Żadną. Ty wkrótce umrzesz.
Długi dreszcz przebiegł jej po plecach i wydawało się, że Learchos to zauważył.
— Ty będziesz ze mną i razem będziemy walczyć — stwierdził zdecydowanie. — A w końcu zrobisz to, co konieczne — dodał.
Dubhe odwróciła wzrok.
— Popatrz na mnie. Wiem, co postanowiłaś, ale ja nie pozwolę, aby to się zdarzyło. Nie mogę bez ciebie żyć.
Dubhe nie wiedziała, co odpowiedzieć. Ona też mogłaby wypowiedzieć te same słowa. W tej wzajemności uczuć, tak głębokiej i doskonałej, było coś, co ją przerażało. Było to zbyt piękne i intensywne, aby mogło trwać.
— Być może i mój ojciec dał mi życie, Dubhe, ale zrobił to tylko z czystego wyrachowania. Chciał kopii mojego brata, którą mógłby wytresować, aby rzucić wyzwanie śmierci; ja jednak jestem inny, dopiero teraz to rozumiem. Moja ziemia potrzebuje jego krwi, a ty potrzebujesz jego głowy.
Dubhe nie zareagowała. Co miała zrobić? Umrzeć i zachować doskonałość swojego związku z Learchosem, czy też zabić jego ojca i zaryzykować, że ten trup na zawsze pozostanie między nimi, rozdzielając ich dzień po dniu?
— Przysięgnij mi, że to zrobisz... — szepnął Learchos.
Przez chwilę Dubhe wyobraziła sobie ich wspólne życie i poczuła się szczęśliwa. Było to złudzenie chwili: w głębi duszy wiedziała, że to fantazja, która nigdy się nie ziści.
Wrócili do groty i po zamaskowaniu jej wejścia odpoczywali przez resztę dnia. Byli wykończeni. Rany Learchosa dawały mu się we znaki, a i Dubhe też nie była w najlepszej formie. Bestia dalej ją dręczyła, utrzymując w stanie wiecznego napięcia. W środku nocy postanowili, że nadszedł czas.
— Dasz radę iść? — spytała Dubhe Theanę.
Ona tylko kiwnęła głową. Od kiedy ją uwolnili, niewiele mówiła, ale w jej głosie pobrzmiewało coś odmiennego. Dubhe nie miała pojęcia, co działo się w tamtej celi przed ich nadejściem, i zdawała sobie sprawę, że nawet nie chce tego wiedzieć.
Theana podniosła się z trudem, ale udało jej się stanąć na nogi.
— Lepiej ty powiedz, jak się czujesz? — spytała.
— Dam sobie radę.
Czarodziejka wzięła ją za nadgarstek i sprawdziła symbol. Pulsował żywiej niż kiedykolwiek. Skrzywiła się.
— Musimy powtórzyć rytuał. Klątwa posuwa się zbyt szybko.
— Teraz nie jesteś w stanie — zawyrokowała Dubhe, wyrywając jej ramię. — Tak czy inaczej, nie mamy czasu. Najważniejsza jest ucieczka; ścigają nas, a odnalezienie naszych śladów nie zajmie im wiele czasu.
— Myślałam, że to moim zadaniem w tej wyprawie jest ratowanie ciebie, a nie odwrotnie.
Dubhe popatrzyła na nią zdumiona. Nie spodziewała się tak bezpośredniej odpowiedzi. Udała, że nie usłyszała, i ruszyła do wyjścia.
Ciemność panująca na zewnątrz była gęsta i milcząca. Od tej chwili mieli się poruszać tylko korzystając z przychylności mroku. Nie mieli koni i cała trójka była w kiepskiej formie, ale musieli dać radę.
— Może nie jestem w stanie powtórzyć rytu, ale na to jeszcze wystarczy mi energii.
Dubhe odwróciła się i zobaczyła bladą twarz czarodziejki rozciągniętą w wymuszonym uśmiechu. Pokazywała jej kilka kolorowych kamieni trzymanych w wyciągniętej dłoni.
— Znalazłam je, kiedy byliście nad źródłem, i zaczarowałam je. Pozwolą nam nawiązać kontakt z Radą Wód. Zawiadomię ich o naszym przybyciu, żeby czekali na nas na granicy z Krainą Morza.
Dubhe spojrzała na nią z wdzięcznością.
— Uda nam się, zobaczysz — szepnęła do niej Theana.
Dziewczyna uśmiechnęła się słabo. Starała się w to uwierzyć.
Nagle poczuła, że nie może obyć się bez nadziei.
Drugiej nocy postanowili zdobyć jakiś środek transportu.
