Dobra, choćby nawet w spadobarze, choćby nawet w „Rosy", choćby w „Chance". To nie jest ważne. Czy spadochroniarze czy yuppi, czy geje.
Ale muszę się dowiedzieć jeszcze jednej rzeczy przed spotkaniem z Hesserem.
Wyciągnąłem komórkę i wybrałem numer Swietłany. Odebrała od razu.
– Cześć – powiedziałem po prostu. – Jesteś jeszcze na daczy?
– Nie – wydawało się, że była trochę zdziwiona rzeczowym tonem mojego głosu. – Jadę do miasta.
– Z kim?
Spiętym głosem powiedziała:
– Z Ignacym.
– Dobrze – szczerze powiedziałem. – Słuchaj, co ty wiesz o kredzie?
– O czym?
Słychać było, że nie bardzo wie, o co chodzi.
– O magicznych właściwościach kredy. Nie uczono o jej wykorzystywaniu do czarów?
– Nie… Antoni, dobrze się czujesz?
– Normalnie.
– Nic się nie zdarzyło?
Wieczny, kobiecy sposób zadawania tego samego pytania w dwóch-trzech wariantach…
– Nic specjalnego.
– Chcesz… – zacięła się. – Chcesz, spytam Oli?
– Ona też jest tam z wami?
– Tak, we troje pojechaliśmy do miasta.
– Lepiej nie. Dzięki.
– Antoni…
– Co, Swieta?
Podszedłem do biurka, wysunąłem szufladę z całym tym magiczną tandetą. Spojrzałem na matowe kryształy, na nieumiejętnie wyrżniętą magiczną buławę… wtedy jeszcze sam chciałem zostać bojowym magiem. Zasunąłem szufladę z powrotem.
– Wybacz mi.
– Nie mam ci czego wybaczać.
– Może przyjadę do ciebie?
– Jesteście daleko?
– W połowie drogi. Pokiwałem głową i odpowiedziałem:
– Nie uda się. Mam ważne spotkanie. Zadzwonię później. Wyłączyłem telefon i uśmiechnąłem się. Prawda może być zła i kłamliwa w wielu wypadkach. Na przykład, jeśli mówimy tylko połowę prawdy. Powiesz, że nie chcesz rozmawiać, a nie wyjaśnisz – dlaczego.
Pozwólcie mi tworzyć dobro za pomocą zła. Niczego innego nie mam pod ręką.
Na wszelki przypadek przeszedłem się po mieszkaniu, zajrzałem do sypialni, do toalety, łazienki, kuchni. O ile mogłem wyczuć, Zawulon rzeczywiście nie zostawił „podarków".
Wróciłem do gabinetu i włączyłem notebooka, włożyłem CD z bazą informacji o magii. Wstukałem hasło. I wprowadziłem słowo „kreda".
Nie liczyłem na jakiś szczególny rezultat. To, czego chciałem się dowiedzieć, mogło należeć do tak wysokiego poziomu dostępu, że nigdy nie zostało wprowadzone do baz komputerowych.
W bazie słowo „kreda" wystąpiło trzy razy.
W pierwszym przypadku chodziło o kopalnię odkrywkową kredy, gdzie w piętnastym wieku doszło do pojedynku dwóch magów pierwszej rangi -jednego z Ciemności, drugiego ze Światła. Zginęli obaj – całkowicie wyczerpali swoje moce i nie mogli się wydostać ze Zmroku po zakończeniu walki. W ciągu ostatnich pięciuset lat w tym rejonie zginęło prawie trzy tysiące ludzi.
Drugi przypadek dotyczył używania kredy do rysowania znaków magicznych i kręgów ochronnych. Tutaj informacji było znacznie więcej – cierpliwie przeczytałem wszystko. Nic specjalnego. Użycie kredy nie dawało lepszych skutków niż, na przykład, węgla, ołówka, krwi czy farby olejnej. Chyba tylko to, że ścierała się najłatwiej…
A trzecia wzmianka znajdowała się w rozdziale „Mity i dane niepotwierdzone". Oczywiście, tutaj było wiele bzdur, choćby o stosowaniu srebra i czosnku do walki z wampirami albo o dawnych obrzędach i rytuałach.
Ale już zdarzało się, że pośród mitów znajdowano prawdziwe, choć całkiem zapomniane informacje.
O kredzie pisano w „Księdze Przeznaczenia".
Doczytałem już do połowy, kiedy zrozumiałem, że trafiłem w dziesiątkę. Informacja była ogólnie dostępna, widoczna, dostępna dla każdego, nawet początkującego maga, a możliwe, że znajdowała się nawet w udostępnianych ludziom źródłach.
Księgi Przeznaczenia. Kreda.
