Выбрать главу

Po przejściu przez nie poruszała się ostrożnie, bardzo uważając, aby nie czynić hałasu. Budka wartowników nie była odległa. Dyżurowało dwóch strażników, ale pochodnie ledwo oświetlały korytarz. Wężowymi ruchami prześlizgnęła się wzdłuż cienia, który mur budki rzucał na posadzkę, i dopiero wtedy, kiedy była pewna, że żołnierze się nie zorientowali, podniosła się na nogi. Serce mocno jej biło. Przez chwilę czekała; potem, w stosownym momencie, podbiegła do pierwszego odgałęzienia korytarza. Jednak kiedy tylko minęła róg, zamarła. Kolejny strażnik. Stał przed nią, odwrócony plecami. Nie zastanawiając się zbytnio, wzięła ten sam kawałek tkaniny, którego już użyła w komnacie dozorcy, i wykorzystała go, aby oszołomić żołnierza. Otworzyła celę, co do której miała pewność, że jest pusta, i wsunęła tam bezwładne ciało. Następnie wyjęła z pęku klucze użyte do tej pory i skierowała się do drzwi wychodzących na schody.

Kiedy je otworzyła i weszła do środka, od razu pojęła, że ma przed sobą najtrudniejszą część zadania.

Ta część więzienia wypełniona była wartownikami, którzy robili regularne obchody. Uważali na każdy cień i ruch. Aby tamtędy przejść, Dubhe będzie musiała zdać się na wszystkie nauki Shervy, ponieważ mało było miejsc, gdzie mogłaby się schować. Liczne pochodnie dobrze oświetlały każdy załom ściany. Jedynym elementem, który mogła wykorzystać na swoją korzyść, był hałas. Z każdej celi dochodziły nieprzerwane szmery, jęki i krzyki bólu. Mroziły krew w żyłach i żołnierze musieli być tego samego zdania. Mieli napięte rysy, ponure twarze, a kiedy się spotykali, wymieniali porozumiewawcze spojrzenia pełne zgrozy.

Dubhe starała się zachować spokój, koncentrując się na ruchach, jakie musiała wykonywać, aby pozostać niewidoczną. Sporo czasu zajęło jej dotarcie do drzwi, które ją interesowały, i ten fakt ją zdenerwował. W każdej chwili ktoś mógł odkryć nieprzytomnego dozorcę i strażnika, a wtedy niewątpliwie wybuchnie chaos.

Za ostatnim zakrętem zastała chłopaka o zmęczonym wyglądzie, który pilnował wejścia razem z kolegą. Postanowiła postawić na spryt. Nie mogła przecież zabić ich obu i zostawić tam ich ciał. Wróciła do przylegającego korytarza i narobiła tyle hałasu, ile mogła.

— Kto tam? — spytał strażnik.

Dubhe w cieniu przywarła do ściany, wstrzymując oddech. Nadludzkim wysiłkiem utrzymała tę napiętą pozycję i miała nadzieję, że obaj szybko połkną haczyk. Po chwili zobaczyła, jak skręcają w korytarz i oddalają się, aby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Nie traciła czasu. Wysunęła się ze swojej kryjówki z pękiem kluczy gotowym w dłoni.

Serce biło jej jak oszalałe, a pot sprawiał, że dłonie jej się ślizgały. Odgłos kroków. Strażnicy już wracali. Odsuwała klucze jeden po drugim, nerwowo je próbując.

Otwórz się, otwórz się, otwórz się!

Odgłos był lekki i stłumiony, i wydał się Dubhe najpiękniejszym dźwiękiem na świecie. Otworzyła drzwi, wsunęła się w wąską przestrzeń, która powstała, i znalazła się po drugiej stronie. Kroki były już bardzo bliskie. Musiała wykazać się maksimum ostrożności, aby zamknąć drzwi tak, by strażnicy się nie zorientowali.

Kiedy zrozumiała, że jej się udało, pozwoliła sobie na chwilę oddechu. Bolały ją wszystkie mięśnie, ale nie mogła się zatrzymać. Tam w dole, na końcu ciemnych schodów, czekał na nią Learchos.

Szybko poruszała się po labiryncie korytarzy. W porównaniu z wyższym piętrem, to było bardziej skomplikowane. Korytarze były szczególnie wąskie, a drzwi cel masywne. Sufit był nisko i wywoływał w niej poczucie klaustrofobii. A poza tym panowała tam duchota. Wydawało jej się, że znajduje się w piekielnym kręgu, wśród lamentujących potępionych i wiecznego ognia.

