nikt mnie nie będzie prześladował. Nikt nie będzie ze mną walczył. Po prostu przeszkodzą popełnić głupstwa, które i tak nie przyniosłyby żadnej korzyści.

Ale dlaczego w takim razie tak boli… tak nie do zniesienia boli w piersi.

Stałem na tarasie, ściskając w bezsilnej złości pięści, kiedy na moim ramieniu poczułem rękę.

– Wydaje się, że już do czegoś doszedłeś, Antoni?

Spojrzałem na Siemiona, potaknąłem.

– Ciężko?

– Tak – przyznałem.

– Pamiętaj tylko o jednym… proszę. Ty nie jesteś ziarnkiem piasku. Nikt z ludzi nie jest ziarenkiem piasku. A tym bardziej – żaden Inny.

– Jak długo trzeba żyć, żeby tak zgadywać myśli?

– Ze sto lat, Antoni.

– W takim razie Hesser może czytać w każdym z nas jak w otwartej książce.

– Oczywiście.

– W takim razie powinienem oduczyć się myśleć – powiedziałem.

– Na początku trzeba się tego uczyć. Wiesz już, że w mieście była awantura?

– Kiedy?

– Kwadrans temu. Już wszystko się zakończyło.

– A co się stało?

– Do szefa przyjechał kurier, skądś ze Wschodu. Ci z Ciemności usiłowali go śledzić i zniszczyć. Na oczach szefa – Siemion zaśmiał się.

– Przecież to wojna!

– Nie, oni mieli prawo. Kurier przyjechał nielegalnie.

Rozejrzałem się dookoła. Nikt nigdzie się nie spieszył. Nie uruchamiano samochodów, nie pakowano rzeczy. Ignacy i Ilja znowu rozpalali palenisko.

– Nie musimy wracać?

– Nie. Szef poradził sobie sam. Była niewielka bijatyka, bez ofiar. Kurier został przyjęty do naszego Patrolu i tamci musieli oddalić się z niczym. Tylko restauracja trochę ucierpiała.

– Jaka znowu restauracja?

– W której szef spotkał się z kurierem – cierpliwie wyjaśniał Siemion. – Pozwolono nam kontynuować odpoczynek.

Spojrzałem na niebo – oślepiająco błękitne, nabrzmiewające żarem upału.

– Wiesz, odechciało mi się już odpoczywać. Wrócę do Moskwy. Myślę, że nikt się nie obrazi.

– Oczywiście, że nie.

Siemion wyjął papierosy, zapalił. I otwarcie powiedział:

– Na twoim miejscu dowiedziałbym się, co takiego przywiózł kurier ze Wschodu. Możliwe, że to jest ta twoja szansa.

Gorzko zaśmiałem się.

– Ci z Ciemności nie mogli się tego dowiedzieć, a ty mi proponujesz, bym przeszukał sejf szefa?

– Oni nie mogli tego zabrać. Czymkolwiek to było. Zabierać ani nawet dotknąć ładunku, oczywiście, nie masz prawa. Ale dowiedzieć się…

– Dziękuję. Naprawdę, dziękuję.

Siemion skinął głową, bez zbytniej skromności przyjmując podziękowanie.

– Rozliczymy się w Zmroku… Tak, wiesz, ja też zmęczyłem się odpoczynkiem. Po obiedzie wezmę Tygryskowi motocykl i pojadę do miasta. Podrzucić ciebie?

– Mhm.

Było mi wstyd. Z pewnością taki wstyd w pełni mogą odczuwać tylko Inni. Zawsze rozumiemy, kiedy ktoś coś dla nas robi, kiedy dają nam niezasłużone podarki, których jednak nie mamy siły odmówić.

Nie mogłem pozostać tu dłużej. W żaden sposób nie mogłem. Patrzeć na Swietłanę, Olgę, Ignacego. Słuchać ich prawdy.

Moja prawda na zawsze pozostanie we mnie.

– A umiesz prowadzić motocykl? – spytałem, niezgrabnie zmieniając temat rozmowy.

– W pierwszym rajdzie Paryż-Dakar brałem udział. Chodź, pomożemy chłopakom.

Pochmurnie spojrzałem na Ignacego, rąbiącego drewno. Operował siekierą jak wirtuoz. A po każdym uderzeniu na sekundę zastygał, mimochodem obrzucając wzrokiem otoczenie, naprężając mięśnie.

Bardzo siebie kochał. Cały pozostały świat, zresztą, nie mniej. Ale siebie – przede wszystkim.

– Pomożemy – zgodziłem się. Wziąłem zamach i rzuciłem przez Zmrok znak potrójnego ostrza. Kilka pieńków rozpadło się na, jakby na wymiar przycięte, polana. Ignacy, który zamachnął się do kolejnego uderzenia, stracił równowagę i o mało nie upadł. Pokręcił głową.

