Выбрать главу

Bądź ostrożny…

W czym?

I po co, najważniejsze?

Wszedłem do klatki, automatycznie wystukałem kod na zamku, ściągnąłem windę. Jeszcze rankiem odpoczywałem, byli przyjaciele, było fajnie.

Wszystko to jest nadal, tylko mnie tam już nie ma.

Mówi się, że kiedy mag Światła ma upaść, zawsze przedtem pojawiają się „błyski", jak u chorych przed atakiem epilepsji. Bezmyślne używanie mocy… podobne do zabijania much piorunami kulistymi i rabanie drew zaklęciami bojowymi. Kłótnie z ukochanymi. Nieoczekiwane kłótnie z niektórymi z przyjaciół i równie nieoczekiwane ciepłe stosunki z innymi. Wszystko to jest znane i wszyscy wiemy, czym kończy się upadek tych ze Światła.

Bądź ostrożny…

Podszedłem do drzwi i zacząłem szukać kluczy.

Ale drzwi były otwarte.

Klucze mieli jeszcze moi rodzice. Ale oni nigdy nie przyjechaliby do mnie z Saratowa bez uprzedzenia. Zresztą i tak wyczułbym ich zbliżanie się.

Zwykły ludzki bandyta do mojego mieszkania nigdy się nie włamie, zatrzyma go prościutki znak na progu. A na Innych czekają inne przeszkody.

Rzecz jasna, są do pokonania – to tylko kwestia użytej Mocy. Ale systemy obronne powinny były zadziałać!

Stałem patrząc na wąską szczelinę pomiędzy drzwiami a futryną, na szczelinę, która nie mogła istnieć. Spojrzałem poprzez Zmrok, ale nie zobaczyłem niczego.

Broni ze sobą nie miałem. Pistolet był w mieszkaniu. Tuzin bojowych amuletów – także.

Można było postąpić według instrukcji. Pracownik Nocnego Patrolu, stwierdziwszy fakt wtargnięcia kogoś obcego do swojego mieszkania, znajdującego się pod ochroną magiczną, jest zobowiązany powiadomić operacyjnego dyżurnego i kuratora, potem…

Gdy sobie jednak wyobraziłem, że będę teraz wzywać Hessera, który przed kilkoma godzinami mimochodem rozgonił cały Dzienny Patrol, jakakolwiek chęć wypełnienia instrukcji znikła. Złożyłem palce, podwieszając na szybkie zaklęcie „zamrożenie". Pewnie przypomniał mi się efektowny gest Siemiona…

Bądź ostrożny?

Pchnąłem drzwi i wszedłem do własnego, a jednak w tej jednej sekundzie cudzego mieszkania.

Już wchodząc, uprzytomniłem sobie, kto mógł mieć dość mocy, pełnomocnictw i mieć tyle bezczelności, by przyjść do mnie bez zaproszenia.

– Dzień dobry, szefie! – powiedziałem, i zajrzałem do gabinetu.

W jakimś stopniu, rzecz jasna, się nie myliłem…

Zawulon, który siedział w fotelu przy oknie, ze zdziwieniem podniósł brwi. Odłożył „Argumenty i Fakty", które czytał. Powoli zdjął okulary w cienkiej złotej oprawie. I dopiero potem odpowiedział:

– Dzień dobry, Antoni. Wiesz, cieszyłbym się, mogąc być twoim szefem.

Uśmiechał się – mag Ciemności powyżej jakiejkolwiek kategorii, dowódca Dziennego Patrolu Moskwy. Jak zwykle, miał idealnie leżący na nim garnitur i jasnoszarą koszulę. Szczupły, krótko ostrzyżony Inny nieokreślonego wieku.

– Pomyliłem się – powiedziałem. – Co ty tu robisz? Zawulon wzruszył ramionami:

– Weź amulet. Jest gdzieś w biurku, czuję go.

Podszedłem do biurka i wysunąłem szufladę, wyjąłem kościany medalion na miedzianym łańcuszku. Ścisnąłem w garści – wyczułem, jak się ogrzewa.

– Zawulonie, nie masz władzy nade mną…

Mag Ciemności skinął:

– Dobrze. Nie chcę, żebyś miał jakiekolwiek wątpliwości co do własnego bezpieczeństwa.

– Co ty robisz w domu członka Nocnego Patrolu? Mogę zwrócić się do trybunału.

– Wiem – Zawulon rozłożył ręce. – Wszystko wiem. Nie mam prawa. Głupi jestem. Sam się narażam i narażam Dzienny Patrol. Ale przyszedłem do ciebie nie jak do wroga.