Popychana koniecznością nie zniechęciła się i wkrótce udało jej się zlokalizować celę Learchosa.

Zatrzymała się w kącie. Drzwi znajdowały się o kilka łokci od niej: nie miała pojęcia, co mu się przydarzyło. Może go torturowali, a może już nie żył. Trwoga chwyciła ją za gardło, ale powstrzymała się od nieostrożnych ruchów. Celę nadzorowało dwóch uzbrojonych strażników o potężnym i doświadczonym wyglądzie. Dubhe zastanowiła się, jak działać. Walka wręcz w tak ciasnym miejscu była niemożliwa, chociaż Bestia wewnątrz niej aż się do tego rwała. Wobec tego pogrzebała w chlebaku i wyciągnęła dwie buteleczki, które dał jej Tori. Odkorkowała je, również tym razem uważając, aby nie oddychać, i w ciszy potoczyła je pod nogi żołnierzy. Zaczekała chwilę.

Nie zdążyli nawet wypowiedzieć słowa. Obaj osunęli się bez zmysłów na posadzkę. Dubhe wykorzystała to, aby zgasić dwie pochodnie oświetlające drzwi celi: miała ze sobą nasączone wodą szmatki — stara sztuczka, której używała już wielokrotnie. Wystarczyło przykryć nimi pochodnię, a płomień gasł. Szybkie i skuteczne.

Kiedy tylko zapanowała ciemność, zbliżyła się do drzwi.

Niech tylko będzie zdrowy, pomyślała i na jej twarzy zarysował się rozpaczliwy uśmiech.

Zamek ustąpił z głuchym łoskotem. Dubhe popchnęła drzwi przed siebie. Były ciężkie, a ich skrzypienie ją zmartwiło. Zanim zamknęła je za sobą, wciągnęła do środka ciała dwóch żołnierzy.

— No i co? Już świt?

Ten głos sprawił, że podskoczyła. Odwróciła się powoli. Cela była mała i duszna. Tylko jedna stojąca w rogu świeca z trudem rozjaśniała tę norę.

Learchos wisiał za ręce przy ścianie. Klęczał i miał na sobie tylko spodnie. Naga pierś porysowana była czerwonymi i fioletowawymi rysami. Miał długą brodę, a włosy posklejane krwią i brudem. Ale jego oczy były jeszcze żywe i obecne, i patrzyły na nią ze zdumieniem.

— Dubhe.

Podbiegła do niego i pocałowała go rozpaczliwie. Na widok jego stanu łzy napłynęły jej do oczu. Masakrowali go i torturowali. Rany były głębokie, a każdy jego jęk powiększał w niej ślepą złość.

Rzuciła się z pękiem kluczy, aby otworzyć kajdany, którymi przykuty był do ściany, ale szybko zorientowała się, że żaden z nich nie pasuje. Wobec tego wydobyła swoje narzędzia i kilkoma sprawnymi ruchami udało jej się go uwolnić. Potem pomogła mu wyciągnąć zesztywniałe ramiona.

Learchos uśmiechnął się do niej. Patrzył na nią w dziwny sposób, jak gdyby widział ją po raz pierwszy. Z pewnym trudem wziął w dłonie kosmyk jej włosów.

— A więc to jest twój prawdziwy kolor... — powiedział z westchnieniem.

Dubhe nie wiedziała, co odpowiedzieć. Milcząc, pomogła mu się podnieść: był słaby, już od dawna nie stał na nogach. Przez chwilę się chwiał, a potem postanowił radzić sobie sam. Wyciągnął miecz jednego z omdlałych strażników i ze zbolałą twarzą oparł się o rękojeść, aby zachować równowagę. Dubhe nie zareagowała. Jeśli chodzi o to, obydwoje byli tacy sami: dumni, niezależni i nietolerujący spojrzeń pełnych litości.

— Nie ma potrzeby, żebyś się zbroił, wystarczy, że ja nas obronię — powiedziała.

— Nie doceniasz mnie — odpowiedział z drwiącym uśmiechem. — Jaki jest plan?

— Najpierw musimy uwolnić Theanę.

Learchos popatrzył na nią pytająco i dopiero wtedy Dubhe przypomniała sobie, że on przecież nie zna prawdziwego imienia czarodziejki.

— To Lea, moja towarzyszka podróży.

Książę kiwnął głową, ale jego twarz spoważniała.

— Zabrali ją, wczoraj w nocy. Poznałem jej głos.

Dubhe przełknęła ślinę, poczuła mroźny dreszcz. Przypomniała sobie pogłoski o przesłuchaniach i jej serce zaczęło bić jak szalone.