Rzecz jasna, ślad mojego uderzenia pozostał w przestrzeni. Zmrok dźwięczał, chciwie wypijając energię.

– Antoś, po co?-z lekką urazą spytał Ignacy. – No po co? To niesportowo!

– Za to efektywnie – odpowiedziałem, schodząc z tarasu. – Jeszcze narąbać?

– A niech ciebie… – Ignacy nachylił się, zbierając polana. – W ten sposób dojdziemy do tego, że szaszłyk będziemy piec na piorunach kulistych…

Nie czułem się winny, ale zacząłem mimo wszystko pomagać. Drewno było porąbano równo, cięcia świeciły się soczyście bursztynową żółcią. Aż szkoda takiego piękna na ogień…

Potem spojrzałem w kierunku domu i zobaczyłem w oknie parteru Olgę. Obserwowała moją eskapadę bardzo poważnie. Zbyt poważnie. Pomachałem do niej ręką.

Rozdział 5

Tygrysek miała świetny motocykl… jeśli tak nieodpowiednie słowo w ogóle może określać harleya. Choćby najprostszy z jego modeli – wszystko jedno, są harley davidsony i – inne motocykle.

Po co on Tygryskowi, nie wiedziałem – sądząc po wyglądzie, używano go raz lub dwa w roku na jazdę do miasta. Pewnie podobnie jak ogromny dom, w którym czarodziejka mieszkała tylko w dni wolne od pracy. Ale dzięki temu dojechaliśmy do miasta jeszcze przed drugą po południu.

Siemion kierował ciężką dwukołową maszyną jak wirtuoz. Nigdy bym tak nie potrafił, nawet aktywując złożone w pamięci „ekstremalne nawyki" i podpatrując linie prawdopodobieństwa rzeczywistości. Mógłbym dojechać z taką samą prawie szybkością, ale straciłbym znaczną część swojej zapasowej energii. A Siemion po prostu prowadził i cała jego przewaga na człowiekiem-kierowcą polegała jedynie na większym doświadczeniu.

Nawet przy prędkości stu kilometrów powietrze nie chłodziło. Wiatr szorstkim gorącym ręcznikiem uderzał nas po policzkach. Jakbyśmy jechali po patelni – nieskończonej, asfaltowej, pełnej mozolnie pełznących, już podpieczonych na słońcu samochodów. Trzy razy wydawało mi się, że nie unikniemy zderzenia – z jakimś samochodem albo usłużnie nadstawiającym się słupem. Pewnie na śmierć się nie rozbijemy, chłopaki wyczują, przyjadą, zbiorą nas po kawałeczku… ale przyjemne to nie będzie.

Dojechaliśmy bez przygód. Po przejechaniu obwodnicy Siemion z pięć razy skorzystał z magii, ale tylko po to, żeby odwrócić uwagę drogówki.

O adres Siemion nie pytał, chociaż nie był u mnie nigdy. Zatrzymał się przy podjeździe, wyłączył silnik. Podrostki, ciągnące tanie piwo na placu zabaw dla dzieci, natychmiast ucichli, wpatrując się w motocykl. Pięknie jest mieć w życiu takie proste i jasne marzenia – piwo, extasy na dyskotece, przyjaciółkę i harleya pod tyłkiem.

– Dawno miałeś przeczucia? – spytał Siemion.

Zadrżałem. Na ogół nie rozgłaszałem wszem i wobec, że czasami miewam przewidzenia.

– Dosyć dawno.

Siemion skinął. Spojrzał w górę, na moje okna. Dlaczego nagle o to zapytał, nie wyjaśnił.

– Może pójść na górę z tobą?

– Słuchaj, chyba nie jestem dziewczyną, żeby odprowadzać mnie do drzwi. Mag uśmiechnął się:

– Nie myl mnie z Ignacym… Dobra, zostawmy to. Bądź ostrożny.

– W czym?

– We wszystkim, z pewnością. Motor zamruczał. Mag pokiwał głową:

– Coś… coś nadchodzi, Antoni. Zbliża się. Bądź ostrożny.

Skokiem ruszył z miejsca, wywołując kilka zachwyconych okrzyków młodzieży, z łatwością wjechał w wąski przejazd między zaparkowaną wołgą i powolnie jadącym żyguli. Popatrzyłem za nim, kiwając głową. Nie muszę być wizjonerem, by wiedzieć, że Siemion będzie cały dzień kręcić się po Moskwie, potem przyłączy się do jakiejś grupy rockersów, w ciągu piętnastu minut zaprzyjaźni się z nimi i przyczyni się do powstania paru nowych legend o zwariowanym starym motocykliście.