Zeszli na jakiś szlak i ze stajni położonego na odludziu domu ukradli trzy konie. Dubhe i Learchos zajęli się tym, a Theana czekała na nich w lesie. Książę okazał się dobrym towarzyszem podróży. Był zawsze spokojny, chociaż lepiej niż ktokolwiek inny wiedział, że śmierć może czekać na nich za każdym rogiem. Dubhe uczepiła się go rozpaczliwie i przestała nawet zadawać sobie pytanie, ile potrwa ta iluzja.
Nie minęło jednak wiele czasu, gdy usłyszeli straże. Na początku było to głuche i dalekie dudnienie, od którego wibrowała ziemia; potem konie zaczęły nerwowo dreptać. Wreszcie czarny, olbrzymi cień zasłonił światło księżyca. Smoki.
— Mamy problem — powiedział Learchos. — Szukają nas na smokach. To znaczy, że Forra jest blisko.
Dubhe zbladła. Musieli przyśpieszyć kroku. W ich stanie z pewnością nie mogli mieć nadziei na stawienie oporu wujowi Learchosa i kontyngentowi żołnierzy, jaki ze sobą prowadził.
Rozbili obozowisko przy pierwszych oznakach świtu. Przywiązali zwierzęta do drzewa i ustalili warty, aby odpocząć. Poruszali się zbyt powoli, tak nie mogło im się udać.
Ale któregoś wieczoru ponownie rozkwitła w nich nadzieja.
Dopiero co usadowili się w siodłach, kiedy niebieskawy dym otoczył sylwetkę Theany.
Czarodziejka pośpiesznie zsiadła z konia i ułożyła w kręgu kolorowe kamienie, mamrocząc odpowiednią formułę. Jej czoło szybko pokryło się potem, a dym zaczął skupiać się, tworząc kulę. Theana podstawiła pod nią kawałek materiału wyrwany ze swojej szaty. Runy zaczęły rysować się na tkaninie jedne za drugimi, wyraźne i dokładne.
„Na granicy będzie na was czekał uzbrojony oddział. Spotkanie za cztery dni”.
Tylko kilka mil dzieliło ich od ocalenia.
Nieoczekiwana przeszkoda pojawiła się o włos od celu. Drzewa rozsunęły się niczym kurtyna w teatrze, a przed nimi pojawiła się polana. Nie była bardzo rozległa, jedna noc podróży, nie więcej. Ale znaleźliby się na otwartej przestrzeni.
Zatrzymali się na jej granicy. Konie pasły się na trawie zroszonej rosą. Noc oświetlał cudowny księżyc w pełni.
— Co teraz? — spytała Theana.
Ani Dubhe, ani Learchos nie wiedzieli, co odpowiedzieć. Może mogli okrążyć nizinę, ale ile by im to zajęło? Nie mogli spóźnić się na spotkanie, a zresztą byli już u kresu sił. Theana na koniu wyglądała jak duch, skóra na jej twarzy była napięta, a ręce jej drżały. W końcu przekonała Dubhe do powtórzenia rytu, ale te nikłe siły, jakie udało jej się do tej pory odzyskać, okazały się niewystarczające, aby zrealizować go w pełni. Tym razem jego działanie potrwa krócej, a ona w rezultacie nie mogła poruszyć już nawet mięśniem.
— Jedziemy — powiedział nieoczekiwanie Learchos.
Dubhe dostrzegła w jego oczach niezwykłą pewność siebie.
— Zgoda, ale pośpieszmy się — odpowiedziała, popędzając konia.
Rzucili się na polanę galopem, a księżyc wydawał się olbrzymim świetlistym okiem, gotowym wskazać wszystkim ich pozycję.
Ciężki odgłos końskich kopyt tłukących ziemię stłumił rytmiczne i głuche uderzenia, które od wielu dni wprawiały ziemię w wibracje. Dyszenie zwierząt zagłuszyło metaliczny szczęk zbroi i tak cień pojawił się przed nimi niespodziewany i straszliwy.
Czarny w czerni nocy, ogromny, przeciął bieg konia Theany, rzucając go na ziemię. Dubhe i Learchos usłyszeli jej krzyk, zobaczyli, jak turla się po ziemi, dopóki pokryta łuskami łapa nie złapała jej nagle w pasie. Dubhe krzyknęła.
Nie teraz, nie teraz! Modliła się rozpaczliwie.
Smok opuścił się ponownie, tym razem na Learchosa. Jemu udało się obronić; pochylił się i dobył miecza. Nakazał koniowi zmianę kierunku, przyśpieszył tempo jego galopu, aby zdezorientować agresora, i przez chwilę wydawało się, że jego sztuczka zadziałała.