Wobec tego sami weszli do pałacyku, natychmiast kierując się do pawilonu skarbów.
Wiele z cymeliów, które wcześniej widzieli uporządkowane na półkach, leżało teraz na ziemi, rozbite na tysiące kawałków. Znalezienie czegoś w tym chaosie było w zasadzie niewykonalne, ale obaj rzucili się na podłogę, by grzebać wśród sadzy i jeszcze płonących węgli.
— Do diabła! — wrzasnął Lonerin, kopiąc daleko jakiś puchar.
Talizmanu już nie było.
20. Lochy
Od masakry w Makracie minęły trzy dni. Żołnierze przetrząsnęli całe miasto, aby wytropić wszystkich, którzy mogli być zamieszani w spisek, i ślady zniszczeń były wciąż jeszcze wyraźne. Obowiązywała godzina policyjna, a panujący wszędzie zapach krwi i rozkładających się ciał był przytłaczający.
Ukryta w cieniu Dubhe patrzyła, jak trup Volca kołysze się na wieczornym wietrze. Jego głowę nabito na umocowaną do muru pikę, a ciało dyndało zawieszone za nogi. Takie traktowanie czekało zdrajców. Dohor wydał rozkaz, aby ich trupy zostały wystawione w różnych punktach miasta, by stanowić makabryczne ostrzeżenie dla tych, którzy jeszcze mogliby mieć ochotę na występowanie przeciw niemu.
Na niej jednak nie zrobiło to wrażenia. Zarzuciła hak za mur, który przebyła podczas ucieczki z pałacu, i wdrapała się nań w milczeniu. Kiedy już znalazła się po drugiej stronie, ukryła się za krzakiem w oczekiwaniu, aż wartujący strażnik skończy swój obchód. Tutaj, w środku, wszystkie ślady buntu zostały już zatarte. Umyto nawet trawę, aby spłukać z niej krew, która poplamiła ziemię. Dubhe zadrżała. Obawiała się, że zobaczy na tym murze straszliwie okaleczone ciała Theany i Learchosa. To właśnie dlatego postanowiła działać. Wiedziała, że nie dałaby rady przeżyć takiego bólu.
Trochę czasu upłynęło, zanim zdołała zebrać informacje, jakich potrzebowała. Ludzie w mieście szeptali, że najważniejsi więźniowie zostali przeniesieni do cel Akademii. W pałacu nie było ich wystarczająco dużo, a król nakazał przesłuchać wszystkich przed zabiciem. Dubhe jednak nie znała Akademii, potrzebowała zatem mapy, aby nie błąkać się po omacku, kiedy już się tam dostanie. Dlatego znowu przekradła się na dwór, aby ją zdobyć.
Kiedy tylko strażnik się oddalił, cicho prześlizgnęła się przez ogród i dotarła do portyku. Poczekała na odpowiedni moment, po czym sforsowała drzwi i znalazła się w środku. To było ostatnie miejsce, w którym wymieniła spojrzenie z Learchosem, i na to wspomnienie od razu ścisnęło jej się serce. Wzięła głęboki oddech, starając się o tym nie myśleć. Jeżeli nie chciała zostać odkryta i wszystkiego zaprzepaścić, musiała utrzymać koncentrację.
Słabe światło pochodni ledwie rozjaśniało korytarz. Panował całkowity spokój, a ona wiedziała, że Dohor śpi sobie wygodnie na jednym z wyższych pięter. Ta myśl przyprawiła ją o zawrót głowy, rozrzedzając granicę biegnącą pomiędzy jej umysłem a Bestią. To dziwne, bo od ostatniego rytu minęły zaledwie cztery dni. Najwyraźniej jednak ten doraźny środek tracił już skuteczność. Musiała za wszelką cenę uwolnić Theanę, aby błagać ją o znalezienie innego rozwiązania. I musiała też powtórzyć zabiegi maskujące: jej włosy zaczęły nieco ciemnieć i stały się krótsze.
Z tą myślą tłukącą się między skroniami zdecydowanym krokiem skierowała się do pańskich kwater. Tej nocy strażnik więzienny z Akademii wrócił do pałacu, aby wysłuchać rozkazów króla, Dubhe wiedziała o tym. Dohor chciał, aby innych skazańców w wielkiej tajemnicy przenieść do podziemi na tortury. Dozorca przytaknął i pilnie notował wszystko na pergaminie, który w szczegółowy sposób opisywał rozkład cel i więźniów. Potem pożegnał się i teraz szedł w stronę swojego pokoju. Ona czekała na niego za rogiem.