Wszystko zaczynało się układać.
Zamknąłem program i wyłączyłem komputer. Posiedziałem, przygryzając usta. Spojrzałem na zegarek.
Czas już jechać do miejsca naszego dziwacznego rendez-vous.
Wziąłem prysznic i przebrałem się. Z amuletów pozostawiłem sobie medalion Zawulona, odznakę Nocnego Patrolu i podarowany mi kiedyś przez Ilję bojowy dysk – starożytną, brązową płytę, o średnicy nieco większej od starej pięciorublowej monety. Dysku nie używałem nigdy. Jak powiedział mag, w amulecie znajdował się jeden, najwyżej dwa ładunki.
Ze skrytki wydostałem pistolet. Sprawdziłem magazynek. Srebrne kule rozpryskowe. Dobre przeciw wilkołakom, wątpliwe przeciw wampirom, w pełni skuteczne przeciw magom Ciemności.
Jak bym szedł na wojnę, a nie na rozmowę ze swoim przełożonym…
Komórka zadzwoniła w kieszeni, kiedy już stałem przy drzwiach.
– Antoni?
– Swieta?
– Olga chce z tobą pomówić… oddaję jej słuchawkę.
– Proszę – zgodziłem się, otwierając zamek.
– Antoni… bardzo ciebie kocham. Nie rób żadnych głupstw, proszę. Nawet nie wiedziałem, co odpowiedzieć – słuchawkę wzięła Olga.
– Antoni. Chcę, żebyś wiedział -już wszystko zostało zdecydowane. I stanie się szybko.
– Dziś w nocy – podpuściłem ją.
– Skąd wiesz?
– Czuję. Po prostu czuję. Po to członków Patrolu usunięto z miasta, nieprawda? I Świetlane wprowadzono w konieczny stan ducha.
– Co jeszcze wiesz?
– Księgi Przeznaczenia. Kreda. Już wszystko zrozumiałem.
– Niepotrzebnie – krótko powiedziała Olga. – Antoni, powinieneś…
– Nikomu i nic nie jestem dłużny. Tylko Światłu, które jest we mnie.
Zerwałem połączenie i wyłączyłem komórkę. Wystarczy. Hesser może się ze mną skontaktować i tak, bez żadnych urządzeń technicznych. Olga będzie mnie urabiała. Świetlana… Swietłana i tak nic nie zrozumie, co i dlaczego robię.
Jeśli decydujesz się iść do końca – to idź sam. I nikogo nie bierz ze sobą.
– Siadaj, Antoni – powiedział Hesser.
Bar był niewielki. Sześć, siedem stolików, rozdzielonych przegródkami. Kontuar. Pełno papierosowego dymu. W telewizorze z wyłączonym dźwiękiem skoki z opóźnionym otwarciem spadochronu. Na ścianach fotografie – rozpłaszczone w locie ciała w jaskrawych kombinezonach. Ludzi było niewielu, może ze względu na porę… na obiad już za późno, a do wieczorowego szczytu jeszcze daleko. Obrzuciłem wzrokiem stoliki -za narożnym zobaczyłem Borysa Ignatjewicza.
Szef nie był sam. Siedział przed talerzem z owocami, leniwie odrywał winogrona z kiści. Trochę z boku, skrzyżowawszy ręce, siedział wysoki, smagły chłopak. Nasze spojrzenia skrzyżowały się… i poczułem delikatny, ale wyczuwalny napór.
Też Inny.
Przez kilka sekund patrzyliśmy na siebie, stopniowo zwiększając siłę nacisku. Miał zdolności, nawet spore, tylko za mało doświadczenia. W którejś sekundzie osłabiłem opór, uchyliłem się przed jego sondą, i zanim chłopak zdążył podnieść tarczę ochrony, przeskanowałem go.
Inny. Z Światła. Czwarta ranga.
Chłopak skrzywił się, jakby go zabolało. Spojrzał na Hessera oczyma zbitego psa.
– Poznajcie się – zaproponował Hesser. – Antoni Gorodecki, Inny,
Nocny Patrol Moskwy. Aliszer Ganiew, Inny, Nocny Patrol Moskwy… od bardzo niedawna.
Kurier.
Wyciągnąłem do niego rękę i zdjąłem tarczę ochronną.
– Ze Światła, druga ranga… – rzekł Aliszer, patrząc mi w oczy. Skłonił się. Zaprzeczyłem głową i odpowiedziałem:
– Trzecia.
Chłopak znowu spojrzał na Hessera. Teraz nie ze skruszoną miną, ale ze zdziwieniem.
– Druga – potwierdził szef. – Jesteś w znakomitej formie, Antoni. Bardzo się z tego cieszę. Siadaj, pogadamy. Aliszer, obserwuj.