Że walcząc o swoją miłość, za każdym razem walczysz o cały świat?
Za cały świat – a nie z całym światem…
Siła!
Siła.
Siła…
Pozbierałem jej okruszynki, czasami delikatnie i ostrożnie, czasami szybko i brutalnie, żeby nie zadrżała ręka, żeby nie odwrócić ze wstydu oczu, zabierając prawie ostatnią resztkę.
Może u tego chłopaka szczęście jest bardzo rzadkim gościem?
Nie wiem…
Siła!
Może pozbawiona tego uśmiechu kobieta utraci czyjąś miłość?
Siła.
Może jutro ten silny, ironicznie uśmiechający się mężczyzna umrze?
Siła…
Nie pomogą mi amulety w kieszeniach. Walki nie będzie. Nie pomoże „szczyt formy", o którym mówił szef. To i tak za mało. I prawo do nieskrępowanego magicznego oddziaływania na drugim poziomie, którego tak szczodrze udzielił mi Zawulon – to pułapka. Nie mam nawet cienia wątpliwości. Wystawił swoją przyjaciółkę, tak przygotowali linie prawdopodobieństw, żebyśmy się spotkali – i ze smutną miną wręczył mi śmiertelny dar. Nie mogę patrzeć w przyszłość tak daleko, by wiedzieć, że moje dobro nigdy nie przekształci się w zło.
Ale jeśli nie masz broni – przyjmij ją i z rąk wroga.
Siła!
Siła.
Siła…
Gdybym jeszcze zachował tę cieniutką niteczkę łączności z Hesserem, która łączy młodego maga i jego opiekuna, dawno by już wyczuł, co się dzieje. Wyczułby, jak przepełnia mnie energia, nadzwyczajna, wzięta jako dług i nie wiadomo dla jakiego celu…
Co by zrobił?
Nie ma sensu powstrzymywać maga, który już poszedł tę drogą.
Szedłem do WDNCh na piechotę. Wiedziałem, gdzie wszystko się odbędzie. Przypadków nie ma, kiedy nimi kierują wyżsi magowie. Niezgrabny dom „na łapkach", pudełko zapałek, postawione sztorcem – tam Zawulon przegra walkę o Swietłanę, tam Hesser wyłowił i wprowadził do Inkwizycji swojego protegowanego, przy okazji trenując Swietłanę.
Centrum siły całej tej kombinacji.
Trzeci już raz.
Nie chciało mi się już ani jeść, ani pić. Tylko raz zatrzymałem się i wypiłem szklaneczkę kawy. Była bez smaku, jakby całkowicie pozbawiona kofeiny. Ludzie zaczęli ustępować mi z drogi, chociaż szedłem w zwykłym świecie. Napięcie magii dookoła stale rosło.
Nie uda mi się ukryć mojego zbliżania się.
Ale ja nie chcę podkradać się skrycie.
Młoda brzemienna kobieta szła ostrożnie, delikatnie. Zadrżałem, kiedy zobaczyłem, że uśmiecha się. I omal nie zawróciłem, kiedy zrozumiałem, że jeszcze nie urodzone dziecko też uśmiecha się, w swoim miniaturowym i bezpiecznym świecie…
Ich siła była równa sile białego pionka – wielki kwiatek i jeszcze nie rozwinięta kuleczka pączka nowego kwiatu…
Powinienem zebrać, ile się tylko da i co tylko spotkam po drodze.
Bez wahania, bez litości.
Coś się działo jednak i wokół nas.
Wydawało się, że upał stał się silniejszy. Przy tym silniejszy w jakiś taki rozpaczliwy, nerwowy, spazmatyczny sposób.
Nie bez powodu, z pewnością magowie Światła i Ciemności przez wszystkie te dni próbowali rozwiać upał. Coś się jednak zdarzy. Zatrzymałem się, podniosłem głowę, patrząc w niebo przez Zmrok.
Delikatne, połączone okręgi obrotów.
Iskry na horyzoncie.
Mgła na południowym wschodzie.
Aureola wokół igły wieży telewizyjnej Ostankina.
To będzie dziwna noc…
Dotknąłem przebiegającej dziewczyny i zabrałem jej nieskomplikowaną radość – ojciec przyszedł do domu trzeźwy…
Jak obłamana gałązka dzikiej róży… kłująca i delikatna…
Wybaczcie mi.
Kiedy podszedłem do domu „na łapkach", była już prawie jedenasta wieczorem.
Ostatnim, kogo okradłem, był pijaniutki robol, przytulony do ściany w bramie. W tej samej bramie, gdzie po raz pierwszy zabiłem sługę Ciemności. Był prawie nieświadomy. I szczęśliwy.
Wziąłem i jego Siłę. Zapylony, zapluty kwiat babki, nieładną brudnoburą świeczkę…
To też Siła.