Tego samego popołudnia sprawiła sobie wszystko, co było jej potrzebne. Przede wszystkim kopię swoich dawnych złodziejskich narzędzi. Z ich pomocą będzie w stanie uciec z każdego więzienia. Ale teraz musiała dostać się do środka.
Następnie wpadła do swojego dawnego dostawcy, Toriego. Gnom, kiedy tylko zrozumiał, kim jest, mimo jej odmiennego wyglądu, szybko zabarykadował sklep, aby nikt jej nie zobaczył. W końcu była osobą poszukiwaną, a on wiedział, że mógłby zostać oskarżony o współudział.
— Posłuchaj, Dubhe, nie chcę kłopotów — zaczął, jeszcze zanim zdołała wypowiedzieć choć słówko. — Do tej pory strażnicy zostawiali mnie w spokoju, bo zachowałem neutralność; dobrze wiesz, że nie powinno cię tu być.
Dziewczyna nie dała się odstraszyć i położyła mu na ladzie listę.
— Masz te rzeczy?
Po szybkim przejrzeniu spisu Tori westchnął.
— Czy ktoś cię widział, jak wchodziłaś?
— Za kogo mnie masz? — odrzekła Dubhe z uśmiechem.
— Zgoda. Ale pod jednym warunkiem: nigdy tu w środku nie byłaś.
Gnom wyposażył ją zgodnie z jej zapotrzebowaniem i teraz dziewczyna trzymała w dłoniach jedną z buteleczek, które jej dał. Wzięła kawałek materiału i nasączyła go jasnym płynem, uważając, aby nie wdychać cierpkiego zapachu. Dozorca wszedł do pokoju, a ona podążyła za nim w ciemności. Mężczyzna już trzymał w dłoni krzesiwo, gotowy zapalić świecę, kiedy Dubhe zaskoczyła go od tyłu, przyciskając mu do ust tkaninę. Wystarczyło kilka sekund, a jego krępe ciało bez jęku osunęło się na podłogę. Bestia żądała krwawego hołdu, ale dziewczyna oparła się temu tak słodkiemu i upajającemu wezwaniu.
Poszperała w szatach mężczyzny i kiedy tylko znalazła mapę i pęk kluczy, po cichu wyszła.
Wejść do Akademii nie było łatwo. Dohor przekształcił ją w coś w rodzaju osobistych koszar, gdzie szkolił swoje wierne służby. Dubhe zaczęła się zastanawiać, co może o tym sądzić Ido, który poświęcił temu miejscu wiele lat swojego życia.
Budynek był prostopadłościanem o solidnym i nieprzeniknionym wyglądzie, strzeżonym przez wartowników przy każdym wejściu. Tylko drzwi do kuchni nie były odpowiednio pilnowane i Dubhe postanowiła zacząć właśnie tam. Szczęście jej sprzyjało, bo zasuwka ryglująca je była stara i zardzewiała. Kiedy znalazła się wewnątrz, rozłożyła mapę na stojącym pośrodku pomieszczenia stole i przeanalizowała ją w świetle księżyca. Więzienie było rozmieszczone na kilku poziomach. Wielu spośród przetrzymywanych zgromadzono w zatłoczonych celach, a w jednej z nich Dubhe zauważyła imię Theany.
Tylko jedna cela była wyjątkowa. Mała, odległa od innych i trudna do osiągnięcia. „Learchos” — napisano obok. Dubhe uderzyła fala nienawiści do Dohora. Ale musiała kontrolować złość, jeżeli chciała doprowadzić swój plan do końca. Właśnie tego nauczył ją książę podczas ich spotkań: znajdować nadzieję nawet w głębi najczarniejszego piekła.
Jeszcze raz przyjrzała się mapie, aby wyryć sobie dobrze w pamięci trasę, jaką musiała obrać. Nie było tam wskazówek co do liczby żołnierzy patrolujących okolice poszczególnych drzwi, zaznaczone były jedynie główne strażnice. Nagle zrozumiała, że według wszelkiego prawdopodobieństwa będzie musiała znowu zabijać, ale nie pozwoliła, aby ta świadomość zakłóciła jej determinację. Choćby miała zgubić własną duszę, aby ocalić Learchosa, zrobi to. Jeżeli on przeżyje, ona nigdy nie umrze naprawdę.
Zwinęła mapę i wsunęła ją do kieszeni. Potem owinęła pęk kluczy w materiał i była gotowa do drogi.
Pierwsze korytarze były na wpół puste. Znajdowała się na najwyższym poziomie więzienia, gdzie przetrzymywano zwykłych przestępców. Nadzór był mizerny, a kiedy Dubhe stanęła przed pierwszym wejściem, miała mnóstwo czasu na znalezienie odpowiedniego klucza i otworzenie drzwi.