Выбрать главу

— Niestety, jest jednak pewien problem. Wczoraj stało się coś, co nie powinno było się wydarzyć — ciągnął dalej król.

Neor spróbował lekko unieść głowę, lecz jeden z żołnierzy zmusił go, aby znowu ją pochylił.

— Sądzę, że będzie słuszne, aby dowiedział się o tym również i mój lud.

Król wykonał tylko jeden gest, a dwóch strażników wprowadziło na podest jakiegoś mężczyznę. Trzymali go za ramiona, a jego stopy ciągnęły się bezwładnie po ziemi. Koszula, którą miał na sobie, była podarta i w wielu miejscach poplamiona krwią. Nabrzmiała twarz mężczyzny była nie do poznania. Strażnicy rzucili go na kolana, wystawiając na żer spojrzeń publiczności.

Dubhe poruszyła się.

— Ty zostajesz tutaj — nakazała Theanie.

— Co...? — próbowała zapytać, ale Dubhe już ruszyła ku scenie.

Forra w tym czasie podniósł się, gestem rozkazując swoim ludziom, aby położyli dłonie na mieczach.

— No dalej, Karno, powiedz wszystkim to, co wyznałeś nam tej nocy.

Dubhe wzdrygnęła się i szybko przywarła do muru, aby posłuchać. Karno był wysokim dygnitarzem. Zgromadzony tłum zafalował niespokojnie. Gdzieś za nią jakiś podejrzany cień rozpłynął się wśród publiczności. Ktoś za nią szedł, była tego pewna.

Wydawało się, że mężczyzna nie rozumie, dlatego Forra wymierzył mu kopniaka w żebra.

— Mów!

— Od jakiegoś czasu... — zaczął szeptać Karno, lecz Forra schwycił go za włosy i szarpnął jego głowę w tył.

— Głośniej, niech wszyscy słyszą!

Mężczyzna przełknął ślinę i podjął, tym razem wyraźniej.

— Od prawie miesiąca Neor i dziesięciu innych dygnitarzy spotykają się w Domku Zabaw w pałacowym ogrodzie. Tam spiskowali, aby zrzucić z tronu Waszą Wysokość. Książę uczestniczył w zmowie.

Tłum wybuchnął w okrzykach pełnych zdumienia. Dubhe okrążyła scenę. Musiała dotrzeć do Learchosa. Kolejne ostrza, kolejni Zabójcy. Cień za jej plecami był już bardzo blisko.

— Słyszeliście? — wykrzyknął Dohor z triumfalnym uśmiechem. — Mój syn i mój kuzyn spiskowali, aby mnie zabić!

Moc jego donośnego głosu w ułamku sekundy uciszyła całe zgromadzenie. Zasłona zgrozy opadła na ogród, przyduszony palącym słońcem.

— Utkaliście gęstą sieć, którą z trudem udało mi się rozwikłać, ale teraz wszystko stało się aż nazbyt jasne.

Learchos chciał zainterweniować, ale Forra błyskawicznie przyłożył mu ostrze do gardła. Dubhe puściła się biegiem ku scenie z wyciągniętym sztyletem.

Neor próbował zareagować i podnieść się z ziemi, ale Dohor zatrzymał go swoim mieczem.

— Chciałeś obciąć głowę tego królestwa, prawda? A potem sam objąć władzę i stać się królem — wykrzyknął triumfalnie. — Ale to nie moja głowa dzisiaj spadnie — wysyczał wreszcie.

Miecz zatoczył koło w powietrzu i jednym ciosem, prostym i zdecydowanym, opadł na szyję Neora. Jego głowa poleciała ponad wrzeszczący tłum, aby chwilę później spaść pod scenę. Był to sygnał do rozpoczęcia.

Każdy z ukrytych w tłumie Zabójców wyciągnął swoją broń i rzucił się na spiskowca, którego miał najbliżej, podczas gdy strażnicy Dohora zajmowali się pozostałymi buntownikami. Dubhe próbowała przedostać się do podestu, aby pomóc Learchosowi, ale nagle zablokował ją cień, który mocno chwycił ją za ramiona. Mężczyzna rzucił się na nią całym ciężarem, od razu szukając serca ostrzem noża. Dwa splecione węże dekorowały jego rękojeść i Dubhe nie miała już wątpliwości na temat tego, co się działo.

Potoczyli się na ziemię, podczas gdy wszystko wokół nich wybuchało w chaosie. Przez kilka minut istniały tylko ich splecione ciała, ostrza, które starały się przezwyciężyć siłę drugiego i zatopić w ciele. Symbol na ramieniu Dubhe zaczął pulsować, a krzyk Bestii wypełnił jej umysł. Magia Theany jednak trzymała, i ten krzyk zdołał ją jedynie oszołomić. Ledwo zdążyła uniknąć ostrza, które właśnie kierowało się prosto w jej ramię. Wyrwała się z uścisku i stanęła na nogi, ale jej nieprzyjaciel także zdążył już przyjąć pozycję ataku.

