— Udowodniłem ci, że masz wolną rękę, aby zrobić to, co musisz.
Głos Learchosa był mocny, a jego spokój zirytował Dubhe.
— To kwestia, która dotyczy tylko mnie! Dlaczego włączyłeś w to tyle osób?
Uśmiechnął się gorzko.
— Ja jestem jednym z nich, Dubhe, jestem zmęczony pochylaniem głowy. Muszę zrobić to dla siebie, dla tej ziemi, i dla ciebie. Już tyle lat ukrywam się za imieniem mojego ojca. Oddałem mu wszystko: moją niewinność, moje marzenia, a nawet moją krew. I otrzymałem w zamian tylko jego lodowate spojrzenie i pogardę. Staję się taki jak on, a tego nie chcę. Przez długi czas mówiłem sobie, że nie ma innej drogi, tylko posłuszeństwo. W końcu on by umarł, a ja bym kontynuował jego rzezie, bo już zapędziłbym się za daleko, aby wrócić. Ale to nieprawda. Nauczyłaś mnie tego ty i to ty jesteś powodem, dla którego się tu teraz znajduję. Dubhe, chcę, abyś pomogła mi to zrobić.
Potrząsnęła głową ze zgrozą.
— Zabicie go nie jest drogą, którą wybrałeś.
— Jeżeli go nie zabiję, odejdziesz. Staniesz się kolejną rzeczą, którą udało mi się zaledwie musnąć, a którą on mi zabrał.
— Więc tym dla ciebie jestem? Odwetem na twoim ojcu? — wyrzuciła ze złością.
— Ty jesteś moją jedyną szansą na ocalenie.
Dubhe nie wiedziała, co odpowiedzieć. Zawsze szukała w innych przebaczenia i ratunku, a teraz ktoś szukał tego samego w niej. Zbliżyła się do niego ostrożnie, ale w końcu mocno go do siebie przyciągnęła.
— Nie chcę, żebyś kazał go zabić. Nigdy byś sobie tego nie wybaczył, Learchosie, i ty pierwszy sobie z tego zdajesz sprawę.
On oderwał się powoli i włożył jej coś w dłonie.
Dubhe spojrzała w dół: była to mała skórzana sakiewka.
— Otwórz ją — powiedział.
Popatrzyła na niego pytająco. Wsunęła palce w otwór i poczuła w dłoni kawałek pergaminu, zniszczony i na wpół podarty. Serce podskoczyło jej w piersi, a oczy wypełniły się łzami. Odwróciła go i zobaczyła na odwrocie coś, co znała aż nazbyt dobrze. Wytłoczony czernią i czerwienią rysunek dwóch nakładających się pentakli z centrum utworzonym przez dwa węże splecione w okrąg. Symbol. Symbol jej klątwy. Był to dokument, którego potrzebowała.
— Był tam, gdzie szukałaś go pierwszej nocy, ukryty w jednym z arrasów. Zaszyto go za jedną z fal morza, będącego tłem bitwy morskiej.
„Poz. Os.”. Pozycja numer osiem. Ósma linia fal morskich. Dubhe w jednej chwili rozszyfrowała to połączenie. Popatrzyła na trzymany w dłoniach pergamin: jej zbawienie tkwiło w tym mizernym kawałku jelita.
— Wziąłem go dzisiaj. Kiedy nikt tamtędy nie przechodził, pomyślałem, że rzucę okiem, i przypomniałem sobie o napisach, o których mówiłaś mi kilka nocy temu. Nie było to takie znów trudne.
Dubhe patrzyła na niego przez łzy. Nie wiedziała, co powiedzieć.
— Nie patrz tak na mnie. Jeżeli ty się uratujesz, ja ocaleję razem z tobą — powiedział jej Learchos. — Wina za to, co zrobisz, spadnie na mnie, a nie na ciebie. Dlatego chcę, abyś to zrobiła. Zrób to dla mnie, Dubhe. Zrób to dla nas obojga.
Nie odpowiedziała. Patrzyła na ten niepozorny kawałek pergaminu i ściskała go mocno.
Kiedy weszła do swojego pokoju, Theana jeszcze spała. Dubhe po cichu zbliżyła się do jej łóżka, usiadła na brzegu i patrzyła na nią przez kilka chwil. Czuła rozpaczliwą potrzebę zwierzenia się komuś, a ona była jedyną osobą, której mogła opowiedzieć o tym wszystkim, co się wydarzyło. Po chwili wahania obudziła ją, potrząsając delikatnie jej ramieniem.
— Coś się stało? — spytała od razu Theana z zatroskaną miną. Jej oczy były jeszcze zamglone od snu i dopiero po jakimś czasie mogła jasno ocenić sytuację.
