Выбрать главу

Dubhe popatrzyła na niego z nadąsaną miną.

— Powiedziałam, że nie chcę o tym rozmawiać.

— Chciałem ci tylko pomóc.

— Wiem — odpowiedziała i pogłaskała go po policzku. — Ale słowa mają dziwną moc. Jeżeli coś powiesz, to nagle staje się prawdziwe. Dopóki jestem tu z tobą, Bestia nie istnieje i mogę się łudzić, że jest przede mną jakaś przyszłość. Ale kiedy mówisz coś do mnie na ten temat, wszystko wraca do rzeczywistości, a ona zaczyna mnie dręczyć. Nie chcę o tym myśleć, a przynajmniej nie teraz.

— Istnieje przyszłość, Dubhe, i ja chcę ci ją podarować. Przez moment na jego oblicze nałożył się obraz twarzy Lonerina. W tej wypowiedzi brzmiała zwykła, nieznośna litość.

— Nie musisz mi o tym mówić, aby sprawić mi przyjemność, wiem, jakie jest moje przeznaczenie — odparła sucho.

Learchos jednak nie wydawał się obrażony.

— Jeżeli sądzisz, że to litość, to się mylisz. Mówię to dla siebie, bo chcę się cieszyć twoją obecnością na zawsze.

Dubhe poczuła, że jej oczy zachodzą mgłą, i pozwoliła się zamknąć w jego ciepłym, uspokajającym objęciu.

— Proszę cię, nie teraz. Po prostu zostańmy tutaj, w ciszy, i zostawmy na zewnątrz całą resztę.

Kolejne noce były nawet jeszcze piękniejsze. Turlali się po podłodze, bawiąc się jak dwójka kochanków, w przerwach mówiąc sobie to wszystko, czego do tej pory jeszcze sobie nie wyjawili. Kiedy następnego ranka Dubhe widziała na swojej skórze znaki tych ukradkowych spotkań, uśmiechała się. Nic nie mówiła Theanie. Ta błogość szybko sprawiła, że dziewczyna zapomniała o celu swojej misji. Tylko Bestia od czasu do czasu powracała do niej ze swoimi koszmarami, ale Dubhe starała się od razu ją odepchnąć, zwłaszcza, kiedy zdarzało się to w obecności Learchosa.

Nie chciała przyznać, że istnieje jeszcze inna rzeczywistość, pragnęła zatrzymać czas, ale pewnej nocy to właśnie książę przywitał ją pocałunkiem mniej intensywnym niż zwykle.

— Mamy spotkanie.

Dubhe zesztywniała, po czym zauważyła, że młodzieniec trzyma coś w rękach.

— Ufasz mi? — spytał, podając jej płaszcz z obszernym kapturem.

Popatrzyła na niego podejrzliwie.

— Gdzie mnie zabierasz?

Learchos uśmiechnął się.

— W miejsce, gdzie będziesz się w tym dobrze czuła.

Kiedy tylko kaptur opadł jej na twarz, Dubhe natychmiast poczuła się lepiej. Już od tak dawna ubierała się jak kobieta, że kiedy musnęła szorstką powierzchnię płaszcza, po plecach przebiegł jej dreszcz. Na próżno było się łudzić: to właśnie była prawdziwa Dubhe, z pewnością nie jasnowłosa dziewczynka, którą uparcie odgrywała w pałacu.

Razem przebyli z powrotem całą drogę. Z wysokich pięter powoli zeszli do ogrodu i zapuścili się aż do małego domku, który Dubhe już zauważyła i sądziła, że jest przeznaczony dla ogrodnika.

— To był mój plac zabaw, kiedy byłem dzieckiem. Moja matka kazała go wybudować dla mojego brata, ale on nie miał okazji z niego skorzystać. Wobec tego dali go mnie, przynajmniej do chwili, kiedy mój ojciec postanowił, że już jestem za duży na takie rzeczy. Przychodziłem tu codziennie, to było jedyne miejsce, gdzie czułem się jak w domu.

Dubhe przyjrzała się domkowi w świetle księżyca. Była to mała drewniana konstrukcja ze spadzistym dachem i sztucznymi cegłami narysowanymi na ścianach. Miała dwa piętra i sprawiała wrażenie zniszczonej i opuszczonej.

Learchos powoli otworzył drzwi i na trawę ogrodu padło żółtawe światło. Przekroczył próg, trzymając Dubhe za rękę. Ona weszła zalękniona, lecz od razu odskoczyła do tyłu, wyrywając się.

