– Ja mówiłem coś takiego? Musiała się pani przesłyszeć.
– To szok – powiedział Slayton. – W tym stanie mogą występować różne omamy.
Stazzi skinął głową i wyszedł zamykając drzwi. Kelly zbliżył się do łóżka zerkając na mrugające zielonymi cyferkami ekrany aparatów.
– Słuchaj, a może damy jej trochę odsapnąć? – powiedział.
– Zmiękłeś? Co, znowu obsunęła jej się koszula…
– Przestań – Kelly nachylił się nad leżącą tak, że jego krótkie włosy dotykały prawie jej czoła.
Podniósł rękę i rozcapierzając palce dość brutalnie odchylił obie powieki, na których widniały jeszcze ślady tuszu.
– No, słucham, co czujesz, kiedy… – zaczął Slayton, ale zamilkł, widząc jak kobieta nagle tężeje i po chwili potwornym zrywem własną głową uderza w czoło Kelly’ego.
Rzucił się, żeby podtrzymać kolegę, ale zawadził kolanem o kant stołu i obaj runęli na ziemię pociągając za sobą spiętrzone w stertę papiery. Ciało Kathreen trzęsło się i drgało konwulsyjnie, a z gardła wydobywał się ochrypły ryk:
– Nigdy!!! Nigdy!!! Nie dowiecie się niczego!
Drzwi otworzyły się i do pokoju ponownie wpadł Stazzi. Widząc, że jeden z krępujących kobietę pasów zaczyna puszczać, podbiegł do łóżka, ale zanim zdążył złożyć się do ciosu, ona nagle zupełnie spokojna patrzyła już w górę wzrokiem przerażonego normalnego człowieka. Stazzi rozluźnił rękę i spojrzał na leżących na podłodze Kelly’ego i Slaytona.
– Tak to jest, jak się zostawi dwóch supermanów ze związaną kobietą – powiedział cicho.
Slayton klnąc wściekle i kulejąc dopadł do konsoli z głównym ekranem sumującym dane z większości aparatów.
– Co z wykresem EEG? – warknął.
Kelly trzymając się za pulsujące bólem czoło sięgnął po papierową taśmę.
– Lepiej niż świetnie – powiedział po chwili trochę drżącym głosem. – Jest wyraźna zmiana. Bardzo charakterystyczna.
– No to jesteśmy w domu. Dziękujemy za pomoc, panie Havoc.
Slayton zwrócił się do Stazziego:
– Jeszcze trochę czasu i nie będziemy błądzić po omacku. To nie są czary, Carlo. Wszystko da się zmierzyć.
– Nic z tego, chłopcy. Zwijamy interes.
– Co?
– Nie wiecie, co się od rana dzieje. Nie widzieliście zajeżdżających ciężarówek? – Stazzi włożył ręce do kieszeni.
– Co się stało? Wojna? – spytał Kelly.
– Gorzej. Epidemia.
Dopiero teraz zauważyli, że czoło Stazziego pokryte jest drobnymi kropelkami potu.
– Jakaś supergrypa czy coś takiego. Szpitale w mieście są przepełnione i dowództwo podjęło decyzję, żeby do czasu opanowania sytuacji przerwano wszystkie badania w naszym ośrodku i przyjęto chorych.
– Nasze też?
– Wszystkie. I Werner musi to zrobić, jeśli nie chce stracić posady. – Stazzi zapalił papierosa. – Myślę, że lepiej nie denerwować go petycjami i odwołaniami. Wolę, żeby szefem był przychylny nam facet, niż Bóg wie kto, kto zajmie po dymisji jego miejsce.
Kelly skinął głową.
– O co w tym wszystkim chodzi? – szepnął.
– Nie wiesz? – powiedział Slayton. – Nasz przyjaciel Havoc kazał pozarażać się czymś swoim ludziom, słusznie przewidując, że armia włączy się do akcji ratowniczej i tym samym zablokuje naszą pracę.
Podszedł do leżącej kobiety i patrzył na nią przez chwilę.
– Żałuję, że nie zastosowaliśmy „Żelaznej Dziewicy”. Mielibyśmy trochę więcej informacji… – Slayton nagle odwrócił się w stronę Stazziego.
– To, co zrobił Havoc, świadczy jeszcze o czymś – powiedział powoli. – Jeżeli musiał uciekać się do czegoś takiego, to znaczy, że nie ma swoich ludzi ani w dowództwie, ani nigdzie wyżej.
– To jest myśl – podjął Kelly. – Może dobrze byłoby zawiadomić szychy na górze o wszystkim, co się tu dzieje?
