— Myślisz, że torturowali ją, żeby się czegoś dowiedzieć?
— To twoja wspólniczka, więc to bardzo prawdopodobne. Ja jednak wiem, gdzie mogli ją zabrać. Chodźmy — rzekł Learchos, kierując się ku drzwiom.
Był bardzo dobrze wytrenowany. Chociaż jego mięśnie były jeszcze obolałe, poruszał się po podziemiach zwinnie i cicho.
Dubhe obserwowała go z podziwem. Potrafił ukrywać się w cieniach prawie tak dobrze, jak ona sama.
Nie musieli iść daleko. Cela tortur znajdowała się w ciasnym bocznym korytarzyku. Dubhe wystarczyło zobaczyć drzwi i od razu źle się poczuła. Przed nimi nie było nikogo, nawet pochodnia nie oświetlała wąskiego przejścia. Ciemność była gęsta i cuchnąca.
Nie miała dokładnego planu działania. Na jej mapce to miejsce nie było zaznaczone, teraz musieli więc posuwać się na oślep. Wyciągnęła sztylet i ruszyła naprzód, Learchos za nią.
Kiedy tylko podeszli bliżej, ciszę rozdarł ostry krzyk. Dubhe poczuła, jak serce podskakuje jej w piersi. To była kobieta. Szybko wyciągnęła pęk kluczy i spróbowała znaleźć pasujący. Szmery wewnątrz stały się przytłumione, pełne bólu. To był głos Theany, nie miała wątpliwości. Potem powietrze wypełnił przeszywający dźwięk, a czarodziejka znowu krzyknęła.
Dubhe poczuła, że Bestia jest gotowa do wyjścia. Świat stracił swoje kontury, zapach krwi zmienił oblicze rzeczy. Jak we śnie zobaczyła, że Learchos wyjmuje z jej dłoni cały pęk, znajduje właściwy klucz i otwiera drzwi. W środku — piekło.
Wielkie trójnogi oświetlały niską i długą salę. Stojąca w rogu żelazna dziewica — straszliwy sarkofag w formie kobiety — pokazywała dwa otwarte skrzydła i wnętrze wypełnione ostrymi kolcami. Wszędzie wisiały szczypce, kleszcze i ostrza. Do drewnianego pnia przywiązana była kobieta z obnażonymi plecami; za nią mały obrzydliwy człowieczek trzymał w dłoni kańczug o dziewięciu rzemieniach.
Było tak, jak w Domu. Horror zmieszał się z wściekłością, klątwa ostatecznie przełamała zamykającą ją pieczęć. Dubhe usłyszała, jak Bestia krzyczy.
Nie mogła się zatrzymać, a co więcej — nie chciała. Ostatnią rzeczą, jaką zobaczyła, był odwracający się ze zdumieniem człowieczek.
Learchos stał wstrząśnięty. Zobaczył, jak Dubhe zwierzęcym susem wyskakuje naprzód i rzuca się na kata ze sztyletem w dłoni. Jej twarz była nie do poznania, jej śmigające mięśnie wydawały się eksplodować pod osłoną jej skóry. To już nie była ona.
Sztylet wielokrotnie zanurzył się w ciele, a jej ofiara wiła się rozpaczliwie. Krew była wszędzie, bryzgała nawet na ściany celi. Learchos stał jak sparaliżowany. Wszelka myśl uleciała z jego umysłu i teraz było miejsce tylko na to, na co patrzyły jego oczy. Potem wspomnienie opowieści Dubhe sprawiło, że wszystko zrozumiał.
— Zatrzymaj się! — krzyknął, rzucając się na nią.
Dubhe wyrywała się w jego uścisku z niesamowitą siłą. W końcu udało jej się wyszarpnąć i rzuciła go na ziemię. Learchos zobaczył nad sobą dwie czarne studnie, patrzące na niego jak otchłanie, a podniesiony sztylet już, już miał wymierzyć mu cios.
Zabije mnie, pomyślał bez strachu. Było to tylko stwierdzenie, nic więcej, bo wszystko działo się zbyt szybko.
Dubhe jednak zatrzymała się. Furia wyparowała w ciągu kilku bardzo długich chwil, a jej oczy znów stały się normalne. Osunęła się nagle, mdlejąc na piersi Learchosa.
— Dubhe, Dubhe! — krzyknął, potrząsając ją za ramiona.
Musiał powtórzyć to parę razy, zanim powoli otworzyła oczy i na niego spojrzała.
— Znowu — zamruczała ze łzami w oczach. — Znowu to zrobiłam — powtórzyła ze szlochem.
Był to rozpaczliwy płacz, a on przycisnął ją do siebie, szepcząc jej do ucha, że wszystko jest w porządku. Kiedy się uspokoiła, oparł ją o ścianę i podszedł do Theany.