W sali było około dziesięciu osób. Wszystkie miały płaszcze identyczne jak jej. Tylko Learchos nie ukrywał twarzy.

Błyskawiczna i straszliwa myśl przebiegła jej przez głowę. Zdradził mnie.

Dłoń automatycznie sięgnęła po sztylet, ale palce zawahały się przy rękojeści. Książę stał przed nią i patrzył jej prosto w oczy. To spojrzenie nie może oszukiwać, pomyślała. W końcu opuściła kaptur jeszcze niżej i w półcieniu czekała, aż tajemnica się rozwiąże.

— Już myślałem, że nie przyjdziesz — zauważył jakiś głos. Dubhe natychmiast go rozpoznała: był to Neor, brat cioteczny Dohora, który następnego dnia miał otrzymać oficjalne przebaczenie króla.

— Musiałem zaczekać na osobę, która może nam pomóc.

Dubhe wyczuła, nic nie widząc, że oczy wszystkich tych osób skierowane były na nią.

— Pewnie zastanawiasz się, kim jesteśmy i czego chcemy — powiedział Neor.

Dziewczyna przebiegła czujnym spojrzeniem po audytorium.

— Wiedz, że to, co zostanie tu powiedziane, nie opuści tych murów.

Dubhe doceniła ten wstęp i lekko się rozluźniła.

— Należymy do frakcji znajdującej się w opozycji do władzy Dohora. Wielu ludzi w królestwie zgadza się, że jego polityka terroru powinna zostać zatrzymana. To dlatego tutaj jesteśmy. Learchos powiedział nam, że ty też masz powody do żalu do króla, powody, których rozważanie nas nie obchodzi. Wiemy jednak, że poza zemstą wiąże cię z nim osobisty szantaż.

Dubhe instynktownie spojrzała na Learchosa, który nie odwrócił głowy, ale dalej patrzył na zebranych. Nie podobało jej się to, co się działo.

— Potwierdzasz?

Zawahała się przez chwilę, po czym przytaknęła.

— Wiemy, że Dohor opuści pałac za dwa tygodnie, aby skontrolować sytuację w Krainie Nocy. Tak naprawdę ma się tam spotkać ze swoimi sekretnymi sprzymierzeńcami, Zwycięskimi z Gildii.

Dziewczyna stała nieruchomo, nic nie mówiąc.

— Learchos zostanie tu, w pałacu, i przejmie władzę. Ty zaś zajmiesz się królem.

Cisza, jaka nastąpiła, była przepełniona ukrytymi znaczeniami.

Dubhe nie przerwała jej, więc Neor ją ponaglił.

— Jakieś pytania?

— Moje powody nie mają nic wspólnego z waszymi — powiedziała głosem, który drżał.

— Oczywiście, ale przecież wszyscy pragniemy tego samego. To, o co cię prosimy, to tylko doprowadzenie do końca tego, co i tak masz zamiar uczynić, ale w taki sposób, żebyśmy my również mogli wyciągnąć z tego korzyści dla siebie. Tę zmianę na tronie należy dobrze zaplanować.

Dłonie Dubhe zacisnęły się w pięści.

— Muszę się nad tym zastanowić.

— Boisz się brać udział w spisku? — dodał jeden z zakapturzonych.

— Chcesz pieniędzy? — ponaglił inny.

— To nie o to chodzi — odpowiedziała twardo.

— A zatem?

Dubhe rzuciła nerwowe spojrzenie na Learchosa.

— Możemy doprowadzić to do końca również sami — podjął Neor. — Tylko ty jednak możesz sprawić, żeby wyglądało to na wypadek.

Dubhe złapała za płaszcz, ściskając kurczowo w dłoniach tkaninę.

— Pozwólcie mi to przemyśleć.

— Dziesięć tysięcy karoli, jeżeli ci się uda.

— Pozwólcie mi to przemyśleć — powtórzyła nieugięta.

Spiskowcy popatrzyli po sobie i w końcu odezwał się Neor:

— Udzielono odpowiedzi. Każdy dopełni swego przeznaczenia.

Zgromadzenie powoli się rozchodziło i obecni jeden po drugim opuszczali dom. Pozostali tylko Dubhe i Learchos, zatopieni w miękkim mroku tego miejsca, pachnącego pleśnią. Przez cały czas, kiedy zakapturzeni w milczeniu wymykali się na zewnątrz, dziewczyna trzymała utkwiony w nim wzrok.

— Co ci przyszło do głowy? — syknęła.