– Nie, to nie ma sensu – powiedział zdecydowanie Stazzi. – Nikt nie uwierzy w takie bzdury. Zaszkodzilibyśmy tylko sami sobie.
– A może jednak…
– Nie. Nawet gdyby ktoś zainteresował się tym, zaczęłyby się przesłuchania, przewlekłe śledztwo, setki komisji… A Havoc w tym czasie mógłby już zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych.
Slayton zwinął taśmę elektroencefalografu i wrzucił ją do kieszeni.
– W takim razie chodźmy do Wernera.
Ledwie zdążyli wyjść z pokoju, zatrzymał ich jakiś żołnierz.
– Panie majorze, ktoś przeciął kable łączące główny budynek z wartownią.
– Zaczyna się – mruknął Kelly.
Stazzi rozejrzał się po korytarzu. Jacyś ludzie rozstawiali łóżka pod ścianami, a z głębi przepełnionych chorymi sal dobiegał gwar głośnych rozmów.
– Coś jeszcze?
– Tak, nie wiem, czy to ważne. Ktoś otworzył klapę do bunkra.
– Mamy tu bunkier? – spytał Slayton.
– Tak, ale opadowy. To rodzaj kolektora, który łączy się z kanalizacją.
Stazzi odwrócił się do żołnierza.
– Klapa otwiera się od dołu? – spytał.
– Nie. Tylko od góry, czyli z naszej strony.
Stazzi nie spiesząc się zgasił papierosa i wrzucił do kosza w załomie muru.
– Proszę przy każdej sali postawić uzbrojonego wartownika – powiedział. – Na skrzyżowaniach korytarzy ma stać po dwóch ludzi kontrolujących pozostałych. Dowódcy mają zdawać mi raport co dziesięć minut… No, powiedzmy co pół godziny – dodał widząc rozszerzone zdziwieniem oczy wartownika.
– Tak jest.
– Dyrektor Werner jest u siebie?
– Nie, panie majorze, właśnie tam idzie – żołnierz ręką wskazał kierunek.
Rzeczywiście dostrzegli jego korpulentną postać przeciskającą się wśród tłumu sanitariuszy podtrzymujących prowadzonych do sal pacjentów. Na ich widok przełożył trzymane papiery do drugiej ręki i uwolnioną dłonią kiwnął na powitanie.
– Wiecie już o wszystkim? – spytał.
Skinęli głowami.
– Muszę przerwać prace – powiedział zdecydowanie. – Ale nie tak łatwo mnie zastraszyć. Przydzielam was – zwrócił się do Kelly’ego i Slaytona – do grupy policyjnej. Oczywiście jeśli tego chcecie.
Uśmiechnął się – na widok aprobaty malującej się na ich twarzach.
– Jeśli będzie potrzeba, zapewnię wam pieniądze, ludzi i sprzęt. Wystarczy, że zadzwonicie.
Zatrzymał się na chwilę myśląc nad czymś.
– Życzę powodzenia – powiedział wreszcie. – Ze swej strony postaram się zapewnić pomoc w miarę moich możliwości.
Layne z rękoma w kieszeniach nerwowo przemierzał chodnik przed gmachem policji. Za każdym razem, gdy mijał strażnika, ten z przebiegłą miną obserwował okap przeciwległej kamienicy. Widać było, że daje z siebie wszystko. Kiedy wreszcie zielony wóz wynurzył się zza rogu, Layne dopadł wysiadającego Ashcrofta.
– Jeść będziesz później – powiedział, widząc, że wzrok tamtego wędruje w stronę baru.
Ashcroft zatrzasnął drzwiczki za wysiadającym Earlem.
– Zlituj się… od rana siedzę w fabryce wody.
– Musimy pogadać – Layne był stanowczy…
Earl, widząc wahanie Ashcrofta, podrzucił monetę.
– Idę – stwierdził i przeszedł na drugą stronę.
– Mam nadzieję, że to coś ważnego… – zaczął Ashcroft idąc ku wejściu, lecz Layne chwycił go za rękaw.
– Otwórz wóz. Pogadamy w środku.
Ashcroft przyjrzał się jego kurtce zapiętej pod szyję, potem wsunął dłoń do kieszeni.
– Havoc – stwierdził, nie nadając temu nawet tonu pytania.
Layne zerknął na strażnika. Był szybki, tym razem sumiennie oglądał płyty chodnika.
– Zaraz po twoim odjeździe przyszedłem tutaj – Layne wskazał brodą za szybę. – Nie było wciąż decyzji Dennisa w sprawie kartotek personalnych, ale za to…