Obejrzał się.
– Krótko mówiąc, spotkałem na korytarzu dziwnego człowieka.
Ashcroft ciężko odwrócił głowę.
– Co to znaczy dziwnego? Jeśli bierzesz Havoca za punkt odniesienia, to ten musiał co najmniej latać.
Layne przerwał mu nagłym ruchem dłoni.
– Facet, na którego czekam, pracuje w Zakładach Farmaceutycznych, kontroluje leki – zsunął okulary spoglądając na Ashcrofta jakby nagimi oczami. – Sprawdza działanie uboczne, zgodność z normami i temu podobne.
– I co?
– Facet przyszedł do nas, bo odkrył w zakładzie karygodne nadużycie.
– Jakie? – Ashcroft trącił zwisający ze stacyjki brelok.
– Testował tabletkę nasenną, taką jakich miliardy żre się w tym kraju. Wyglądała na zwykłą mutację poprzedniej wersji.
Na powrót założył okulary.
– Ten środek to trucizna – powiedział zimno. – Mało, to perfidna trucizna. Wywołuje zmiany genetyczne. Rozumiesz?
Ashcroft gwałtownie odwrócił głowę przestając się przyglądać widocznej w oknie baru sylwetce Earla.
– Moment… – przez chwilę szukał odpowiednich słów. – Dlaczego ten facet przyszedł z tym do ciebie?
– Wcale nie do mnie – Layne ponownie zerknął przez tylną szybę. – W fabryce odrzucono mu ekspertyzy, a nowy tester zaakceptował lek. Ale Sandez ma dowody. Przyszedł na policję, tylko że nikt nie chciał go słuchać. Łaził od pokoju do pokoju, aż trafił do mnie.
Tym razem Ashcroft obejrzał się za siebie.
– Ma tu przyjść?
– Tak, z materiałami, które udało mu się wynieść z laboratorium.
Ashcroft poślinił palec i przetarł lampkę na kierownicy.
– Jeśli dobrze rozumiem, to sugerujesz, że przez swoich ludzi Havoc wprowadza lek, wywołujący zmiany genetyczne. Po to, aby mieć… – zawahał się.
– Więcej osób mu posłusznych, więcej osób o genotypie X – dokończył Layne. – Talib nie miał pojęcia o genetyce, Havoc już je ma.
– Wierzysz w to?
Palce Layne’a zastukały na klamce.
– Myślę, że nie ma sensu zadawanie tego pytania. – Milczał przez chwilę. – Sandez mówił, że produkcja miała być skierowana na cały kraj.
– Miała być?
Layne przekręcił się w fotelu.
– Tak, bo kilka dni temu, już po serii sygnalnej, zastopowano produkcję, tuż przed rozruchem linii. Sandez nie wie, dlaczego.
Ręka Ashcrofta nie zdążyła unieść się zbyt wysoko.
– Nie… – powstrzymał go Layne. – Oni to będą produkować, tylko że później. Ten człowiek wyglądał na zorientowanego.
Jakby rozpędem Ashcroft złapał uchwyt nad drzwiami.
– Pewnie pytałeś go o rodzinę?
– Naturalnie. To rdzenni mieszkańcy, chyba jeszcze od czasów kolonii hiszpańskich.
Żaden nawet się nie uśmiechnął.
– Co miał przynieść?
– Kasetę ze zdublowanych testów – Layne w zamyśleniu spoglądał na tarczę zegarka. – Powinien już być, pojechał tylko do domu…
– Masz adres?
Ashcroft poczekał, aż Layne rozepnie zamek kurtki. Ujął wizytówkę w dwa palce i zdjął mikrofon.
– Kapitan Ashcroft – odezwał się.
Hałas przejeżdżającej furgonetki o naderwanym błotniku zagłuszył odpowiedź dyżurnego.
– Wyślijcie jakiś patrol na Elizabeth Park 6, mieszka tam… – Ashcroft uniósł wizytówkę wyżej. – William Sandez. Niech sprawdzą, czy jest w domu.
Layne poczekał, aż mikrofon wróci na miejsce.
– Myślę, że jednak trzeba będzie pójść na… – zaczął sięgając w głąb kurtki.
– Nie pal, chociaż nie w wozie – przerwał mu Ashcroft. – Masz na myśli to, o czym dzisiaj w nocy mówili Kelly i Slayton?
Layne przymknął oczy.
– Wygląda zachęcająco, a Havoc nie marnuje czasu.