Przez kilka sekund stali nieruchomo. Wokół nich krzyki, brzęk broni i zapach krwi, silny i przenikliwy. Dubhe kręciło się w głowie, ale Bestia nie mogła wyjść ze swojej otchłani.

Potem myśclass="underline" Learchos! I wreszcie postanowiła zadziałać. Zabójca rzucił w nią dwa noże, których uniknęła zwinnym skokiem. On dysponował wszystkimi rodzajami broni sekty, ona — tylko sztyletem. Rozpoczynał zatem z przewagą, a w dodatku ją krępowały długie szaty, jakie na sobie miała. Zaatakowała jako pierwsza, aby zdezorientować przeciwnika, lecz on odparował wszystkie ciosy, które chaotycznie wymierzała. W końcu Dubhe odsłoniła się nieco. Triumfalny uśmiech wyrysował się na twarzy Zabójcy, który wymierzył cios do góry. Dziewczyna pochyliła się, naciągnęła więzadła i stawy, i prześlizgnęła się pomiędzy jego nogami, wychodząc za nim. Złapała go za szyję i była to chwila. Odgłos łamiących się kości zmroził ją, a Bestia radowała się w jej wnętrzu. Potem bezwładne ciało mężczyzny zsunęło się w jej ramiona: pozwoliła mu upaść na ziemię z poczuciem obrzydzenia.

Popatrzyła na scenę. Learchosa już nie było, Forry też nie. Brakowało także Theany, a przerażeni ludzie uciekali we wszystkie strony. Przez chwilę poczuła się zagubiona, po czym znowu usłyszała za plecami syczący odgłos. Odwróciła się gwałtownie i zanurzyła sztylet w ciele kolejnego Zabójcy. Mężczyzna osunął się na ziemię bez jęku. Już została odkryta: musiała działać, i to szybko.

Rzuciła się biegiem najszybciej jak mogła, z rozpędem powalając nieprzyjaciół, jakich napotykała na swojej drodze. Pobiegła do najbardziej ukrytego zakątka ogrodu, gdzie wiedziała, że opasujący go mur jest niższy. Strażnicy próbowali ją powstrzymać, ale widok Forry zagrażającego mieczem życiu Learchosa był silniejszy niż wszystko inne. Kiedy zaczynały już świszczeć pierwsze strzały, szybko wspięła się po pnącym się po murze bluszczu. Dotarłszy na szczyt, opuściła się w dół, ile potrzeba. O trzy łokcie od ziemi puściła się. Umiała lądować, ale kolana i tak zawyły z bólu. Nie zwróciła na nie uwagi, skoczyła na nogi i jednym susem rozpłynęła się w zamieszaniu Makratu.

Sala tronowa wydawała się Learchosowi większa niż zwykle. Klęczał na marmurowej posadzce z dłońmi i stopami splątanymi łańcuchem. Zdjęto mu zbroję i miecz. Nie miał już nawet butów. Za nim, w głębi sali, dwóch strażników, którzy go przyprowadzili, pilnowało go z oddali. W podziemiach, gdzie znajdowały się cele, widział, jak kilku ocalałych spiskowców płakało i błagało o przebaczenie. Szukał wzrokiem Dubhe, ale jej nie zobaczył. Może zaprowadzono ją gdzie indziej, a może uciekła. Jej towarzyszkę natomiast wrzucili do więzienia razem z nim. Learchos przypomniał sobie, że na jej twarzy dostrzegł godność, która go uderzyła. Nie miał pojęcia, kim naprawdę była ta kobieta, ale coś ich łączyło i była tym właśnie Dubhe.

— Wszystko będzie dobrze — mruknął do niej łagodnie. Odpowiedziała mu kiwnięciem głowy. Wówczas zebrał się na odwagę i zapytał: — Czy wiesz, gdzie jest Dubhe?

Potrząsnęła głową, a on przez moment poczuł się zgubiony, jak gdyby ktoś nagle wyssał z niego wszystkie siły.

Wielkie drewniane wrota otworzyły się i Dohor ciężkimi krokami podszedł, nie zaszczycając go nawet spojrzeniem. Kiedy usiadł na tronie, wbił w niego wzrok z owym lodowatym i surowym wyrazem twarzy, który Learchos znał aż nazbyt dobrze. W jednej chwili zrozumiał, że Dubhe miała rację. Nigdy nie byłby w stanie go zabić, a tym bardziej zlecić tego morderstwa komuś innemu. Za każdym razem, kiedy jego ojciec patrzył na niego w ten sposób, wszystko wokół niego rozwiewało się i traciło znaczenie. Zawstydził się, bo poczuł, że boi się kary, dokładnie tak jak wtedy, kiedy był dzieckiem.