Przechodząc tę trasę zrozumiałem, że nie znajduję się tutaj sam. Wezwałem cień, przeszedłem w świat Zmroku.
Budynek był okrążony.
Najdziwniejszy łańcuch okrążenia, jaki zdarzyło mi się widzieć. Ciemność i Światło na przemian. Zauważyłem Siemiona, skinął i odpowiedziałem spokojnym, chociaż pełnym wyrzutu spojrzeniem. Tygrysek, Niedźwiedź, Ilja, Ignacy…
Kiedy ich wszystkich wezwano? Gdy chodziłem po mieście i zbierałem Siłę? Nie udał się odpoczynek, koledzy…
I również Ciemność. Nawet Alicja była tutaj. Aż strach było na nią spojrzeć – twarz wiedźmy przypominała zmiętą i ponownie rozprostowaną papierową maskę. Wygląda na to, że Zawulon nie kłamał, gdy mówił ojej ukaraniu.
Obok Alicji stał Aliszer i widząc jego spojrzenie zrozumiałem, że ci dwoje zmierzą się w śmiertelnym boju. Może jeszcze nie teraz. Ale na pewno się kiedyś spotkają.
Przeszedłem przez koło.
– Strefa zamknięta – rzekł Aliszer.
– Strefa zamknięta – jak echo powtórzyła Alicja.
– Mam prawo.
Miałem w sobie dostatecznie dużo siły, żeby przejść i bez zezwolenia. Zatrzymać mnie teraz mogliby jedynie Wielcy Magowie – ale ich tu nie było.
Ale mnie nie próbowano zatrzymać. A to znaczy, że ktoś, Hesser albo Zawulon, a być może obaj szefowie Patroli kazali jedynie mnie uprzedzić.
– Powodzenia – usłyszałem za sobą szept. Odwróciłem się, dostrzegłem spojrzenie Tygryska. Skinąłem.
Klatka schodowa była pusta. I cały dom był uciszony, jak wtedy, kiedy nad Świetlaną krążył niebywałych rozmiarów wir inferno. Zło, które ona sama sprowadziła na siebie…
Szedłem przez szara mgłę. Podłoga pod nogami głucho drgała – tu, w świecie Zmroku, nawet gleba reagowała na magię, nawet cienie ludzkich budynków.
Luk na dach był otwarty. Nikt nie próbował stawiać mi najmniejszych przeszkód. Najgorsze jednak było to, że nie wiedziałem, czy mam się z tego cieszyć czy martwić.
Wyszedłem ze Zmroku. Na nic mi on teraz. Na nic.
Zacząłem wdrapywać się po drabince.
Pierwszego dostrzegłem Maksyma.
Stał się zupełnie innym, niż był poprzednio – ten spontaniczny mag Światła, dzikus, wiele lat zabijający adeptów Ciemności. Możliwe, że coś z nim zrobili. A może zmienił się sam. Są ludzie, którzy nagle okazują się idealnymi katami.
Maksym miał szczęście. Stał się katem. Inkwizytorem. Tym, który stoi nad Światłem i Ciemnością, służy wszystkim – i nikomu. Ręce trzymał skrzyżowane na piersi, głowę nieco opuścił. Było w nim coś z Zawulona, kiedy go po raz pierwszy ujrzałem. Ale i coś z Hessera. Gdy mnie zobaczył, nieco podniósł głowę. Prześliznął się po mnie przenikliwym spojrzeniem. I opuścił oczy.
Widać, jestem dopuszczony do tego, co tutaj zajdzie.
Z boku zamarł Zawulon. Okryty był cienkim płaszczem i na moje przybycie nie zwrócił najmniejszej uwagi. Że przyjdę i tak wiedział.
Hesser, Swietłana i Igor stali razem. Ich reakcja na moje pojawienie się była bardziej żywa.
– Jednak przyszedłeś? – spytał szef.
Skinąłem. Patrzyłem na Świetlane. Była w długiej, białej sukience, włosy miała rozpuszczone. W jej ręku widmowym światłem migotał futerał – malutki, jakby od broszki czy medalionu, futerał z białego safianu.
– Antoni, ty wiesz, tak? – krzyknął Igor.
Tylko on był szczęśliwy z wszystkich tu obecnych. Całkowicie.
– Wiem – odpowiedziałem. Podszedłem do niego. Poczochrałem mu ręką włosy.
Jego Siła była podobna do żółknącego kwiatka dmuchawca. Wydaje się, że teraz już zebrałem wszystko, co było mi potrzebne.
– Aż po czubek głowy? – spytał Hesser. – Antoni, co ty chcesz zrobić?
Nie odpowiedziałem. Coś budziło moją czujność. Coś było nie tak.