Drgnęli obydwaj, kiedy o szybę zastukały palce Earla.
– Taaki befsztyk wyszedł dzisiaj staremu!
– Jesteśmy zajęci – sucho stwierdził Ashcroft, lecz Earl bynajmniej tym się nie zraził.
Nachylił się i oparł ramiona o okno.
– Neal? – zapytał uśmiechając się przebiegle. – Co ci goście ze szpitala mają na Havoca?
Ashcroft rzucił Layne’owi szybkie spojrzenie.
– O co ci chodzi?
Nie zdejmując rąk z szyby Earl wyprostował ciało.
– W porządku – zaśmiał się szorstko…- Ale jeśli już musicie być tacy tajemniczy, to nie gadajcie o tym w barze.
Layne nachylił się, by widzieć jego twarz.
– Ci lekarze twierdzą, że opracowali metodę wykrywania ludzi, którzy są podatni na działanie Havoca. Ale…
– Ale… – powtórzył Ashcroft. – Na odprawie dowiesz się więcej niż od barmana.
– O.K., O.K… – Earl uniósł dłonie obronnym gestem. – Nie strzelać do pianisty.
Puścił oko i ruszył w stronę gmachu. Dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu. Ciszę przerwał dopiero brzęczyk radiostacji.
– Kapitan Ashcroft.
– Facet jest w domu, ale chyba… – dyżurny odchrząknął. – On nie żyje, kapitanie.
– Jak?
– Zatruł się obiadem. Grzyby czy coś takiego…
– Rozumiem. Dziękuję.
Ashcroft dopiero za drugim razem trafił mikrofonem we wgłębienie deski. Layne siedział z nisko pochyloną głową. Wyglądało, że już tak zostanie, wpatrzony we własne buty.
– A mogłem z nim pójść… – wyszeptał.
– Mogłeś – Ashcroft obserwował go kątem oka. – Ale równie dobrze mogłeś zostać poczęstowany obiadem.
Layne wyprostował się zadzierając głowę ku sufitowi.
– Te taśmy…
– Nic z tego – Ashcroft uruchomił silnik. – Pojedziemy tam, ale bądź pewien, że niczego nie znajdziemy.
– Jestem pewien – wychrypiał Layne po chwili.
Za pomocą scyzoryka i plastikowej legitymacji wyciągnął gazetę z ulicznego automatu.
– Patrz – powiedział rozprostowując pierwszą stronę. – Zamieścili zdjęcie Cernana.
– A kto to jest? – spytał Slayton.
– Był na naszym roku. Cholera, ludzie się wybijają, robią forsę, a my tu zgnijemy za życia…
– Cernan… Cernan… – powtarzał Slayton. – Ach, tak, przypominam sobie. Strasznie go kiedyś zbiłem.
Kelly przysunął bliżej oczu zdjęcie z gazety.
– A tak miło wygląda… Dlaczego to zrobiłeś?
– Poderwałem jakąś dziewczynę i poszedłem z nią na przyjęcie. Ten idiota od razu zaczął się stawiać, więc dostał w zęby. Dopiero później się okazało, że dziewczyna była jego żoną.
– Smutne. Masz papierosa?
Slayton rzucił mu paczkę patrząc z obrzydzeniem na nielicznych przebiegających przed nimi w pośpiechu przechodniów. Gdzieś zza rogu wysunęła się mała furgonetka i mrucząc leniwie na niskim biegu zawróciła w ich stronę. Kierowca zatrzymał swój samochód dokładnie przed Slaytonem i nie gasząc silnika wystawił głowę przez boczne okno.
– Przepraszam, czy panowie Slayton i Kelly?
– Tak – powiedział Kelly unosząc w zdziwieniu brwi.
Slayton od dobrej sekundy biegł już w przeciwnym kierunku. Po kilkudziesięciu metrach, nie słysząc żadnych odgłosów pogoni, zatrzymał się i odwrócił. Mężczyzna z tyłu albo biegł boso, albo miał trampki podbite najlepszą i najbardziej miękką gumą na świecie. Jego uzbrojona w skórzaną pałkę ręka była już o kilka cali od głowy Slaytona, kiedy ten desperackim skokiem wykonał zwrot i ruszył w poprzek ulicy. Niestety, po drugiej stronie potknął się o krawężnik, przebiegł kilka metrów prawie w pozycji horyzontalnej i runął uderzając ramieniem o czyjeś nogi.
– Co się panu stało? – głos w górze był pewny i spokojny, więc Slayton nieśmiało uniósł głowę.