Zmilczałem.

– Tak, o urządzenia podsłuchowe i obserwacyjne możesz się nie niepokoić – niedbale rzucił Zawulon. – zarówno o te wasze, jak i o te, które instaluje Inkwizycja. Pozwoliłem sobie… powiedzmy tak- uśpić je. Wszystko, co sobie powiemy, na zawsze zostanie między nami.

– Człowiekowi wierz na pięćdziesiąt procent, tym ze Światła – na dwadzieścia pięć, tym z Ciemności – wcale… – wymamrotałem.

– Oczywiście. Nie możesz mi wierzyć. Nawet powinieneś! Ale proszę ciebie, byś mnie wysłuchał… – Zawulon nagle uśmiechnął się, zadziwiająco otwarcie i pokojowo. – Ty przecież jesteś ze Światła. Jesteś obowiązany pomagać. Wszystkim. Komukolwiek, kto poprosi o pomoc… nawet mnie. I ja proszę…

Wahałem się chwilę, podszedłem do kanapki, usiadłem. Nie zdejmując butów, nie zdejmując podwieszonego „zamrożenia", jakkolwiek trudno mi było wyobrazić siebie walczącego z Zawulonem.

Obcy w moim mieszkaniu. Mój dom – moją twierdzą… a ja prawie w to uwierzyłem przez te lata pracy w Patrolu.

– Na początku – jak wszedłeś? – spytałem.

– Na początku wziąłem najzwyklejszy wytrych, ale…

– Zawulon, wiesz o czym mówię. Bariery sygnalizacyjne można zniszczyć, ale nie oszukać. One musiały zadziałać, gdy ktokolwiek obcy przenikał.

Mag Ciemności westchnął.

– Pomógł mi wejść Kostia. Przecież dałeś mu zezwolenie na wejście.

– Sądziłem, że jest moim przyjacielem. Choć wampirem.

– On jest twoim przyjacielem – Zawulon uśmiechnął się. – I chce ci pomóc.

– Po swojemu.

– Po naszemu. Antoni, wszedłem do twojego domu, ale nie mam zamiaru zrobić ci jakiejkolwiek szkody. Nie przeglądałem dokumentów służbowych, które są przechowywane u ciebie. Nie zostawiłem śledzących znaków. Przyszedłem pomówić.

– Mów.

– Obaj mamy problem. Jeden i ten sam. I dzisiaj powiększył się on do gigantycznych rozmiarów.

Wiedziałem, jak tylko zobaczyłem Zawulona, na czym zakończy się rozmowa. Dlatego tylko skinąłem głową.

– Dobrze… rozumiesz… – mag Ciemności pochylił się, westchnął. – Antoni, nie mydlę ci oczu. Ty i ja patrzymy na świat inaczej. I swoje obowiązki pojmujemy nie tak samo. Ale nawet w takich sytuacjach dochodzi do przecięcia się interesów. Nas, z Ciemności, można o cokolwiek oskarżać – z waszego punktu widzenia. Czasami postępujemy całkiem niejednoznacznie. I w stosunku do ludzi… chociaż w sposób wymuszony, wynikający z naszej natury, odnosimy się mniej delikatnie… Tak, to prawda. Jednak nikt, zwróć uwagę, nikt i nigdy nie oskarżał nas o próbę totalnej ingerencji w los ludzkości! Po zawarciu Traktatu żyjemy swoim życiem… i chcielibyśmy oczekiwać tego samego od was.

– Nikt nie oskarżał – zgodziłem się. – Ponieważ, bądź co bądź, czas pracuje na was.

Zawulon potaknął:

– A co to oznacza? Może jesteśmy bliżej ludzi? Może to my mamy rację?

Zresztą, zostawmy te spory, nie mają końca. Powtarzam – szanujemy Traktat.

I naprawdę trzymamy się go bardziej literalnie niż siły Światła.

Zwykła praktyka w dyskusji. Na początku uznać swoją jakąkolwiek ogólną winę. Potem delikatnie zarzucić rozmówcy, że on też jest współwinny, potępić go i w tym samym momencie wycofać się… zapomnijmy.

I dopiero potem przejść do rzeczy najważniejszej.

– Zresztą, przejdźmy do sedna – Zawulon spoważniał. – Co my tak cały czas w kółko… i dookoła. W ostatnim stuleciu siły Światła trzykrotnie przeprowadzały globalne eksperymenty. Rewolucja w Rosji, druga wojna światowa. I teraz… znowu. Wedle tego samego scenariusza.

– Nie wiem, o czym mówisz – powiedziałem. W piersi coś mnie boleśnie zakłuło.