— Muszę z tobą porozmawiać — powiedziała po prostu Dubhe.
Czarodziejka usiadła i wytężyła uwagę. Była to wypowiedź bezpośrednia, bez przerw. Dubhe opowiedziała jej każdy szczegół wypadków ubiegłego miesiąca, wyjawiając, co wydarzyło się między nią a Learchosem i jak zmieniły się perspektywy misji. Wreszcie otworzyła dłoń i pokazała jej kawałek pergaminu. Theana wytrzeszczyła oczy.
— To tego szukałaś?
Dubhe tylko kiwnęła głową.
— To Learchos go znalazł.
Czarodziejka westchnęła, po czym uśmiechnęła się z wysiłkiem.
— No to czas na nas. Ja jestem gotowa — powiedziała zdecydowanie. — Znam rytuał i...
— Już nie chcę tego zrobić.
Dubhe powiedziała to jednym tchem, nie zastanawiając się zbytnio. Theana popatrzyła na nią, nie rozumiejąc, i błysk strachu przemknął przez jej oczy.
— To jego ojciec i on nie może tego zmienić. Ktoś taki jak on nie może myśleć, że zabije kogoś, kogo kocha, i będzie dalej żył, jak gdyby nigdy nic. Morderstwo zostawia głęboką rysę, zawsze, za każdym razem jest to jak utrata kawałka samego siebie.
— Ale on go nienawidzi!
Dubhe popatrzyła na nią intensywnie i Theana musiała opuścić wzrok.
— Prosi cię o to, bo cię kocha — dodała półgłosem. — On przechodzi ponad tym, w co wierzy, dla ciebie. Jeżeli ty tego nie zrobisz, umrzesz, a on o tym wie.
— Jestem tego świadoma.
— No więc?
— No więc nie chcę tego. Bo potem on też będzie umierał, powoli, a moja miłość nie będzie w stanie go uratować. Zawsze, kiedy na mnie spojrzy, będzie pamiętał o tym, co zrobiłam, i zawsze będzie na mnie patrzył jak na zabójczynię.
Theana wzięła ją za rękę i popatrzyła prosto w oczy.
— Dubhe, ty naprawdę nie masz innego wyjścia.
— Zabij mnie.
To słowo rozbrzmiało w pokoju jak metaliczny brzęk dobywanego miecza.
— Klątwa uniemożliwia mi popełnienie samobójstwa, już próbowałam. Bestia chroni mnie od każdego, kto próbuje mnie zabić, ale może ty za pomocą twojej magii...
— Nie! — zawołała Theana, wytrzeszczając oczy ze strachu.
— Nigdy tego nie zrobię, nie mogę, nie możesz mnie o to prosić!
Dubhe popatrzyła na nią poważnie.
— Przez te ostatnie miesiące przezwyciężyłyśmy każdy rodzaj niebezpieczeństwa i zawsze mi pomagałaś, nawet, kiedy nie sądziłam, że kiedykolwiek będzie to możliwe. Mimo że obrażałam cię i utrudniałam ci życie, zawsze byłaś u mojego boku. Teraz jesteś moją przyjaciółką i ufam ci.
— Błagam, nie proś mnie o to — szeptała Theana strapionym głosem.
— No to znajdź sposób, abym mogła zrobić to sama. Ale pomóż mi. Jeżeli nie zabiję Dohora, moja śmierć będzie straszliwa. Potrzebuję odejść na swój sposób, w chwili, kiedy sama postanowię. Proszę cię o wiele, wiem o tym, ale wreszcie znalazłam coś, za co warto walczyć. Powiedziałaś mi kiedyś, że niosę w sobie tylko pustkę, miałaś rację.
— Byłam wtedy zła i wcale nie zamierzałam...
— Ale teraz już tak nie jest — przerwała jej Dubhe. — Teraz mam coś, w co wierzę. Mogę więc nawet umrzeć, rozumiesz mnie?
Theana nie mogła zrobić nic innego, tylko przytaknąć. Nikt nie mógł tego zrozumieć lepiej niż ona, która cierpiała i walczyła za tę jedyną pewność, jaką miała.
— Znajdę sposób, aby cię uratować — powiedziała przez łzy. — Uratuję cię, żebyś nie musiała zabijać Dohora. Mam do dyspozycji całą bibliotekę i zaraz zabiorę się do pracy.
Dubhe uśmiechnęła się ze smutkiem. Przeżyła już zbyt wiele zawodów, aby móc jeszcze wierzyć, że istnieje bezbolesne wyjście.
— Ale przysięgnij mi, że jeżeli będzie to konieczne, pomożesz mi umrzeć.
— Tylko jeśli nie będzie innego wyjścia — szepnęła Theana ze szlochem.