Młoda czarodziejka dyszała z zamkniętymi oczami.
— Theana?
Lekko zwróciła oczy ku Learchosowi.
— A Dubhe?
— Jest tu przy mnie, przyszliśmy po ciebie.
Wyciągnął klucze z kieszeni bezkształtnie leżącego ciała oprawcy, a Dubhe pod ścianą oddychała ciężko.
Learchos delikatnie uwolnił Theanę i podtrzymał ją. Dziewczyna rozejrzała się wokół, zaledwie przez chwilę zatrzymując wzrok na spoczywającym na ziemi trupie.
— To ona? — spytała, wbijając spojrzenie w oczy Learchosa.
On przytaknął.
— A niech to, pieczęć nie wytrzymała.
— Musimy stąd uciec — powiedziała Dubhe słabym głosem. Miała zalaną łzami twarz i dłonie śliskie od krwi, ale starała się odzyskać kontrolę nad sytuacją. Było widać, że wymaga to od niej niezmiernego wysiłku.
— Masowa ucieczka... z wartowni można otworzyć wszystkie cele... tylko w ten sposób uda nam się wyjść — powiedziała między jednym rzężeniem a drugim.
— Popatrz na nas! Nie jesteśmy wystarczająco silni, aby walczyć — zaoponował Learchos.
— Może jednak nie będzie to konieczne. — Tym razem odezwała się Theana. — Ja mogę to zrobić zaklęciem, nie ruszając się stąd.
Dubhe zmierzyła ją wzrokiem. Nie mieli wyjścia, jak zawsze, ale tym razem zaufała. Jeżeli Theana tak powiedziała, to dlatego, że potrafiła to zrobić.
— Zgoda — powiedziała po prostu.
Learchos zaczął się zastanawiać, kim tak naprawdę są te dwie kobiety. Były bez wątpienia różne, ale wyczuwał, że są w jakiś sposób niezwykle zżyte.
Theana wzięła głęboki oddech. Była blada i zmęczona, a kiedy tylko zaczęła cichym głosem szeptać jakieś słowa, jej twarz stała się ziemista, a nogi zaczęły się pod nią uginać. Learchos znowu ją podtrzymał, ale ona nie przerwała. Kajdany, którymi była spętana, unicestwiły jej moce i teraz potrzebowała wszystkich swoich energii, aby je przywołać. Z zaciśniętymi oczami i grymasem bólu na twarzy zakończyła formułę. Odgłos wielu otwierających się jednocześnie kłódek wypełnił przestrzeń celi, potem korytarz i całe piętro. Theana upadła na ziemię.
Dubhe nadstawiła uszu. Nie musieli długo czekać na wrzawę, jaka rozpętała się za zamkniętymi drzwiami. Najpierw było skrzypienie drzwi i tupot bosych stóp, potem ciężki odgłos wybitych gwoździami butów i krzyczący żołnierze. Po krótkiej chwili okrzyki radości i rozkazy wojskowe zmieszały się w straszliwy harmider.
— Teraz! — zawyrokowała.
Wyszli biegiem. Learchos na przedzie z dobytym mieczem, Dubhe trzymała na ramionach miękkie ciało Theany. Zamieszanie sięgało zenitu. Najbardziej energiczni z więźniów już wzięli do ręki broń i walczyli; słabsi zachodzili z pomocą od tyłu. Ich liczba była przeważająca i już można było zauważyć pierwsze ofiary pośród strażników.
Learchos torował sobie drogę wśród uciekinierów. Kilka razy upadł na ziemię, a podniesienie się za każdym razem było trudniejsze.
— Dam sobie radę — mówił Dubhe, wyciągającej do niego rękę.
Nagle wokół wybuchł alarm. Powstanie obudziło całą Akademię i dziesiątki żołnierzy z wyższych pięter schodziły na niższe poziomy, aby rzucić się w tłum.
Groziło im, że ludzka masa ich porwie, ale jednocześnie ofiarowywała im schronienie.
I tak Dubhe, Theanie i Learchosowi, niewidzialnym w chaotycznym tłumie, udało się przemknąć do kuchni tak, że nikt ich nie zobaczył.
— Tędy! — krzyknęła Dubhe, kierując się do drzwi, o których wiedziała, że są otwarte.
Przyjęła ich ciemność Makratu i świeże nocne powietrze.
21. Ucieczka
Forra popatrzył na bastiony pałacu. Głowy spiskowców wyglądały jak czarne punkciki na absolutnym błękicie letniego nieba. Od kiedy zostały wystawione na widok publiczny, miasto otoczyło grobowe milczenie. Siedzący przed nim Dohor miał twarz zmęczoną i strudzoną. Obudzono go, kiedy tylko wiadomość o ucieczce dotarła do pałacu, i od tamtego momentu nie przestał wydawać rozkazów, aby znormalizować sytuację.